Wszystko może się zdarzyć – misja w Kenii

17 grudnia 2020
Comments off
1 048 Odsłon

Tekst: Maria Brzezińska

Czy w ogóle ktoś będzie w stanie zrozumieć, o czym opowiadam? Ale przekaz, że w Bogu wszystko jest możliwe, jest uniwersalny… Nairobi o poranku jest spowite szarością. Trudno rozpoznać, czy to mgła, czy smog od porannych korków. Odbieram auto i drżącą ręką przekręcam kluczyk w stacyjce. To będzie mój pierwszy raz za kierownicą nie tylko w Kenii, ale również na afrykańskim kontynencie.

 

Poruszanie się po ulicach trudniejsze jest chyba tylko w Azji. Kierowcy nie trzymają się swoich pasów, pomiędzy samochody i wyładowane pasażerami matatu wciskają się niezliczone boda boda. Wjeżdżam na pierwsze rondo. Nie sprawdziłam wcześniej drogi. Teraz jednym okiem patrzę na GPS, drugim próbuję ogarnąć, co się dzieje przede mną, po lewej stronie, po prawej i za mną. – Boże, obiecuję, że następnym razem na pewno wykupię ubezpieczenie! – mamroczę pod nosem pół żartem, pół serio, gdy kolejny raz ktoś mija mnie dosłownie o włos. Udaje mi się trafić na dobry wjazd na drogę międzymiastową prowadzącą na zachód, w stronę Jeziora Wiktorii. Na szosie trwają roboty drogowe, więc jadę wyboistym, pełnym dziur poboczem. Z szarą zawiesiną w powietrzu mieszają się szare kłęby pyłu podnoszące się za samochodami. Szare domy, lepianki, skromne chatki przykryte blachą. Stragany oklejone przykurzonymi plakatami. Wszystko zlewa się w dość przygnębiający obraz. Myślę o ludziach żyjących na co dzień w tej szarości. Skąd mają pieniądze na chleb? Jaka jest marża za paczkę bananowych chipsów kosztującą ćwierć dolara? Ile zarobi sprzedawca kolb kukurydzy krążący między autami tam, gdzie droga jest tak podziurawiona, że samochody zwalniają do tempa kroczącego człowieka?

Minęła niecała godzina. Niewiele widzę w gęstym kurzu, ale z mapy wynika, że jestem już poza Nairobi. Nagle wszystko się zmienia. Zupełnie jakby ktoś rozsunął brudną kurtynę zasłaniającą świat. Niebo staje się błękitne, gdy z szarej zawiesiny wyjeżdżam na otwartą przestrzeń – na krawędź Wielkiej Doliny Ryftowej. Sawanna w dole kipi zielenią. W tej samej chwili Duch Święty zaczyna mówić o wielkich Bożych planach dla tej ziemi. Ale czy Boże plany są kiedykolwiek małe?

Jest wtorek, ale na spotkanie przyszło sporo osób. Przyjechali też pastorzy z dwóch innych wspólnot założonych przez pastora Davida. Jeden z nich jest Masajem. Ma pomarszczoną twarz, a w uszach wielkie otwory – pozostałości po ozdobach masajskich. Jedną nogę ma zdeformowaną i dużo krótszą. Przemieszcza się, skacząc, przy wsparciu potężnego kostura. Kiedy pastor David zaprasza go na scenę, podrywa się dziarsko, w trzech susach jest na podwyższeniu i z mocą wygłasza pełne żarliwości słowa napełnione Duchem. Kiedy przychodzi czas na mnie, mówię o dziesięcinie i o przymierzu z potężnym Bogiem. Opowiadam też świadectwa z ewangelizacji i zachęcam do działania miejscowe kobiety. Kiedy kończę, wstaje jedna z liderek, dziękuje mi za przybycie i mówi:
– Głosiłaś tak, jakbyś nas znała. Rozumiesz nasze problemy. Dotykało mnie to, co mówiłaś o dziesięcinie, musimy bardziej podnosić tę kwestię. Dziękuję za to, co powiedziałaś o ewangelizacji. My, kobiety, często wolimy, żeby to mężczyźni się tym zajęli. A przecież nie powinno tak być.

 

Potem jadę do sierocińca. Pastor David wraz z żoną Gillian, nauczycielką w miejscowej szkole, opiekują się ponad czterdziestką dzieci i nastolatków. Niektóre historie są trudne. Poznaję dziewczynkę molestowaną przez ojca. Inna nosi na ciele blizny po tym, jak jej własna matka przypalała ją nożem rozgrzanym w ognisku. Dziewczynka albinoska ma szczęście, że trafiła do sierocińca. W Afryce albinosi są narażeni na napaści i porwania – miejscowi czarownicy wierzą, że części ciała albinosów działają jak potężne talizmany, zapewniające zdrowie, powodzenie, dobrobyt finansowy. Dziś dziesięcioletnia Doris musi przede wszystkim uważać na słońce – jej skóra nie wytwarza melaniny, co grozi zachorowaniem na raka skóry.

 

Mówię do dzieci krótkie poselstwo, a potem modlę się o każde z osobna. Kilkoro dzieci zostaje ochrzczonych Duchem Świętym, zaczynają się modlić w językach. Do niektórych przychodzi mocne słowo prorocze. Bóg widzi je jako zwycięskich wierzących i ma dla nich wielkie powołania. Jednak, aby mogły się one wypełnić, potrzeba innych wierzących: zarówno tych, którzy będą nauczać na temat zwycięskiego życia, jak i tych, którzy w praktyczny sposób wesprą je w rozwoju, na przykład finansowo.

 

Wierzę, że to jest ziemia miodem i mlekiem płynąca. To ziemia, która zrodzi potężny owoc i będzie błogosławić naród żyjący w przymierzu ze swym Bogiem.

 

Zachęcamy do przeczytania całego artykułu w nowym numerze Głosu Przebudzenia, numer 2 (3) 2020 r. Przejdź do sklepu

Comments are closed.