Polecamy
Sound of Glory for kids: Superktoś! – CD (3 listopada, 2020 6:09 pm)
POLECAMY „Zabić smoka” Daniel Kolenda (2 listopada, 2020 4:43 pm)
Nowość wydawnicza: Finansowe IQ (29 maja, 2020 6:02 pm)
Premiera Głosu Przebudzenia (6 marca, 2020 11:58 am)
Nowość wydawnicza: Boży niezbędnik (14 grudnia, 2018 7:06 pm)

Wyjść z cienia

15 października 2021
Comments off
328 Odsłon

Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem osobą szczęśliwą w Bogu. Mam męża, wymarzoną pracę i otaczają mnie wspaniali Boży ludzie. Jednak nie zawsze tak było. Dopiero od niedawna, mając 23 lata, doświadczam nowego wymiaru życia – życia w wolności w Jezusie. To On niesamowicie mnie odmienił, wyprowadził z doliny strachu i uzdrowił moje serce. 

Urodziłam się w rodzinie chrześcijańskiej, w domu gdzie moja mama opowiadała mi i moim siostrom o Jezusie. Jednym z moich najwcześniejszych wspomnień jest to, jak w wieku 3 lat oddałam swoje życie Chrystusowi w sypialni moich rodziców. Znałam proste przesłanie ewangelii o zbawieniu i z chęcią odpowiedziałam na nie. Pewnego wieczoru moja mama poprowadziła mnie w tej modlitwie. Od tamtego momentu chodziłam po domu z przekonaniem, że Jezus realnie mieszka w moim wnętrzu. Uwielbiałam chwile wspólnego czytania Biblii dla dzieci i ten szczególny moment, gdy mama przytulała nas do snu i modliła się o nas. Dzięki niej poznawałam cudowną miłość Bożą. Niesamowitym błogosławieństwem jest możliwość poznawania Jezusa już od dzieciństwa. Dzięki temu w przyszłości wiedziałam, do Kogo się zwrócić.

Niestety szatan atakuje również dzieci. Nawet dzieci chrześcijan są na celowniku wroga, dlatego potrzebują od najmłodszego wiedzieć, kim są w Chrystusie i jak się bronić. Gdy miałam 3 lata, do mojego serca wślizgnęło się kłamstwo, które przyjęłam i obwarowało mnie na wiele lat. Przestałam odzywać się do ludzi na zewnątrz. Początkowo wyglądało to na zwykłą nieśmiałość małego dziecka. Jednak z czasem zaczęło to niepokoić moich rodziców, gdy nie chciałam wypowiedzieć słowa nawet do moich dziadków. Rozmawiałam tylko w domu z najbliższą rodziną, a przed całym zewnętrznym światem milczałam. 

W wieku 5 lat poszłam do przedszkola i od tego czasu mocno poczułam, że jestem inna niż moi rówieśnicy. Dzieci podchodziły do mnie i pytały: „Dlaczego nie mówisz?”, a ja pozostawiałam je bez odpowiedzi. Siedziałam sama w kącie Sali, patrząc jak wszyscy się bawią. Moja mama na takie pytania odpowiadała: „Ona będzie wkrótce mówić.”, ale ja nie wierzyłam w to, bo nie wiedziałam, jak się przełamać. Stresowałam się bardzo w sytuacjach, gdy ktoś wymagał ode mnie wypowiedzenia choć jednego słowa. W końcu rodzice nie mieli wyboru i zapisali mnie na terapię, która na przestrzeni lat niewiele poskutkowała. Moje zachowanie zdiagnozowano jako mutyzm wybiórczy – zaburzenie emocjonalne dotykające dzieci, które powoduje, że boją się rozmawiać w wybranych sytuacjach, z wybranymi osobami.

Trafiłam do chrześcijańskiej szkoły, dzięki czemu byłam otoczona nauczycielami, którzy chcieli mnie zawsze wspierać. Tam odkryłam, że bardzo lubię mieć przyjaciół i bawić się z innymi dziećmi. Z jednej strony to, że nie porozumiewałam się werbalnie, nie przeszkadzało nam w większości zabaw, ale cały czas odczuwałam, że jestem inna. Wiedziałam, że mam problem i jestem traktowana inaczej. Wciąż bałam się mówić, a to powodowało stres w wielu sytuacjach, gdy ktoś nawet tylko mnie zachęcał do rozmowy. Moja komunikacja sprowadzała się do kiwnięcia głową „tak” lub „nie”. Zaczęłam przyjmować myśl, że już taka jestem bez szansy zmiany.

Zamknięta w sobie latami męczyłam się. Nie współpracowałam dobrze z psychologiem, byłam oporna na jego taktyki, dlatego terapia niewiele mi pomogła. Wiele razy jako dziecko pytałam w sercu Boga: „Dlaczego akurat ja? Dlaczego na mnie trafiła ta przypadłość?”. Czułam się, jakbym po prostu taka była od zawsze. Próbowałam sobie przypomnieć, ale nie pamiętałam ani momentu decyzji, aby przestać mówić, ani dlaczego tak postanowiłam. Czułam się bezsilna, aby to zmienić. Prosiłam Boga, aby On pomógł mi zacząć normalnie komunikować się i to było moje największe wołanie serca. Nieraz byłam w takim przygnębieniu, że przychodziły do mnie myśli, aby skoczyć z okna, ale przychodziło głębsze przekonanie, że ani rodzice, ani Bóg bardzo by tego nie chcieli. Niestety zaczęłam wierzyć w wiele kłamstw na swój temat, porównując się z dziećmi w moim wieku. Czułam się gorsza i nie pasująca do grupy. Zaczęłam usuwać się w cień, a ból serca stawał się coraz większy. Nie znałam swojej prawdziwej tożsamości w Jezusie.  Byłam związana kłamstwami, bo przecież w każdej chwili mogłam się odezwać i nic złego by się nie stało. Ja jednak tego nie zrobiłam przez 13 lat.

Gdy poszłam do gimnazjum i zaczęłam być bardziej świadoma siebie, coraz bardziej przygniatała mnie ta niemoc porozumiewania się. Nastolatki lubią bardzo rozmawiać, dlatego ja spędzałam przerwy szkolne samotnie siedząc na ławce. Nie mając towarzystwa, zaczęłam więcej mówić w myślach do Boga i z Nim dzieliłam się tym, co czuję i myślę. Moim największym wołaniem do Niego wciąż było: „Boże, proszę pomóż mi zacząć mówić!”. Miałam swoje oczekiwania, że Bóg pstryknie palcem i wszystko się we mnie zmieni. Czyż Bóg nie jest tak potężny, żeby uwolnić człowieka natychmiast? Oczywiście, że tak, ale rozwiązanie dla mnie było inne. Musiałam kompletnie zaufać Bogu i odrzucić strach, a to już mnie kosztowało bardzo wiele wysiłku. Przez lata zbudowałam błędne struktury myślenia, które wydawały mi się jak warownia nie do poruszenia. Przyszedł jednak moment, kiedy widziałam wyraźnie, że Jezus wzywa mnie do wyjścia z tego stanu i zaufania Mu z całego serca. Tym bardziej, że pod koniec gimnazjum mój psycholog zadzwonił do mojej mamy z wiadomością, że nie jest w stanie mi pomóc. Już nigdy więcej nie poszłam na terapię. Tego samego dnia powiedziałam do Boga: „Jezu, oddaję to w Twoje ręce. Jak Ty mi nie pomożesz, nikt mi nie pomoże.”

Gdy miałam 16 lat podjęłam decyzję. Po wakacjach miałam iść do liceum, kompletnie nowego środowiska, gdzie nikt mnie nie znał. Choć bardzo się bałam, postanowiłam, że to będzie pierwszy dzień, gdy powiem coś w grupie. Poszłam z mocno bijącym sercem na rozpoczęcie roku szkolnego, lgnąc w myślach jak najbliżej Jezusa, żeby strach mnie nie pochłonął. Usiadłam w ostatniej ławce. Odezwałam się, gdy wychowawczyni sprawdzała obecność, ale powiedziałam to tak nieśmiało, że pół klasy mnie wyśmiało. Było mi przykro, ale wracając do domu wybaczyłam im i postanowiłam, że będę z nimi próbować rozmawiać. Tak zaczęły się 3 lata bolącego rozciągania. Każdego dnia walczyłam w środku ze starymi strukturami i przyzwyczajeniami. Musiałam na nowo nauczyć się funkcjonowania w grupie i tego, jak się rozmawia z innymi. Codziennie musiałam ufać Duchowi Świętemu, że On mnie poprowadzi mimo wyzwań. W domu szukałam pocieszenia i wzmocnienia w Słowie Bożym. Tak wiele razy Biblia mówi: „Nie bój się!”. Opowiada o ludziach, którzy pozostawili stare funkcjonowanie, aby Bóg mógł ich użyć do rzeczy, o których nawet nie śnili. Uwierzyli, że to właśnie oni mogą zrobić, przestając patrzeć na siebie i pokładając ufność w Bogu. 

Kończąc liceum udało mi się zdobyć wszystkie obszary, gdzie mówię i do kogo, ponieważ był to proces. Wkroczyłam do Ziemi Obiecanej, która stała dla mnie otworem. Wciąż czekało na mnie wiele mniejszych bitew, jak to musiał zrobić Izrael na czele z Jozuem, aby odebrać przypisany im dział od Boga. Jednak wciąż brakowało mi pewności siebie. Brakowało mi mocnej tożsamości w Bogu, przekonania o tym, kim jestem i co mogę w Nim, dlatego jeszcze wewnętrznie się zmagałam.

Następnym etapem był czas studiów. Poszłam na studia teologiczne, ponieważ czułam się bezpiecznie idąc na uczelnię chrześcijańską. Nie znałam kierunku dla mojego życia. Modliłam się o potwierdzenie i Bóg dał mi zielone światło. Bardzo szybko znalazłam przyjaciółkę, co było dla mnie cudem.  Niestety tam też odkryłam, że mam lęk wystąpień publicznych, gdyż wcześniej tego nie robiłam. Były nowe wyzwania, ale Bóg krok po kroku wyciągał mnie z udręki, gdy ja robiłam kolejny mały krok odwagi. Przedstawienie prezentacji było dla mnie jak rzucenie się w głęboką wodę. Kosztowało mnie to dużo łez, które w domu wylewałam przed Bogiem i walki w sobie. Ostatecznie podejmowałam wyzwanie i Bóg dawał mi wewnętrzne zwycięstwo, choć nie robiłam tego na zewnątrz idealnie. Bóg miał dla mnie czas i łaskę, a doświadczenia te przybliżały mnie do Jezusa i budowały pewność w Nim. Jestem Mu ogromnie wdzięczna, że był wtedy ze mną i że poprowadził mnie jeszcze dalej do wolności.

Na początku trzeciego roku studiów nagle pojawił się w moim życiu Kuba, mój mąż. Wtedy w dodatku myślałam, że nie nadaję się do małżeństwa przez moją nieśmiałość. Na początku naszej znajomości Bóg posłużył się nim, aby zaprowadzić mnie do kościoła, gdzie mocno głoszona jest prawda Słowa Bożego. Od początku do końca spotkania czułam potężną obecność Ducha Świętego, a każde spotkanie z Nim było uzdrawiające. Choć stresowałam się nowym miejscem, czułam, że tam odbiorę wolność. Bóg niesamowicie przyspieszył w moim życiu, bo Słowo głoszone z mocą i prawdą wykorzeniało ze mnie strzępki przeszłych doświadczeń i kłamstw. Jakbym zrzucała wiele warstw starych niewolniczych szat i ubrała nowe królewskie. Chwała Jezusowi, dzisiaj już nie chodzę w ucisku lęku i stresu, który towarzyszył mi przez lata. Bóg zawsze prowadzi do pełni, nigdy nie zatrzymuje się w połowie drogi, ale dla nas może to oznaczać wysiłek porzucenia starego „ja”. Po roku czasu Bóg zesłał mi wymarzoną pracę z dziećmi, gdzie również kształtuje mój charakter, aby być decyzyjną i pewną siebie. W międzyczasie obroniłam licencjat i dostałam zaproszenie od uczelni do poprowadzenia wykładów w oparciu o moją pracę. Choć nie jestem wymowna, Bóg jest silny w moich słabościach. Dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Z Nim mogę zdobywać szczyty, których o własnych siłach bym nie osiągnęła. Z krańców ziemi wołam do Ciebie w słabości serca: Wprowadź mnie na skałę wyższą ode mnie! (Psalm 61:3). (Pan) wywodzi z prochu biedaka, podnosi ze śmietniska ubogiego, aby go posadzić z dostojnikami, przyznać mu krzesło zaszczytne (…)” (1 Sm 2:8a).

Comments are closed.