Zakorzenieni w kościele

11 listopada 2020
Comments off
438 Odsłon

„I wy upadliście przez upadki i grzechy wasze, w których niegdyś chodziliście według modły tego świata, naśladując władcę, który rządzi w powietrzu, ducha, który teraz działa w synach opornych. Wśród nich i my wszyscy żyliśmy niegdyś w pożądliwościach ciała naszego, ulegając woli ciała i zmysłów, i byliśmy z natury dziećmi gniewu, jak i inni” (Efez. 2:1–2)

 

Żyjemy w czasach, kiedy na świecie propagowany jest narcystyczny styl funkcjonowania, czyli kult jednostki. Podkreślanie jej wyjątkowości, indywidualności, niezależności stało się wartością nadrzędną, napędzającą całe społeczeństwa. Internet i social media zachęcają nas do bycia całkowicie niezależnymi, a także do eksponowania swojej „wyjątkowej odmienności”.

Gdy jesteśmy w czyimś cieniu i nie błyszczymy na Instagramie, mamy poczucie, że nas nie ma i nic nie znaczymy. To jest narracja, której używa duch tego świata, „władca, który rządzi w powietrzu”. To on kreuje ten porządek i tę atmosferę pozornej wolności. Mechanizm ów powoduje, że całe pokolenia idą na manowce w stronę nieuchronnej śmierci duchowej (a także i fizycznej), samotności i depresji.

„Synowie oporni” czy „synowie Boży”?

Zbyt wielu chrześcijan funkcjonuje jako „synowie oporni” czy też „ dzieci gniewu”, będąc marionetkami tego systemu. Poddając się duchowi tego świata i tej właśnie atmosferze pozornej wolności, stają się wirtualnymi ekspertami „brylującymi” w internecie bez wymiernego, realnego owocu. Jest to bardzo smutny obraz chrześcijaństwa, kreujący fałszywy obraz Boga, z którym ludzie niewierzący nie chcą mieć nic wspólnego (i nie dziwię się).

W tym kontekście kościół jako wspólnota funkcjonująca w konkretnym porządku wraz z ustanowioną przez Boga hierarchią wydaje się być miejscem pozbawiającym chrześcijan wszelkiej niezależności, wyjątkowości i wielkości, a staje się religijną instytucją, która w zamyśle chce dokonać zamachu na naszą wolność. Nic bardziej mylnego.

Osadzeni wraz z Chrystusem w okręgach niebieskich

Jako nowe stworzenia w Jezusie Chrystusie (II Koryntian 5:17) na wszystko potrzebujemy patrzeć z właściwej, Bożej perspektywy, tj. z „okręgówniebieskich” (Efez. 2:4–6) – z naszej duchowej pozycji, nie ulegając perspektywie zmysłów (duszy) i ciała, bo będziemy zwiedzeni, a tego chce nasz przeciwnik.
Jako „synowie Boży”, mamy być we wszystkim pouczani i kierowani przez Ducha Świętego (Rzym. 8:14). To kościół jako zgromadzenie synów Bożych jest odpowiedzią dla ginącego świata, który z utęsknieniem oczekuje ich objawienia (Rzym. 8:19). Kiedy robimy krok wiary, aby dołączyć do danej wspólnoty kościoła lokalnego, powinno nam towarzyszyć głębokie wewnętrzne świadectwo Ducha Świętego. Musimy mieć pełną świadomość tego, po co zdecydowaliśmy się być w danym kościele i dlaczego chcemy trwać w przymierzu z ludźmi, którzy go tworzą. Gdy zdecydujemy się formalnie stać się częścią kościoła, który jest prawidłowo zarządzany i budowany na fundamencie objawionego Słowa Bożego, nasze życie osobiste i zawodowe oraz służba Bogu będą odrestaurowane i wzmocnione. Gdy wraz z mężem uczyniliśmy ten krok, moje małżeństwo zostało całkowicie odnowione i wyszliśmy z długów. Widzimy, że nasze dzieci wspaniale się rozwijają i całym domem służymy Bogu.

 

Moja droga do kościoła

Rozumiem myślenie człowieka z perspektywy jego „zranionej duszy”. Jako wierząca osoba doświadczyłam kiedyś wielu rozczarowań związanych z funkcjonowaniem w kościele. W pewnym momencie czara goryczy się przelała i nie chciałam być, jak to wówczas nazywałam, w żadnej instytucji i funkcjonować w „poddaństwie”. W tamtym czasie słuchałam tylko takich nauczań, które potwierdzały moje przekonania, że hierarchia w kościele i autorytety są imitacją korporacyjnych systemów. Straciłam nadzieję, że znajdę taki dom duchowy, gdzie będę czuła się bezpiecznie, prowadzona przez dojrzałych wierzących, których życie i nauczanie jest integralną całością.

Ponieważ zawsze pragnęłam służyć Bogu, a moje marzenia o przynależności do kościoła lokalnego legły w gruzach, dosyć szybko uległam depresji. Małżeństwo wisiało na włosku, pojawiły się poważne choroby, po- padliśmy też w tarapaty finansowe. Nigdy wcześniej nie byłam w tak trudnej sytuacji. Co wieczór przez kilka lat we łzach wołałam do Boga o ratunek. Pan Jezus okazał się wierny i pewnego wieczoru powiedział mi: „Twój stan jest bardzo zły. Stoisz na rozdrożu. Albo ode mnie całko- wicie odpadniesz, albo zaczniesz mi służyć. Nie lekceważ tego. Zacznij się modlić o kościół i liderów, którzy wzmocnią twoje życie i nauczą cię służyć”. Myślę, że nie takie słowa spodziewają się usłyszeć osoby w stanie kompletnego emocjonalnego załamania… Jednak Duch Święty dokładnie wie, co robi. Pokutowałam. W miejsce niewiary i niemocy pojawiła się ufność Bogu, że połączy mnie w końcu z właściwymi ludźmi i że znajdę prawdziwy dom duchowy. Nie od razu znalazłam kościół, który spełniał te kryteria, ale nie zrażałam się. Słowo Boże mówi o Abrahamie, że „uwierzył i poczytane mu to zostało za sprawiedliwość” (Rzym. 4:3). Wierzyłam w to i dosyć szybko Bóg połączył mnie z Kościołem Chwały. Pierwsze nabożeństwo niedzielne spędziłam z tyłu sali niewiele osób znałam osobiście. W pewnej chwili po- czułam w swoim duchu: „To jest mój dom, nareszcie go znalazłam”. To przekonanie było bardzo silne. Chociaż w tamtym czasie jeszcze niewiele rozumiałam, czym jest apostolski kościół, miałam w swoim duchu świadectwo Ducha Świętego. Rozpoznałam namaszczenie apostolsko-prorocze nad pastorem Marcinem i nad pozostałymi pastorami w kościele, którzy przejawiali niesamowitą mądrość, pasję dla Jezusa i Jego Królestwa. Duch Święty potężnie ich używał. Zobaczyłam dojrzałość i spójność życia z głoszonym Słowem. Kazania podnosiły mnie i wzmacniały moje życie, a obecność Ducha Świętego wyrwała mnie z perspektywy duszy, przenosząc do rzeczywistości duchowej, gdzie mogłam ujrzeć przyszłość i praktyczne rozwiązania problemów. Nadzieja i wiara eksplodowały we mnie, w moim życiu wreszcie pojawiła się Boża energia.

 

Miejsce kompletnej manifestacji Boga

Jednym z największych wyzwań, przed którym stoją dziś chrześcijanie, jest pokazanie światu, czym naprawdę jest kościół. Gdy ludzie zobaczą prawdziwe oblicze kościoła, będziemy oglądać tłumy biegnące na spotkania. Zanim to
nastąpi, my, jako synowie i córki Boga musimy właściwie zrozumieć, czym jest kościół. A stanie się to poprzez objawienie Słowa i osobiste doświadczenie, które nabywamy, będąc fizycznie (nie tylko z oddali czy wirtualnie) częścią wspólnoty wierzących budujących kościół lokalny. Teoretyczni, internetowi eksperci chrześcijańscy nie mają realnego wpływu. Jedynie ci, którzy doświadczyli, mają autorytet, by mówić.

Ochrona

Pan Jezus powiedział do Piotra, że On zbuduje kościół swój, którego bramy piekieł nie przemogą (Mat.16:18). Jeśli chcemy prowadzić zwycięskie życie Boże, musimy być częścią kościoła. Wiemy, że wróg – szatan – jest realny i będzie próbował nas okraść, wytracić, zniszczyć, zwieść i okłamać (zob. Jan. 10:10 ). Jako ludzie „zasadzeni w domu Bożym”, przynależący do kościoła, mamy obietnicę, że nasze życie zostanie ochronione przed naporem ciemności. W szerszym kontekście kościół ma zdolność i autorytet, aby ochronić kraj przed napływem ciemności. Pojedyncze służby, oddzielone od reszty kościoła, nie mają szans tego dokonać.

Podwalina prawdy

Kościół jest nazwany filarem i podwaliną prawdy (I Tym. 3:15). Pan Jezus zaplanował, aby pełnia prawdy manifestowała się przez Jego kościół. To tam nasze objawienie (rozumienie Słowa Bożego) może być poddane konfrontacji. Skutecznie głoszone Słowo Boże oddziela prawdę od kłamstwa. Na tej opoce może się opierać nie tylko nasze życie prywatne, ale i społeczeństwo. Jeśli chcemy nieść Bożą prawdę w swoim środowisku, musimy znaleźć kościół lokalny, gdzie Duch Święty da nam pełnię swojego objawienia i gdzie zyskamy całościowy obraz, a nie jedynie fragmentaryczne objawienie związane z naszym szczególnym obdarowaniem (łaską, którą posiada każdy wierzący). „Nie może więc oko powiedzieć ręce: nie potrzebuję ciebie; albo głowa nogom: nie potrzebuję was” (I Kor. 12:21). Przez Kościół Bóg chce okazać światu „różnorodność swojej mądrości” (Efez. 3:10). Przez połączenie w jednym miejscu namaszczeń, obdarowań, zdolności i różnorodności Bóg ma plan i strategię, aby rozpraszać ciemność kontrolującą nasze miasta i regiony. W to miejsce Bóg chce wprowadzić rządy Królestwa Bożego. Osoba oddzielona od reszty „ciała” nie ma realnej duchowej siły, by tego dokonać.

Miejsce zradzania i kształtowania wierzących

„I wy sami jako kamienie żywe budujcie się w dom duchowy, w kapłaństwo święte, aby składać duchowe ofiary przyjemne Bogu przez Jezusa Chrystusa” (1 Piotr. 2:5). Wielu wierzących pragnie służyć Bogu, ale niewielu rozumie, że w procesie wzrostu i zdobywania dojrzałości potrzebujemy nauczycieli i mentorów, wychowawców – ojców duchowych. W 4 rozdziale Listu do Efezjan czytamy, że Bóg wyposażył Kościół w dary służb po to, aby przygotowywać świętych do dzieła posługiwania, aby ludzie wierzący „nie byli miotani lada wiatrem nauki”, która prowadzi donikąd. Jednocześnie uprawomocnił osoby służące darami do wychowywania, korygowania, napominania, poprawiania i budowania innych, aby doszli do „pełni Chrystusowej”. Bóg nie może niczego zbudować w oparciu o ludzi, którzy są jak trzcina chwiejąca się na wietrze – dziś podążają za takim trendem, a jutro za innym. Kiedy zaczynają nauczać i skupiać wokół siebie różnego rodzaju grupy, sprowadzają innych na duchowe manowce, czyniąc spustoszenie w kościele. Potrzebujemy stanąć w prawdzie i uznać, że są ludzie, którym Bóg udzielił szczególnej łaski (zdolności, mądrości i namaszczenia), czyli realnej mocy, aby ustanawiać i formułować niezachwianą doktrynę Bożą, która ustabilizuje nasze życie i pobudzi nas do skutecznej służby dla Pana Jezusa. Musimy otrząsnąć się z wpływu ducha tego świata i serwowanych przez niego kłamstw, że coś stracimy, poddając swoje życie przywódcom duchowym ustanowionym w kościele. Jeśli doświadczyliśmy krzywdy ze strony ludzi, którym zaufaliśmy lub byliśmy w kościele, gdzie duchownym brakowało mądrości do budowania, a to, do czego przykładaliśmy rękę, rozpadało się, musimy pozwolić, aby Bóg nas uleczył. To nie kościół jako instytucja stworzona przez Boga zawiódł, tylko ludzie.

Prawdziwe ojcostwo i synostwo

„Oto ja poślę wam proroka Eliasza, zanim przyjdzie wielki i straszny dzień Pana, I zwróci serca ojców ku synom, a serca synów ku ich ojcom, abym, gdy przyjdę, nie obłożył ziemi klątwą” (Mal. 3:23–24). Kościół czasów ostatecznych będzie ważnym znakiem dla świata jako źródło, z którego wytryskują nieustające pokłady miłości ludzi do Boga i do siebie nawzajem. Zanim zobaczymy to w kościele, Bóg poruszy serca „ojców i synów”. Pastorzy, liderzy, przywódcy będą pełni oddania, poświęcenia i miłości w prowadzeniu powierzonych im przez Boga ludzi, aby ukształtować od najwcześniejszych lat nowe pokolenie wierzących. Wierzę, że obecnie Bóg leczy serca doświadczonych przywódców, którzy byli zdradzani, opluwani, prześladowani i niedoceniani przez własne „dzieci”, po to, by mogli na nowo z pasją, i oddaniem zradzać i kształtować duchowych „synów”. Będzie temu towarzyszyło poruszenie w sercach „synów”.Będą oni uzdrawiani z dawnych zranień, urazów i krzywd. W ich miejsce pojawi się przebaczenie i miłość, jakiej świat będzie pożądał. Życie płynące spod tronu Boga będzie wypełniało kościoły. Rzesza „synów”, która dzięki temu powstanie: lojalnych, poddanych, kochających, posłusznych, mających zaufanie do „ojców”, szanujących ich urząd i namaszczenie, dających się kształtować, będzie miała ogromny wpływ na kraj i jego pomyślność. W konsekwencji „ziemia nie będzie obłożona klątwą”, ale doświadczy prawdziwego błogosławieństwa i obfitości, prawdziwej inwazji Królestwa Bożego.

 

Podwójna miara dla „synów”

Kiedy Eliasz zarzucał płaszcz namaszczenia na Elizeusza, ten natychmiast postanowił porzucić swój dotychczasowy styl życia. Pożegnał się z tym, co go zajmowało i w jednej chwili poszedł za mężem Bożym, by go naśladować, od niego się uczyć i jemu służyć. W konsekwencji poddania się w uczniostwie Eliaszowi Elizeusz dostał podwójną miarę namaszczenia (łaski) i dokonał o wiele więcej cudów niż jego duchowy ojciec. Był w swoim działaniu człowiekiem silnym, bezkompromisowym i nieustraszonym. Eliasz natomiast został uhonorowany przez Boga za swoje oddanie i poświęcenie w zrodzeniu nowego pokolenia, bo jego syn duchowy, podobnie jak on, nie pokłonił się bezbożnej religii. To Eliasz jest wspomniany przez Malachiasza i również wraz z Mojżeszem ukazali się uczniom na górze przemienienia. Wierzę, że w tych czasach następuje wzajemne przyciąganie „ojców” i „synów”. Ojcowie będą zarzucać płaszcze namaszczenia na synów, a ci odpowiedzą, porzucając dotychczasowy styl życia, aby dać się ukształtować i móc wejść w miejsce odwiecznego przeznaczenia. „Zwycięzcę uczynię filarem w świątyni Boga mojego i już z niej nie wyjdzie, i wypiszę na nim imię Boga mojego, i nazwę miasta Boga mojego, nowego Jeruzalem, które zstępuje z nieba od Boga mojego, i moje nowe imię” (Obj. 3:12). Boży plan przewiduje, że każdy z nas stanie się filarem w świątyni Bożej i nigdy z niej nie wyjdzie. Częścią odwiecznego Bożego przeznaczenia jest to, abyśmy nosili Jego imię i poszerzali Królestwo Boże na ziemi. Aby to się stało, musimy porzucić dotychczasowe życie dla własnych celów i stać się częścią Jego odwiecznego planu.

Tekst: Monika Krawczyk

Comments are closed.