Głoś ewangelię!

25 kwietnia 2021
Comments off
893 Odsłon

„Uczyłem się, obserwując jego postępowanie i sposób, w jaki traktował ludzi. Musiałem porzucić własną wizję” – o roli powołania, służbie u boku Reinharda Bonnkego, pierwszym cudzie oraz zabijaniu smoków rozmawiamy z ewangelistą Danielem Kolendą.

 

Cofnijmy się na chwilę w czasie – Londyn rok 1961. Dwudziestojednoletni absolwent szkoły biblijnej, młody ewangelista, niespodziewanie przybywa do domu George’a Jeffreysa. Jeffreys modli się o niego i przekazuje mu swój płaszcz namaszczenia. Ten młody człowiek to Reinhard Bonnke. Wiele lat później w Lagosie, stolicy Nigerii, Bonnke zwraca się do pewnego dwudziestoośmioletniego ewangelisty tymi słowami: „Namaszczony musi zostać wyznaczony”. Tym młodym człowiekiem jest Daniel Kolenda. Pałeczka zostaje przekazana, by żniwo nie przestało być zbierane… W jaki sposób i gdzie zaczęła się dla pana ta niezwykła podróż? Jakie podjął pan kroki i jakim wyzwaniom musiał stawić czoła?

Daniel Kolenda: Reprezentuję piąte pokolenie kaznodziejów w naszej rodzinie. Mój ojciec jest pastorem, mój dziadek i pradziadek byli pastorami… to w sumie pięć kolejnych pokoleń w linii męskiej. Oprócz tego ojciec mojej matki również był pastorem. Podobnie ojciec mojej żony był pastorem. Wyrastałem więc w środowisku mocno nakierowanym na służenie Bogu. Przyjąłem Jezusa jako swojego Zbawiciela w bardzo młodym wieku i już mając siedem czy osiem lat, wiedziałem, że Bóg powołał mnie, bym pewnego dnia został misjonarzem w Afryce. Słyszałem, jak wielu ludzi mówi, że przez większość życia nie mieli pojęcia, czym powinni się zajmować zgodnie z planem Bożym. Ja nigdy nie miałem takiego problemu. Zawsze wiedziałem, że Bóg chce, bym ewangelizował. I wiedziałem, że on mnie wzywa do Afryki. Oczywiście, nawet sobie nie wyobrażałem, że pewnego dnia będę współpracować z kimś takim jak ewangelista Reinhard Bonnke. Moja podróż tak naprawdę rozpoczęła się, zanim się urodziłem – wśród moich przodków, którzy również byli misjonarzami. Byli Niemcami z Prus Wschodnich, którzy przyjechali jako misjonarze do Brazylii, a potem wyemigrowali stamtąd do Stanów Zjednoczonych.

Zacząłem głosić, kiedy miałem czternaście lat. Dwa lata później pojechałem do Brownsville, gdzie miało miejsce przebudzenie. Zostałem głęboko poruszony przez Pana. Rozpocząłem wówczas coś w rodzaju posługi ewangelisty. Organizowałem spotkania – niekiedy w kościele mojego ojca, czasami w innych miejscach w mieście – i zapraszałem na nie ludzi. Głosiłem im ewangelię, wzywałem do nawrócenia i modliłem się o nich. A Bóg potężnie działał. Już jako nastolatek głosiłem słowo całym swoim sercem.

Jakie kroki podejmowałem? Na każdym etapie życia starałem się robić, co mogę, przy użyciu tego, co mam. A więc nie zawsze stawałem na wielkiej platformie z potężnym systemem nagłośnieniowym, wśród ogromnych tłumów. W pewnym okresie swojego życia stawałem na rogu ulicy i głosiłem do przechodniów. Ale Jezus powiedział: „Nad tym, co małe, byłeś wierny, wiele ci powierzę” (Mat. 25:23). To jest coś, co mogę poradzić innym. Sam zastosowałem tę prawdę w swoim życiu i bardzo dobrze na tym wyszedłem.


Pana historia przejęcia spuścizny po Reinhardzie Bonnkem jest niezwykła. W rzeczywistości Christ for all Nations (CfaN, Chrystus dla Wszystkich Narodów) to jedna z nielicznych z powodzeniem kontynuowanych służb. Wyznał pan kiedyś: „Musiałem porzucić własną wizję. Bo moją wizją było służenie ewangeliście Reinhardowi Bonnkemu”. Czy mógłby pan opowiedzieć coś więcej o swojej codziennej więzi z ewangelistą Bonnkem?

Zacząłem pracować dla ewangelisty Bonnkego w magazynie z książkami. Początkowo nie byłem współewangelistą ani żadnym innym usługującym. Któregoś dnia Reinhard Bonnke zobaczył mnie przy pracy za biurkiem i zapytał przez mojego bezpośredniego przełożonego, czy chciałbym razem z nim podróżować jako jego asystent. Tak się zaczęła nasza znajomość. Tak naprawdę po prostu służyłem mu dzień po dniu, wykonując rozmaite rutynowe zajęcia: nosiłem jego walizkę, czyściłem buty i robiłem to, czym zajmują się asystenci. Podobną relację widzimy w Biblii, kiedy jest mowa o Eliaszu i Elizeuszu. Czytamy na przykład, że Elizeusz polewał wodą ręce Eliasza (2 Król. 3:11, kJV). Jestem skłonny sądzić, że Elizeusz nie zdawał sobie sprawy, iż ta postawa sługi umożliwi mu otrzymanie płaszcza namaszczenia Eliasza. Podobnie było ze mną. Nigdy nie było takiej sytuacji, w której ewangelista Bonnke kazałby mi usiąść w ławce, a sam pisałby coś na tablicy i tłumaczył. Tak naprawdę w ogóle rzadko kiedy udzielał mi bezpośrednich pouczeń. W większości przypadków uczyłem się, obserwując jego postępowanie i sposób, w jaki traktował ludzi.

Często spędzaliśmy razem wiele godzin – niekiedy razem jedliśmy, kiedy indziej byliśmy u niego w domu, a jeszcze innym razem podróżowaliśmy samolotem albo samochodem. Cokolwiek robiliśmy, spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu i ciągle rozmawialiśmy. To była moja podstawowa metoda uczenia się od niego. Myślę, że to jedna z najlepszych metod, ponieważ niektórzy nauczają teoretycznie czegoś, czego sami nie praktykują. Ale ja poznawałem ewangelistę Bonnkego, idąc razem z nim przez różne wydarzenia prawdziwego życia.


Wielu młodym namaszczonym ludziom brakuje wytrwałości, cierpliwości i pokory, aby dać się wychować i wyszkolić swojemu duchowemu ojcu. Mają skłonność do zbyt wczesnego rozpoczynania własnej,
indywidualnej służby. Żyjemy w kulturze duchowych start-upów, w której wielu ludzi nigdy nie rozwija swojego potencjału. Co by pan doradził temu pokoleniu?

 

Myślę, że każda sytuacja jest nieco inna. Na pewno trzeba wziąć pod uwagę racje obu stron, bo nie będzie duchowych synów i córek bez duchowych ojców i vice versa. Potrzeba młodych ludzi, którzy poddadzą się przywództwu i będą chcieli przeznaczyć jakąś część swojego życia na naukę i służenie, zamiast odgrywać rolę szefa. Uważam, że to jest bardzo ważne. Wiele razy zdarzało się, że ewangelista Bonnke prosił mnie, bym nie robił czegoś, co zamierzałem zrobić. Niekiedy mówił, że nie podobają mu się moje plany, a wtedy ja z nich rezygnowałem. To był czas umierania dla siebie i stawiania kogoś innego ponad sobą. Teraz jednak, kiedy ewangelista Bonnke już odszedł z tego świata, te ograniczenia zniknęły i odkrywam, że Pan błogosławi wiele spraw, do których przykładam ręce. Myślę, że ponieważ szanowałem życzenia Reinharda Bonnkego za jego życia i nadal staram się żyć w ten sposób, to nie tylko podobam się Bogu, ale również Reinhard Bonnke byłby ze mnie zadowolony. Koniecznie trzeba tutaj dodać, że ewangelista Bonnke był osobą niesłychanie mądrą i wspierającą. Miał mądrość, aby będąc u szczytu swojej posługi, wprowadzić mnie na scenę i zacząć mi przekazywać stery. Potem dołożył starań, żeby usunąć się na bok, tak bym miał możliwość rozwinąć skrzydła jako lider. W ten sposób w wieku dwudziestu ośmiu lat stałem się jego następcą i objąłem funkcję prezesa tej służby. W tym czasie Reinhard Bonnke miał sześćdziesiąt kilka lat i doświadczał prawdopodobnie najbardziej ekscytujących chwil w swojej posłudze. A jednak przekazał stery w moje ręce i wyjechał z Orlando, gdzie znajdowała się główna siedziba naszej służby. Przeniósł się do miejscowości odległej o dwie godziny jazdy, żebym naprawdę miał przestrzeń do uczenia się i wzrastania jako przywódca. Uważam, że to było bardzo mądre. A więc potrzeba właściwej postawy z obu stron. Musimy mieć młodych ludzi, którzy chcą się poddać i uczyć od liderów, od swoich duchowych ojców i matek. Ale potrzebni są też rodzice, którzy będą mieć serce dla kolejnego pokolenia i chęć przekazania części władzy oraz oddania sterów komuś z młodszego pokolenia.

 

Zachęcamy do przeczytania całego artykułu w nowym numerze Głosu Przebudzenia, numer 1 (4) 2021 r. Przejdź do sklepu

 

Comments are closed.