Na pełnym gazie

25 kwietnia 2020
Comments off
854 Odsłon

O włoskim temperamencie i pokonywaniu limitów w życiu rozmawiamy z małżeństwem młodych przedsiębiorców – Anią i Łukaszem

Ludzie postrzegają was jako dobrane i zgrane małżeństwo. Jak się zaczyna taki związek?

Łukasz: Wow, nasza reputacja nas wyprzedza. Jak się zaczyna? Bierzesz nałogowego imprezowicza, fana jointów i rozwódkę. Dajesz im pół roku, żeby mogli sobie szczerze pogadać, a oni zakochują się w sobie. Ona przyprowadza go do Boga, on postanawia się zmienić, w końcu oświadcza się i zaczynają swoją przygodę.

Ania: [Śmiech] Początki wcale nie były takie łatwe. Mówimy na siebie „włoskie małżeństwo” nie ze względu na sentyment do Włoch, ale nasze „południowe” temperamenty. Jak się kłóciliśmy, to głośno, jak godziliśmy, to namiętnie. Teraz nabraliśmy nieco dystansu do ważności własnego zdania i wiele potrafimy odpuścić.

Ł: Zdecydowanie! Teraz, jak Ania mówi: „Poleż sobie kochanie, a ja wyrzucę śmieci”, to po prostu odpuszczam, ale kiedyś walczyłem, jak lew!

To nie brzmi, jak para skazana na sukces. Raczej, jakbyście mieli pod górkę. Co wam pomogło?

Ł: Myślę, że to, iż trafiliśmy do najbardziej szalonego kościoła w Polsce [śmiech].

A: Nie mów tak, bo się pastor pogniewa. Wytniecie to, prawda?

Wytniemy. O co chodzi z tym kościołem?

A: Przychodzę pierwszy raz na nabożeństwo, a tam muzyka jak na koncercie. Gitara, perkusja, fajny wokal. Zamiast poważnego „Zmartwychwstał Pan” śpiewają „Jezus, imię ponad wszelkim imieniem” w latynoskich rytmach. Ludzie machają rękami, skaczą i śpiewają jak na koncercie. Tak jak kawałki zespołu, który naprawdę lubisz. Rozglądam się po sali i widzę, że oni naprawdę wierzą w to, co śpiewają. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam ludzi, którzy w naturalny sposób pokazują to, w co wierzą.

Ł: Ja spotkałem się z tym kilka lat wcześniej na wymianie studenckiej w Walii. Tam chodziłem do kościoła, który był oparty stricte na Biblii, bez żadnych dodatkowych tradycji. Wtedy się nawróciłem, ale po powrocie do Polski nadal wiodłem stare, imprezowe życie, więc gdy wszedłem do tego kościoła, poczułem się dokładnie tak, jakbym się cofnął do momentu nawrócenia i – tam była atmosfera wiary.

A: Ale poczekaj! Teraz z perspektywy czasu tak na to patrzę. Jednak moim pierwszym uczuciem było przerażenie. Bałam się, że to sekta. Jacyś odjechani ludzie. Co najczęściej widzisz w naszych polskich kościołach? Wszyscy siedzą cichutko. Wstają i siadają jak na komendę. Atmosfera raczej pogrzebowa, zdecydowanie nie weselna. Całość zamknięta w sztywne ramy, a tam zupełnie odwrotnie! Gospel do kwadratu.

A więc co sprawiło, że zostaliście?

Ł: Że to było na serio. Widzieliśmy w tym prawdę, szczere zaangażowanie…

A: No i że zaczęły dziać się zmiany. Ze mnie Bóg zdjął smutek po rozwodzie, a z ciebie uzależnienie.

Ł: To raz. A dwa, że nauczanie kościoła miało bardzo praktyczny wymiar. Bo spójrz: człowiek się nawraca, oddaje życie Jezusowi i co dalej? Ewangelia mówi wyraźnie, że jedyną drogą do zbawienia jest Jezus i wiara w Niego, więc jak już uwierzyłem, to co dalej? Zwykle najpierw porządkujesz swoje życie. „Kto kradł, niech kraść przestanie” i tak dalej. Krótko mówiąc, przestajesz grzeszyć. To też zajmuje trochę czasu, ale z Bogiem takie sprawy można poukładać względnie szybko. Załóżmy więc, że życie mamy już poukładane. Przestałem się upijać, jestem porządnym mężem itd. Co dalej? We mnie niejako w naturalny sposób pojawiło się pragnienie, by zacząć robić coś dla Boga. Służyć mu tak, jak Biblia o tym mówi.

Chcesz mi powiedzieć, że tak po prostu porzuciłeś nawyki starego imprezowego życia i zostałeś posłusznym sługą Bożym?

Ł: Nie do końca…

A: Pewnie, że nie. To trwało. Było trudno i wymagało… wiary. Po 2–3 miesiącach bycia w kościele zaangażowaliśmy się w różne aktywności. Ja w służbę dziecięcą, służbę witania, po drodze był jeszcze marketing. Łukasz został kamerzystą. Razem prowadziliśmy zajęcia dla młodzieży. Chodziliśmy na ewangelizacje. Uczestniczyliśmy w wyjazdach misyjnych. W pewnym momencie miałam nawet poczucie, że jest tego za dużo.

Ł: Ale jednocześnie zaczęła odsłaniać się druga strona medalu, bo sprawy, które w naszym życiu były słabo poukładane, zaczęły wskakiwać na swoje miejsce.

Co konkretnie?

A: Jak wspominałam, byłam po rozwodzie. Zaczęłam czuć, że mam stabilne małżeństwo, że jest ze mną Bóg, który mnie chroni, prowadzi, a moje życie weszło na bezpieczne tory. Czułam, że nabiera ono celu i widziałam, jak ten cel się przybliża. Na początku polegało to głównie na leczeniu serca. Leczeniu ran, budowaniu pewności i ufności. Pamiętam, jak poprosiłam Boga, abym mogła więcej podróżować. Tuż po nawróceniu dostałam świetną pracę, która wiązała się z licznymi delegacjami. Bywałam w pięknych hotelach, otaczałam się ludźmi biznesu, wdrażałam swoje pomysły. Był to dla mnie bardzo pasjonujący czas.

Ł: Ja z kolei uczyłem się, jak być godnym zaufania i stabilnym. Natomiast jedną rzecz chciałbym podkreślić. Ani Ania, ani ja nigdy nie byliśmy i nie planujemy być nudnymi ludźmi. Zawsze kochaliśmy życie, podróże, imprezy, spotkania ze znajomymi, kino i masę innych rzeczy. Mówię o tym, bo nie chciałbym, żebyśmy wpadli w taki dziwny kościelny ton. Ale wracając do układania sobie życia. Jakieś 5 miesięcy po moim nawróceniu firma, którą prowadziłem, upadła. Modliłem się wtedy dość intensywnie i zupełnie przypadkiem poznałem faceta, który zaproponował mi współpracę. To uratowało mnie od bankructwa. W międzyczasie w kościele często było głoszone słowo o przełomach finansowych. Któregoś razu nasz kościół odwiedził ewangelista z USA i głosił Słowo o sianiu ziarna, czyli: „Daj jakąś kwotę na pracę Bożą, a Bóg ci stukrotnie pobłogosławi”. Powiedziałem: „Sprawdzam”. Wypłaciłem dosłownie ostatnie 2 tysiące złotych i złożyłem je na ofiarę jako wsparcie na głoszenie ewangelii. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale zrodziła się we mnie ogromna wiara, że zarobię 200 tysięcy w tym roku. Long story short – cały rok zamknąłem z zyskiem 193 tys. zł.

A: To był super rok! W grudniu wzięliśmy ślub, w lutym polecieliśmy w podróż poślubną na 3 tygodnie na Sri Lankę. Tam mieliśmy mega przygody. Potem w maju polecieliśmy do Japonii i kupiliśmy sobie porządny samochód.

Ł: Dla mnie to było przeskoczenie pewnego poziomu życiowego. Wcześniej albo mieszkałem z rodzicami, albo wynajmowałem jakieś kawalerki. Wiodło mi się przyzwoicie, ale nie było w tym stabilności. Teraz miałem żonę, mieszkanie, mogliśmy zwiedzać świat, czerpać z życia, a jednocześnie mieliśmy poczucie, że Bóg nas prowadzi.

Mam wrażenie, że chcesz mi powiedzieć, że Bóg prowadził ciebie, was, do zarabiania pieniędzy?

Ł: Dokładnie tak. W Polsce panują dwa stereotypy. Albo inaczej – są widoczne dwa wzorce. Pierwszy to wzorzec biednego chrześcijanina: jak już ktoś jest „głęboko wierzący”, to na pewno biedak. Wchodzisz do statystycznego, lokalnego kościoła protestanckiego i żeby zgadnąć, który to pastor, wystarczy, że rozejrzysz się za najgorzej ubranym facetem na sali. Marynarka sprzed 10 lat, podniszczone buty i tak dalej. Poza tym bieda jest traktowana jak coś szlachetnego. Dla mnie to zupełna bzdura. W Starym Testamencie znakiem Bożego błogosławieństwa była pomyślność i powodzenie. Jest mnóstwo stwierdzeń typu: „Bóg mu błogosławił, więc miał tysiąc wielbłądów, 5 tysięcy kóz i 7 żon”.

A: Z tymi żonami, to się trochę rozpędziłeś [śmiech].

Ł: Moja jedna wypełnia mi życie całkowicie [śmiech]. Wracając do wzorców, drugi jest taki, że ludziom wierzącym powodzi się i żyją z Bogiem, ale tylko trochę. To też jest niedobre. Zarabiasz kasę i zapominasz o Bogu, bo żyje ci się dobrze.

A: Mieliśmy taki etap w naszym życiu…

Ł: Mieliśmy. Przeszliśmy też przez to, że zaczęło nam się żyć bardzo, bardzo dobrze i myśleliśmy, że jesteśmy królami świata.

A: Ty tak sobie, kochanie, pomyślałeś…

Ł: Mniejsza o szczegóły. Nie mamy tyle czasu, żeby analizować to dokładnie. W pewnym momencie poniosło mnie w fantazji inwestorskiej i zacząłem popełniać błędy. To, co mnie uratowało, to bliskość z pastorami i kościołem. Miałem ludzi, którzy potrafili mi doradzić, poprowadzić mnie, pomodlić się ze mną i nakierować na właściwą drogę.

A: Dlatego to jest bardzo ważne, żeby poddać się prowadzeniu mądrych ludzi w kościele. Ja na przykład podczas porannych modlitw wstawienniczych dostałam proroctwo, że moje dłonie będą tworzyć rzeczy, które będą przyciągać pieniądze. A ja zawsze marzyłam o projektowaniu. Wnętrz, ubrań, przedmiotów. Pastorka, która mi o tym prorokowała, nie wiedziała o moich pasjach. Bóg jej objawił najgłębsze pragnienie mojego serca i wydobył je na światło dzienne. Postanowiłam zapisać się na studia, na których uczę się, jak wdrażać nowe produkty na rynek zarówno w ujęciu projektowym, jak i biznesowym. Wierzę, że jestem na wspaniałej i ekscytującej ścieżce do aktywowania zakopanych talentów.

Ł: Nawiązując jeszcze do mądrych ludzi w kościele. Tak, namaszczenie do biznesu realizuje się w moim życiu. Od zawsze czułem, że mam do tego talent. Natomiast kościół pomógł mi wydobyć go na światło dzienne. Ostatnio zostałem szefem kilku działów w startupie. Około 90 osób, ekspansja na rynkach azjatyckich. Mega wyzwanie. Ale jak to się stało? Oferta spadła mi dosłownie z nieba, a wszystko zaczęło się od tego, że pastor głosił w kościele słowo: „Twój sufit będzie twoją podłogą”. Kościół w Biblii ma strukturę. Są apostołowie, prorocy i tak dalej. Bóg mówi przez pastorów i daje obietnice. Naszym zadaniem jest to przyjąć, uwierzyć i wdrożyć w życie.

Dziękuję. życzymy wam, żeby wasza dalsza droga z Bogiem była pełna i owocna.

Zachęcamy do zapoznania ze wszystkimi artykułami w papierowym wydaniem Głosu Przebudzenia, numer 1 (2) 2020 r. Przejdź do sklepu

Comments are closed.