Blogi
Teologia Boża a teologia Jonasza (Czerwiec 18, 2018 6:12 pm)
Czy jesteś bogaty w Bogu? (Czerwiec 7, 2018 7:06 pm)
Prawdziwe objawienie (Maj 23, 2018 10:38 pm)
Potrzebujemy osobistego objawienia (Maj 10, 2018 3:54 pm)
Maria z Betanii (Kwiecień 30, 2018 2:34 pm)

Indie: Coca-Cola i Jezus – wywiad z pastorem Leszkiem Mochą

20140401_Indie_1000

W wielu miejscach ludzie nigdy nie słyszeli słowa  „Jezus. Pytają, czy to nowy smak Coca-Coli, czy coś innego?

Cel: Pastorze, nie wszyscy Czytelnicy Cię znają, więc powiedz coś o sobie.

Leszek Mocha: Początek mojego życia z Bogiem związany jest ze zborem „Betel” w Ustroniu, gdzie nawróciłem się. Krótko potem wyjechałem do Anglii, aby kształcić się w Międzynarodowym Instytucie Biblijnym, a po powrocie rozpocząłem pracę pionierską w Jastrzębiu Zdroju. Zaangażowany jestem w Naczelnej Radzie Kościoła Zielonoświątkowego. Moją odpowiedzialnością jest misja i ewangelizacja. Od 27 lat jestem pastorem Zboru Zielonoświątkowego „Oaza miłości” w Jastrzębiu Zdroju.

Cel: Jakie jest Twoje powołanie?

L.M.:  Pasterzowanie ze względu na obowiązek duszpasterski oraz, bez dwóch zdań, ewangelizowanie. Moją pasją jest głoszenie Ewangelii w kraju i poza granicami Polski, gdziekolwiek Bóg posyła.

Cel: Jak poznałeś pastora Abrahama z Indii?

L.M.: Temat zaaranżowany był przez samego Boga. Ze względu na swoją pasję ewangelizacyjną, szukałem możliwości głoszenia gdziekolwiek Bóg otwiera drzwi. Nie przypuszczałem jednak, że Bóg wyznaczy drogę na wschód…

Cel: Daleki Wschód…

L.M.: Tak, Daleki Wschód. Raz byłem w Malezji.

Cel: Czy jakieś kontakty w Malezji ugruntowały się?

L.M.: Nie. Skończyło się na jednej wizycie. Indie natomiast otwarły się dzięki znajomemu z Londynu, który zaproponował mi wizytę pastora Abrahama w Polsce. Było to piętnaście lat temu.

Cel: Kim jest pastor Abraham?

L.M.: Pastor Abraham odpowiedzialny jest za Nowoindyjski Kościół Boży (New India Church of God). Kościół organizuje pracę około 4000 zborów w Indiach, Nepalu oraz Emiratach Arabskich.

Kościół ten nie powstał poprzez pracę misjonarzy zagranicznych. Pastor Abraham wraz ze swoim szwagrem założyli go trzydzieści lat temu poprzez działalność ewangelizacyjną.

Piętnaście lat temu pastor Abraham przyjechał do nas i przedstawił funkcjonowanie kościoła. Przyjeżdża praktycznie co roku. Usługuje w różnych zborach w Polsce. Celem jego podróży jest zbieranie funduszy na działanie kościoła w Indiach.

Byłem przerażony skalą potrzeb, jakie mają wierzący w tamtej części świata. Występuje tam masowy problem z sierotami, brakiem pieniędzy dla pastorów. Kościół buduje sierocińce, szkoły i inne palcówki związane z pomocą kobietom, które w brutalny sposób zostały wyrzucone z domu. Wzbudziło to we mnie żarliwość w kierunku ewangelizowania Indii.

Cel: Jakie podjąłeś działanie?

L.M.: Przestraszyłem się na początku, ponieważ my nie byliśmy przyzwyczajeni do dawania, a raczej do brania.
Przez kilka lat zbieraliśmy jakieś środki pieniężne, ale to były małe sumy.

Przełom nastąpił, kiedy postanowiliśmy zawierzyć Bogu i zaczęliśmy zachęcać ludzi do ofiarnego dawania na cele kościoła w Indiach.

Zbory zaczęły deklarować pewne kwoty, które co miesiąc wysyłają na konkretny cel, głównie utrzymanie rodzin pastorskich.

Cel: Ile kosztuje tam utrzymanie rodziny pastorskiej?

L.M.: Dla nas to wydaje się dziwne i śmieszne, ale około 200zł wystarcza, aby jedna pięcioosobowa rodzina mogła tam przez miesiąc normalnie żyć!

Powoli zaczęliśmy budować budżet pomocowy. Jeździłem po zborach, zachęcałem i na dzień dzisiejszy utrzymujemy 35 pastorów wraz z rodzinami.

Cel: To i tak kropla w morzu potrzeb…

L.M.: To nie jedyne wsparcie. New India Church of God zapewnia mieszkanie, wyżywienie, opiekę medyczną i edukację dla siedmiuset dzieci w piętnastu sierocińcach. Koszt utrzymania jednego dziecka to około 100 zł miesięcznie. Dwa sierocińce zostały wybudowane dzięki ofiarności wierzących Polaków. Jeden jest koło Kalkuty w stanie Molda – całkowicie zasponsorowany przez Polonię z Niemiec. Drugi powstał w stanie Orisa dzięki zborowi w Warszawie. New India Church of God prowadzi szesnaście szkół biblijnych. Wychowują nowych liderów i praktycznie 100% z nich zostaje pastorami!

Cel: Co im daje, albo do czego zobowiązuje ukończenie takiej szkoły?

L.M.: Absolwenci są „nakręceni” misyjnie. Jadą na prowincję prowadzić nowopowstały zbór.
Ktoś mnie zapytał czemu nie idą do pracy. Problem polega na tym, że nikt im tej pracy nie chce dać. Po pierwsze, za samą wiarę w Jezusa mają przyprawioną gębę. Po drugie, pracodawcy obawiają się działalności misyjnej wśród pracowników w miejscu pracy. Powody można mnożyć, ale faktem jest, że ze względu na wiarę możliwość zdobycia pracy jest nikła.

Poza tym ich praca ewangelizacyjna i duszpasterska nie skupia się w jednej wiosce, ale sięga okolicznych miejscowości oddalonych od siebie. Oni są uczeni ewangelizowania i aktywnie prą w kierunku zakładania nowych zborów. Nie mieliby czasu na pracę.

Cel: Zwłaszcza że komunikacja wygląda inaczej niż nam się wydaje…?

L.M.: Tak, ludzie przemieszczają się zazwyczaj na piechotę, czasem rowerem – szczytem marzeń jest motocykl. Ludzie żyjący na prowincji z reguły nie opuszczają swojego miejsca, są do niego przywiązani. Przebywając wśród nich miałem wrażenie, jakbym się cofnął w czasie o jakieś sto lat. Zaskakują warunki, w jakich oni żyją. Nie ma dostępu do rzeczy, które dla nas są oczywiste. W ich domkach nie ma łazienek, nie ma elektryczności.

Cel: W jakich realiach społecznych działa kościół?

L.M.: Indie to potężny kraj z liczbą mieszkańców przekraczającą 1,2 mld. Podróżowanie ze stanu do stanu to wjazd jakby do innego kraju. Nawet przejechanie 70 km do innego stanu było kłopotliwe. Dotychczasowy tłumacz nie był w stanie mnie tłumaczyć, bo tam ludzie mówili innym językiem.

Dominującą religią jest hinduizm – 80%. Muzułmanie stanowią 12-15%. Chrześcijanie (wszystkie denominacje) to około 2%.

Najprężniej działający ewangeliczni chrześcijanie to Assemblies of God (Zbory Boże) – około 6000 zborów – i właśnie New India Church of God – około 4000 zborów. Oprócz nich jest wiele innych zborów ewangelicznych i protestanckich, baptystów itp.

Indie są podzielone: Nowe Indie (zamknięta grupa ludzi w dużych miastach, która się kształci, zdobywa pracę, prowadzi między sobą interesy, podróżuje po świecie) oraz Stare Indie (około 900 mln ludzi, żyjących na prowincji, którymi nikt się nie interesuje).

Cel: Czy jest to pozostałość systemu kastowego?

L.M.: Między innymi tak.

Cel: Jaki jest odzew na Ewangelię?

L.M.: Podczas czterech (w ciągu ostatnich pięciu lat) podróży do Indii mogłem zaobserwować rzesze głodnych Słowa ludzi.

Ludzie tam żyjący są nauczeni szacunku względem liderów. Jeżeli ktoś głosi Ewangelię, to oni naprawdę słuchają i wierzą. To jest we krwi, taka kultura uwarunkowana oczywiście religią, szacunkiem do kapłanów, z gotowością do poświęceń itd.

Skupiają uwagę na kimś, kto mówi o Jezusie, który może zmienić ich życie doczesne, uzdrowić, dać wieczną perspektywę.

Zauważyłem, że gdy głosi się Hindusom Chrystusa, to On staje się dla nich najwyższym kapłanem. Zaczynają wierzyć, że On jest źródłem ich życia. Mają prostą dziecinną wiarę.

Na prowincji ludzie nie mają dostępu do służby zdrowia i lekarstw, aby się leczyć. Więc kiedy mówi się o uzdrowieniu, oni chwytają się nadziei, wierzą w obietnicę uzdrowienia.

Przychodzą na organizowane spotkania.

Cel: Jak się dowiadują o spotkaniach?

L.M.: Odpowiednio wcześniej organizatorzy rozpowiadają wśród sąsiadów i znajomych o nabożeństwach, ewangelizacjach, wieczorach uzdrowieńczych. W tym roku w prowincji Gowan w stanie Gujarat na wieczorne nabożeństwa przychodziło po trzy lub cztery tysiące ludzi.

Cel: Dosłownie: przychodziło?

L.M.: Z reguły tak. Czasem grupowo przyjeżdżali na rikszach, jakichś wozach.
W związku z tym że ludzie przybywają z daleka, nabożeństwa są długie, wielogodzinne. Trzeba poświęcić dużo czasu na rozmowy, modlitwy. Zaczynaliśmy o godzinie 18.00 lub 19.00, a kończyliśmy o północy.

Cel: Jaki był owoc tych spotkań?

L.M.: Na każdym spotkaniu Bóg potężnie działał. Na takiej przykładowej krucjacie, w której uczestniczyło cztery tysiące ludzi, około 500-600 osób oddawało życie Jezusowi.

To są potwierdzone przez pastorów dane. Przy okazji każdej ewangelizacji odbywają się konferencje dla pastorów, na które przyjeżdża około dwustu liderów. Dla nich są robione spotkania do południa, a wieczorem wykorzystuje się ich do pracy duszpasterskiej.

Przez to mogą również zorientować się, skąd pochodzą nowonarodzeni i pokierować do odpowiedniego zboru w ich okolicy. Zdobywanie nowych terenów polega po prostu na wysyłaniu pastorów do miejscowości, gdzie nie ma kościoła. W wielu miejscach ludzie nigdy nie słyszeli słowa „Jezus”. Pytają, czy to nowy smak Coca-Coli, czy coś innego?

Przez dwa tygodnie, dzień w dzień głoszą ewangelię w tym mieście. Po dwóch tygodniach ogłaszają chrzest. Po takiej ewangelizacji około 15-30 osób nawraca się i przyjmuje chrzest. Ustanawia się tam pastora wcześniej przeszkolonego. Centrala kościoła daje utrzymanie temu pastorowi oraz jego rodzinie. Oni tam się przeprowadzają i z reguły żyją w bardzo prymitywnych warunkach zanim coś się uda dla nich przyzwoitego wybudować. Od razu taki pastor zajmuje się służbą, naucza, prowadzi zbór.

Cel: Nie narzekają, nie zwracają uwagi na niesprzyjające okoliczności?

L.M.: Nie. Oczywiście nie są pozostawieni sami sobie. Biuro kościoła, znajdujące się w New Delhi, dba o zbieranie funduszy i przekazywanie ich pastorom. Sam pastor Abraham, jak już mówiłem, jeździ po świecie i apeluje o pomoc finansową dla ich służby.

Cel: Kto stoi na czele całego kościoła?

L.M.: Pastor Abraham opiekuje się zborami w północnej części Indii, a za południową odpowiada jego szwagier, pastor Tampa. Oni tworzą duet liderski prowadzący cały Nowoindyjski Kościół Boży.
Musieli jakoś podzielić się pracą ze względu na wielkość kraju. Podróż samolotem z północy na południe Indii zajmuje 4,5 godziny! Dla przykładu 8 godzin leci się z New Delhi do Frankfurtu! To jest potężny obszar.
Widziałem jak działają, byłem w ich biurze i obserwowałem jak pracują. Jest to bardzo dobrze zorganizowana praca.

Kościół prowadzi sześć szkół podstawowych, w których cały personel pedagogiczny pochodzi z kościoła. Szkoły są sponsorowane. Budowane były przeważnie przez Amerykanów i Australijczyków i funkcjonują na bardzo wysokim poziomie. Nawet niewierzący Hindusi z chęcią posyłają do nich swoje dzieci i są bardzo zadowoleni.

Cel:  Czy indoktrynacja religijna nie jest odgórnie zakazana?

L.M.: Nie, dlatego że dana szkoła jest oficjalnie zarejestrowana w profilu chrześcijańskim. Każdy rodzic jest o tym informowany i poprzez posłanie dziecka do takiej placówki zgadza się na to, co tam jest nauczane. W umiejętny sposób ewangelizowane są dzieci i ich rodzice.

Cel: My w Polsce wybrzydzamy pomiędzy jedną chrześcijańską wersją światopoglądu a inną. Natomiast w Indiach to musi być duże wyzwanie dla Hindusów wychowanych w hinduizmie, aby ot tak sobie posłać dziecko do chrześcijańskiej szkoły?

L.M.: Dokładnie tak. Każdą dziedzinę działalności kościół wykorzystuje jako narzędzie ewangelizacji.
Działalność misjonarska z zewnątrz jest ograniczana przez władze, dlatego kościół rozwija się mocno w oparciu o to, co sami Hindusi mogą zrobić. Żeby przyjechać w celach ewangelizacyjnych z Polski, trzeba mieć specjalne zezwolenie. Nie można na wizie turystycznej zacząć głosić, aby nie narazić się na przykre konsekwencje, szczególnie w dużych miastach.

Cel: Czas na świadectwa budujące wiarę.

L.M.: Może zacznę od świadectwa zbawienia. W rejonie, gdzie jest około dwustu chrześcijan, zorganizowana została ewangelizacja, na którą przychodzi 1200-1300 mieszkańców. Łącznie jest tam około 1500 osób. W czasie jednego wieczoru 200-300 ludzi oddaje życie Bogu. Oni mają bardzo otwarte serca.

Cel: A uzdrowienia?

L.M.: Tylu cudów wizualnie manifestujących się nie widziałem nigdzie wcześniej poza Indiami. Na przykład w zeszłym roku w stanie Punjab na jednej z ewangelizacji kobiety przyniosły chore dzieci w wieku pięciu, sześciu lat. Położyły je na scenie. Te dzieci miały widoczne defekty ciała, z reguły nie mogły chodzić. Matki krzyczały, żeby się o nie modlić. Nie interesowało ich, że toczy się spotkanie, jest jakiś program, porządek nabożeństwa. Mówiłem w kazaniu o uzdrawianiu, więc one się go domagały dla swoich pociech.

To jest wyzwanie, mając przed sobą ponad tysiąc ludzi wpatrzonych, co się będzie działo. Sam nie wiem jak to się stało. Nie miałem możliwości intelektualnej analizy sytuacji. Podszedłem do jednego chłopca, podniosłem go na nogi, na których nigdy nie stał i nie chodził i w autorytecie krzyknąłem: CHODŹ!

Chłopczyk płacząc zaczął iść pierwszy raz w życiu. Przeszedł przez całe podium w kierunku swojej mamy.
Widać było poruszenie i euforię wśród ludzi zgromadzonych na ewangelizacji.

W ten sam wieczór przyniesiono na spotkanie sparaliżowanego dorosłego mężczyznę, który od wielu lat nie chodził. Nie było indywidualnej modlitwy o niego tylko ogólne wołanie do Boga o uzdrowienie chorych. On nagle wstał ze swojej maty i zaczął chodzić tak, jak w czasach Jezusa. Przechadzał się wśród zgromadzonych, podskakując.

W tym roku w stanie Gujarat podczas kazania na temat kobiety cierpiącej od dwunastu lat na krwotok, Duch Święty zainspirował mnie do zapytania, czy nie ma wśród zgromadzonych kobiet z podobnym problemem. Ku mojemu zdziwieniu zgłosiła się setka kobiet. Nawet nie miałem zamiaru nikogo wzywać do ujawnienia się, żeby nie wprowadzać w zakłopotanie, a one same podniosły ręce. Pomodliłem się i tak zakończyło się spotkanie. Następnego dnia pastor Abraham zapytał, czy któraś z kobiet została uzdrowiona – po raz kolejny patrzyłem zadziwiony: był las rąk.

Nie miałem żadnych podstaw, żeby nie wierzyć. Kobiety te zamanifestowały z uśmiechem na twarzy, że ich dolegliwości ustąpiły!

Cel: Jak Twój organizm znosił nietypowe warunki?
L.M.: Indie to tereny niebezpieczne dla zdrowia, szczególnie latem. Łatwo tam dostać malarię i różne dolegliwości żołądkowe ze względu na brak higieny w naszym rozumieniu czy występowanie w wodzie nieznanych dla nas bakterii.
Dzięki Bogu, przez te cztery lata, nigdy nie miałem problemów żołądkowych, normalnie jadłem z Hindusami to, co dla mnie przygotowywali z pogwałceniem wszelkich zasad czystości.

W tym roku jednak diabeł zaatakował mnie jakimś wirusowym zakażeniem, miałem gorączkę i dreszcze łudząco podobne do malarii. Było to niebezpieczne, zwłaszcza że nie miałem lekarstw, a najbliższy lekarz znajdował się o cztery godziny jazdy samochodem od nas.

Musiałem usługiwać, więc ryzykując wybrałem się na wieczorne spotkanie i dojeżdżając na miejsce zauważyłem, że wszystkie objawy choroby ustępowały. Po około czterech godzinach nabożeństwa, wracając na nocleg, znów nachodziły mnie dreszcze i gorączka.  Rano jechałem usługiwać pastorom – objawy ustępowały. I tak przez trzy dni. Dopiero po powrocie do New Delhi wszystko ustąpiło bez żadnej ingerencji medycznej (nie licząc gripexu, ale z tego to się mogę tylko śmiać). Był to ewidentny atak diabła na moje zdrowie. Walka duchowa jest mocno odczuwalna w tamtym rejonie.

Cel: Doświadczyłeś może jakiegoś szczególnego sprzeciwu ze strony ludzi?

L.M.: Również ludzi diabeł wykorzystuje, żeby zatrzymać głoszenie Ewangelii. Hindusi często mocno się sprzeciwiają chrześcijanom. Nawet łączą siły ze swoimi wrogami –muzułmanami, aby wspólnie bić chrześcijan. W niektórych miastach Sikhowie mocno sprzeciwiają się Ewangelii.
Czasami dochodzi do brutalnych incydentów, pobicia pastorów itp.
Osobiście nie doznałem żadnego ataku ze strony ludzi. Zazwyczaj poruszaliśmy się w większej grupie i przez to czułem się bezpiecznie.

Cel: Z Indii przylatujemy do Polski.
Obserwuję jak Polacy komentują Twoje relacje z podróży misyjnych do Indii. Z jednej strony pytają, dlaczego w Indiach, a nie w Polsce. Z drugiej jednak, kiedy opisujesz nawrócenia i uzdrowienia w naszym kraju, podważają ich wiarygodność. Jak to oceniasz?

L.M.: Nasze chrześcijaństwo jest bardzo mocne intelektualnie, a słabiutkie duchowo. Brak wiary i poziom sceptycyzmu są ogromne w kulturze Zachodu. Ludzie nie chwytają się Boga wiarą, bo mają wiele możliwości, aby próbować rozwiązać swoje problemy bez Niego. Oczywiście – dobrze, że mamy na przykład wysoko rozwiniętą medycynę, należy z niej korzystać. Przykre jest jednak to, że podważa się autentyczne przeżycia ludzi uzdrowionych. Jest nagonka na świadectwa.

Cel: Ludzie szukają namacalnych dowodów, zaświadczeń lekarskich…

L.M.: Tam, gdzie jest taka możliwość, to zbieramy zaświadczenia. Mam w zborze dwie osoby z lekarskim potwierdzeniem uzdrowienia z raka. Należy o to zadbać.
Nie da się jednak niczym potwierdzić uzdrowienia z bólu, czy schorzenia, które nie zostało nigdy zdiagnozowane przez lekarza. Po prostu: bolało – przestało boleć. Nie mogłem chodzić – teraz chodzę.

Cel: Czy jest sens podejmowania polemiki?

L.M.: Nie ma sensu dyskutować z kimś, kto szuka dziury w całym i zwyczajnie nie ma wiary. Nawet usunąłem z fejsa niektóre posty, pod którymi toczyła się dyskusja na żenująco niskim poziomie.

Cel: Jak „uruchomić” przebudzenie w Polsce? Sceptycyzm to jedno, czy coś jeszcze stoi na przeszkodzie, żeby oglądać Boże działanie, a nie tylko słyszeć, że coś tam, gdzieś tam w Indiach, Brazylii…?

L.M.: Myślę, że za bardzo skupiamy się na tym, jak przyciągnąć ludzi do kościołów, jak sprawić, by się w nim dobrze poczuli. Za mało uwagi poświęcamy osobie Jezusa. Tak zwyczajnie i prosto. Krzyż to dzieło zwycięstwa, które dokonał Bóg!
Nowoczesność, technologia, multimedia są w porządku, ale w centrum naszego głoszenia musi być Chrystus i działanie Ducha Świętego. Nie da się tego zastąpić emocjonalnym poruszeniem, zaspokajaniem socjalnych potrzeb ludzi. Musimy dać Duchowi Świętemu miejsce do działania, aby dotykał naszych serc, zmieniał nasze życie i przekonywał, że to, co Bóg obiecał, jest dla nas dzisiaj dostępne.

Cel: Czy tak zwane prawo wewnętrzne, różnie sformułowane w różnych kościołach, jest przeszkodą dla Ducha Świętego?

L.M.: To zależy jakie jest podejście. Działamy w określonych ramach prawnych ustanowionych w Polsce. To jest aspekt prawny i nie da się go obejść. Kiedy jednak uważamy, że te sankcje prawne mają regulować funkcjonowanie zborów, to jesteśmy pogrzebani.
Życie duchowe to jest całkiem inny temat.

Cel: Właśnie, tak się często mówi, że Bóg jest Bogiem porządku i ładu. Machamy na to ręką akceptując odgórnie narzucony legalizm. Jest on raczej ludzkim ładem i porządkiem, a nie Bożym…

L.M.: Tak, kiedy apostoł Paweł mówił o porządku w kościele, miał na myśli duchowe życie kościoła, a nie prawne. On pisał o manifestacjach, przeżyciach duchowych, które są nam potrzebne w odpowiednim kontekście zdrowej, apostolskiej nauki. Jestem zwolennikiem dążenia do duchowych przeżyć, należy pozwalać Duchowi Świętemu działać, nawet jeśli wydaje się nam to nieco szalone. Żadne prawo ani statut wewnątrzkościelny nie może nas w tym ograniczać. Duch Święty ma prawo nas prowadzić i dobrze, jeśli to robi.

Cel: Czy duchowe przebudzenie to ma być rewolucja, czy ewolucja? A może jedno i drugie?

L.M.: Osiągnięcie przebudzenia w naszym kraju jest procesem, który już trwa. Uważam, że należy się skupić na całym ruchu ewangelicznym w Polsce, bo żaden kościół nie ma patentu na przebudzenie. Jest to proces i odpowiedzialność ludzi, którzy mają zapał, aby takie poruszenie nastąpiło. Jestem zwolennikiem procesu, w którym Duch Święty nas prowadzi i pokazuje dziedziny, w których muszą nastąpić zmiany. W czasie tego procesu nie mogę zapomnieć o dbaniu o ludzi, których już mam. Nawet o tych sceptyków.

Cel: Ale nie chodzi Ci o poklepywanie po ramieniu i mówienie: wszystko jest OK.?

L.M.: Nie, nie. Burzymy dzieła diabelskie w stanowczy sposób, pamiętając, że nie z krwią i z ciałem toczymy bój (Ef.6,12). Człowiek ma zostać uratowany, a nie dobity. A to, co diabelskie w jego życiu, mocno konfrontowane.

Cel: Co przed Tobą? Jesteś bardzo aktywny.

L.M.: Na pewno chciałbym za rok pojechać znów do Indii.
Tymczasem w Polsce, na własnym podwórku, mocno działamy. W moim mieście spotykamy się z ogromną przychylnością lokalnych władz. Mamy wpływ w mieście. Wprawdzie nie widać tego jeszcze we wzrastającej spektakularnie liczbie uczęszczających na spotkania, ale trzeba powiedzieć, że cykliczne imprezy ewangelizacyjne są stałym punktem planów w miejskim harmonogramie. Nie są to tylko ewangelizacje sensu stricto, na których wychodzi na scenę gość i głosi Ewangelię. Często organizujemy koncerty (w maju będzie u nas David Pierce z No Longer Music). Działamy również poprzez punkt społecznościowy, szczególnie dla młodzieży, którą pobudzamy do różnych form aktywności, prowadzimy korepetycje, naukę gry na instrumentach itd.

Staram się również zachęcać liderów i pastorów do większej aktywności misyjnej poprzez realizację programu Wielki Płomień przygotowanego przez Reinharda Bonnke.

Z pastorem Leszkiem Mochą rozmawiał Wojciech Wieja.

Comments are closed.