Polecamy
Integralność (30 kwietnia, 2022 10:36 am)
Nowość wydawnicza: Finansowe IQ (29 maja, 2020 6:02 pm)
Premiera Głosu Przebudzenia (6 marca, 2020 11:58 am)
Nowość wydawnicza: Boży niezbędnik (14 grudnia, 2018 7:06 pm)

Bóg na ulicy

20 maja 2014
Comments off
3 176 Odsłon

To jeden z tych momentów, które dzieją się coraz częściej – kiedy na ulicę zstępuje potężna Boża obecność. Z jednej strony piątka uwielbiających, z drugiej strony piątka słuchających. Razem dziesiątka ludzi dotkniętych Bożą dobrocią. Wzruszenie. Miłość.

05.03.2014

Marysia:

Wychodzę z pracy na naszą ewangelizację, idę na przystanek. Stoję na światłach i widzę po drugiej stronie powykręcanego mężczyznę na trzęsących się nogach. Jeszcze jest czerwone, a ja mam gonitwę myśli – modlić się czy się nie modlić!? Oczywiście w głębi świetnie znam odpowiedź, serce bije trochę mocniej, ale na szczęście światło się zaraz zmienia na zielone i nie ma czasu dłużej się zastanawiać – ruszam. Podbiegam do pana, pomagam mu przejść przez ulicę, po czym pytam, czy mogę się pomodlić. Najpierw nie chce, ale po chwili się zgadza. Stoję tuż przy przejściu, koło mojej pracy. Mam świadomość, że mijają mnie ludzie z wydawnictwa, ale staram się o tym nie myśleć. Okazuje się, że Pan ma porażenie mózgowe i stąd problemy z mową i chodzeniem. Kładę ręce i modlę się. Trochę wyprostowuje się. Modlimy się dalej wspólnie, ogłasza Jezusa swoim Panem. Proszę go, by po powrocie do domu wziął Biblię, zaczął czytać i ogłaszać Słowo Boże do swojego życia, po czym biegnę na tramwaj – nasza ewangelizacja zaraz się zacznie!
Zbieramy się pod bramą uniwersytetu. W oczekiwaniu aż wszyscy dojdą, zaczynamy śpiewać, na co reaguje trójka młodych Szkotów.

Michał:

Ten dzień był dniem pełnym radości. Zanim zdążyliśmy rozpakować sprzęt, wiedzieliśmy, że wydarzą się cuda. Pierwszy cud wydarzył się w ciągu pierwszych minut – zatrzymali się przy nas Szkoci, by posłuchać, jak pięknie śpiewamy. Po kilkuminutowej rozmowie Marysi z nimi, jeden chłopak chciał, byśmy o niego się modlili. W czasie modlitwy, gdy przyjął Jezusa do swojego życia jako Pana i Zbawiciela, gdy Duch Święty go wypełnił swoją miłością i w oczach pojawiły się mu łzy, jego koledzy się z niego naśmiewali. Do czasu, gdy drugi chłopak nie podszedł i nie położyliśmy na niego naszych rąk. Boża moc zstąpiła, został wypełniony Bożą miłością. Błogosławiliśmy ich i ich rodziny. Byli bardzo poruszeni.

Idziemy dalej Krakowskim Przedmieściem, aż spotykamy kobietę z czwórką dzieci. Dzieciaki przecudowne i prześliczne! Rozmawiamy jakiś czas. Ania mówi, że Bóg znów do niej przemawia przez muzykę. Przechodzi właśnie trudny okres w swoim życiu, a Bóg przez nas powiedział jej, jak bardzo ją kocha. Błogosławimy ją, jej rodzinę, męża, pracę i finanse. Wiem, że Bóg cudownie zmienił jej życie i naprawdę pobłogosławił. Na koniec dostałem „żółwika” od każdego dziecka – ten zaszczyt kopnął tylko mnie J – a o najmłodszym dowiedziałem się, że lubi modele samolotów.

Marysia:

To jeden z tych momentów, które dzieją się coraz częściej – kiedy na ulicę zstępuje potężna Boża obecność. Z jednej strony piątka uwielbiających, z drugiej strony piątka słuchających. Razem dziesiątka ludzi dotkniętych Bożą dobrocią. Wzruszenie. Miłość. Potem modlitwa, między innymi o to, by odszedł strach.
Dwa tygodnie później do Agatki dzwoni telefon. To Ania. Mówi, że od czasu, kiedy Michał z Agatą modlili się o nią, strach odszedł, a ona czuje coraz mocniej, że chce wypełnić swoje powołanie.

Michał:

To jeszcze nie jest koniec tej ewangelizacji. Dziewczyny idą kupić gorące napoje, gdy do mnie podchodzi dwóch bezdomnych. Okazuje się, że jeden z nich bardzo dobrze zna Boga i naprawdę kocha go całym sercem. Pytam, co się stało, że nie ma domu od roku. – Byłem nieposłuszny i teraz ponoszę tego konsekwencję – odpowiada. Ma bardzo dobre serce. Prosi mnie, wręcz błaga, bym „przekonał” jego kolegę do tego, by przyjął Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Jakiś czas rozmawiamy, dzieli się swoimi problemami, a czasami – niewiarą. Nie na każde pytanie umiem mu odpowiedzieć, ale jestem pewny jednego, że jeżeli świadomie pójdzie za Bogiem, to czas błogosławieństwa zacznie się w jego życiu i w życiu jego rodziny. Chce modlitwy – Jezus zostaje jego Panem. Błogosławię obu mężczyzn i doradzam, co mogą zrobić, by jak najszybciej wyjść z bezdomności. Ściskamy się i idziemy dalej.

Marysia:

W pewnym momencie stajemy i śpiewamy dla ludzi na przystanku. Potem opowiadamy, jak dobry jest Bóg. Ludzie patrzą z uśmiechem, jedna kobieta jest wyraźnie wzruszona. Odkładam mikrofon i podchodzę indywidualnie do niej. Ledwo zdążę powiedzieć trzy zdania, a podjeżdża jej autobus. Pani ma łzy w oczach, ściska mnie i całuje na pożegnanie, a potem macha z autobusu.
Gdzieś w tak zwanym międzyczasie dostajemy siatkę pomarańczy; potem na nasz widok zatrzymuje się chłopak – śpiewamy dla niego, zaczyna śpiewać z nami i dołącza do przemarszu, pomaga nieść głośnik. Przy innym przystanku stajemy. Chwilę milczę, po czym sama jestem zaskoczona tym, co mówię, zamiast „standardowego” głoszenia: – Kto chce poznać Boga? No kto? – pytam przez mikrofon. „Zgłasza się” młody chłopak. Nadał sobie etykietę „niewierzącego”. Ten tak zwany „ateista” po kilkunastu minutach zgadza się na modlitwę, podczas której prosimy o Boże dotknięcie, o to, by poczuł pokój Boży. Czy może być lepszy „dowód” na istnienie Boga niż Jego obecność, Jego dotyk?
W tym samym czasie zgrany team „Ela i Marcin” rozmawia z innym chłopakiem, którego na koniec prowadzą w modlitwie zbawienia.
Wszyscy kończymy w podobnym momencie i ruszamy dalej; po chwili mamy okazję zaśpiewać dla trochę podchmielonej Szkotki. Agata opowiada jej potem, czym jest miłość Boża, a my z Elą podchodzimy do pana, który się zatrzymał podczas tego mini koncertu. To katolik, o cudownym, wierzącym sercu, za to kompletnie bez pewności zbawienia. Wzruszony jest naszym śpiewem i tym, że bezinteresownie chodzimy po ulicach. Tłumaczymy z Elą, czym jest zbawienie z łaski, a czym dobre uczynki i co z czego wynika. Na koniec modlimy się, a pan ogłasza Jezusa swoim zbawicielem.

12.03.2014

Agata:

Idąc na naszą wesołą ewangelizację po długim dniu w pracy czuję się, jakby mi ktoś porządnie przyłożył. Zazwyczaj jestem podekscytowana naszym wyjściem, a w tym dniu poważnie zastanawiam się, w jaki sposób zademonstruję Boże Królestwo… w takim stanie. Dochodząc do Rynku Starego Miasta, gdzie jest nasze miejsce zbiórki, patrzę na ludzi i trochę się uspokajam, bo wyglądamy zgoła… podobnie. Piszę to oczywiście z przymrużeniem oka. Tak naprawdę szybko przychodzi otrzeźwienie; uświadamiam sobie, że Jezus wyrwał nas z systemu tego świata, dał siłę, radość i dostęp do nieograniczonych zasobów Jego Królestwa, aby poradzić sobie z takimi, bądź co bądź, uczuciami. Nawet jeśli mijający mnie przechodnie o tym nie wiedzą, to ja wiem i zamierzam ich o tym poinformować. W końcu skąd mają wiedzieć, jeśli nikt im nie powie? Najlepsze jest to, że mówiąc o Jezusie, o Jego śmierci i zmartwychwstaniu, uwalniamy moc, która może zamienić każdą trudną sytuację w sukces, chorobę w uzdrowienie, strach w pokój, a smutek w radość. Skąd to wiemy? Bo w Biblii jest napisane wyraźnie: EWANGELIA JEST MOCĄ BOŻĄ, KU ZBAWIENIU KAŻDEGO, KTÓRY WIERZY. Jedną z pierwszych osób, z którymi udaje nam się porozmawiać, jest starsza pani, która napominającym tonem informuje, że w tym czasie możemy śpiewać jedynie „gorzkie żale” z uwagi na post. Możemy zareagować na różne sposoby, ale mam wrażenie, że wybieramy ten najlepszy: miłość i cierpliwość. Michał ciepło odpowiada jej, że my przyszliśmy tu śpiewać dla Boga, na jego chwałę i pyta, czy możemy ją pobłogosławić. Rozmawiamy kilkanaście minut, a pani tuż przed modlitwą pyta, czy ma uklęknąć. Zawsze mnie dotyka, kiedy widzę starsze osoby, od dziecka wychowane w określonej tradycji i obyczajach, gotowe uklęknąć na środku Placu Zamkowego, rozumiejąc, że Bóg będzie się teraz poruszał (przez grupę młodych ludzi, bez żadnego nadzwyczajnego tytułu). Po modlitwie o jedną część ciała, pani podaje kolejne, które wymagają Bożej ingerencji. Na koniec ściska nas mocno, a dookoła czuć cudowną obecność Ducha Świętego. Potem poznajemy jeszcze wspaniałą dziewczynę, wolontariuszkę w szpitalu i hospicjum, oraz dwójkę wesołych młodych chłopaków. Rozmawiamy o mocy i miłości Bożej, o tym, jakich uzdrowień doświadczyliśmy i jak realny jest Bóg dzisiaj, teraz. O każdą z tych osób modlimy się. Modlitwa ma moc („wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego”) i pozwala osobom, które spotykamy, doświadczyć Bożej obecności i zobaczyć, jakie jest serce Boże wobec nich. Że Bóg ma dla nich najlepsze plany i jest za nimi, a nie przeciwko nim. W Nim jest schronienie, uzdrowienie, pomoc i pełnia miłości. Jest odpowiedzią na każdą potrzebę. Jeżeli ktoś naprawdę doświadczy Boga, lgnie do niego w każdym najtrudniejszym lub najlepszym czasie. On jest tak dobry, że chcemy dzielić z Nim każdy moment naszego życia.
Jeżeli ktoś myśli, że ewangelizacje są trudne, to muszę powiedzieć, że za każdym razem jest inaczej, ale zawsze jest wspaniale. Ten wieczór był łatwy i kojący. Ludzie sami do nas podchodzili, a my po prostu podejmowaliśmy rozmowę. Musieliśmy jedynie pojawić się tam i robić to, co kochamy najbardziej, czyli śpiewać, jak wspaniały jest Bóg, a On zrobił całą resztę.

19.03.2014

Marysia:

Spotykamy się pod kolumną Zygmunta. Dopadła mnie choroba – a mam świadomość, że już opuściłam ewangelizację w zeszłym tygodniu (nagły wyjazd „rodzinny”). Tu kłopoty w rodzinie, tam choroba, a za tydzień znajdzie się kolejny powód… Na to się nie godzę, więc idę, chociaż nogi mi się plączą, prawie widzę podwójnie i w danym momencie nie wyobrażam sobie nie tylko śpiewania, ale i mówienia czegokolwiek. Na szczęście kochani Mariachi szybko modlitwą ogarniają sytuację, powraca jasność widzenia i zaczynamy szykować sprzęt do naszych „Bożych” występów. Agatka, testując mikrofon, powtarza kilka razy: – Mamy dobrą wiadomość! A po chwili podchodzi dziewczyna, dopytując się: – No i co z tą dobrą wiadomością? Chciałabym wiedzieć!
Rozbrajające, prawda? Fajna taka ewangelizacja – nawet się nie zdążyliśmy rozpakować, a człowiek sam przychodzi – świadomie, jak po swoje. Bo tak przecież jest, prawda ewangelii należy się każdemu. Dzielimy się więc naszą dobrą nowiną, a w międzyczasie podchodzi do nas jeszcze jedna dziewczyna. Trochę bardziej na dystans niż jej koleżanka, z tych „chłodno oceniających”. Pyta nas, co oficjalnie uznajemy za grzech i jakie mamy społeczno-polityczne poglądy. Momentalnie przychodzi przekonanie, o którą dziedzinę życia chodzi w tym ogólnym pytaniu. Odpowiadam, podaję różne przykłady, ale skupiam się najbardziej na tej jednej kwestii. Podkreślam, że najważniejsza jest decyzja, czy chcemy bez wahania pójść za Bogiem, niezależnie od stanu, w jakim się znajdujemy. Bóg przyjmuje nas i akceptuje – nieważne, w czym tkwimy w danym momencie. A potem wyciąga z najgorszego nawet bagna. Jak lew, który swą potężną paszczą delikatnie chwyta za kark lwiątko i ratuje z opresji, w jaką się wpakowało.
Tłumaczę, że świadomość, co jest grzechem, zazwyczaj przychodzi stopniowo; Bóg nam krok po kroku pokazuje kolejne sprawy. Że jak już znajdziemy się na tej drodze, On będzie z nami, otoczy nas miłością i jak dobry Ojciec poprowadzi dalej. Uruchamiamy to jedną konkretną decyzją; zaczyna się od naszej „inicjatywy”, od naszej wyciągniętej ręki, a wtedy Bóg przychodzi w swej mocy i zaczyna się nowe – wypływamy na szerokie wody…
Ruszamy. Mijamy kobietę, która pracuje w barze z hot-dogami i właśnie wyszła na papierosa. Mówi, że straciła wiarę. Dlaczego? Zmarła jej siostra. Gdyby był Bóg, przecież nie dopuściłby do tego. Kiedy już otwieramy usta, wychodzi jej szefowa i woła do pracy. No nic – tym razem się nie udało, ale wierzymy, że jeszcze będzie okazja pokazać jej, jaka jest natura Boga i prawa, które rządzą tym światem.
Na chwilę do naszego śpiewającego pochodu dołącza para – dziewczyna z chłopakiem, spieszą się na spotkanie, ale jedną piosenkę śpiewają razem z nami; wymieniamy się kontaktami i uciekają.
Zaraz potem mija nas spora grupa nastolatków. Zerkają na nas z ciekawością, niektórzy z nieśmiałością, inni z uśmiechem. Zatrzymujemy się wszyscy, śpiewamy dla nich i znowu dzieje się coś, co mnie za każdym razem rozkłada na łopatki. Jesteśmy na ulicy, dookoła przechodzą przypadkowi przechodnie, przed nami stoi grupka nieznanych nam ludzi – i nagle zstępuje potężna Boża obecność. Czujemy to wszyscy; i my i oni. Z większej grupy zostaje czwórka, dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Uśmiechamy się do siebie, z leciutkim niedowierzaniem. Bo Bóg nas wyrwał nagle z tej „miejsko-codziennej” sytuacji i przeniósł gdzieś daleko. Do swojego miejsca, do swojej cudowności.
Michał modli się o każdego z nich po kolei, a my stoimy dookoła, szeptem dopowiadając to, co aż się wyrywa z głębi serca. Same najlepsze rzeczy dla tych młodych, kochanych ludzi. Ściskamy się mocno na koniec i bardzo chcemy spotkać raz jeszcze. Może przyjadą kiedyś z Bydgoszczy, by nas odwiedzić?
Tego wieczoru znowu przechodzimy koło „naszych” szlachciców – wyściskują nas potężnie, ze wzruszeniem. Za każdym razem, kiedy się spotykamy, jest trochę inaczej. Czasem słuchają, jak głosimy ewangelię innym, czasem dla nich śpiewamy, czasem chwilę porozmawiamy. Zaznajamiamy się.
Na drugim końcu rynku stoi jeszcze jeden szlachcic, młodszy od pozostałych. Na co dzień pracuje jako nauczyciel WF, a wieczorami dorabia tutaj. Długo z nim rozmawiamy. Wierzy w Boga, ale ma w głowie szereg nieprawdziwych rzeczy na Jego temat – jak większość ludzi… Będziemy do niego wracać – tak jak do pozostałych. Będziemy mieć dla nich tyle czasu, ile potrzebują. Jak dobrze, że Bóg ma kogo posłać.

Tags

Comments are closed.