Blogi
Nie samym chlebem żyje człowiek (Listopad 25, 2017 10:38 pm)
Charakter w ogniu prób (Listopad 21, 2017 11:59 pm)
Unikanie ducha plotkarstwa (Listopad 14, 2017 5:50 pm)
Wbrew odczuciom: Nie jesteś sam (Październik 31, 2017 2:06 pm)
Cena bycia wielkim (Październik 24, 2017 3:09 pm)
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)

Wolność od strachu

Tekst: Dorota Kamińska

Strach jest jedną z największych broni szatana, którą kontroluje życie wielu ludzi, a nawet całe narody. Bóg pragnie abyśmy – jako Jego Dzieci – żyli w zupełnej wolności. Dlatego tak wiele razy mówi w swoim Słowie: „nie bój się, bo jestem z Tobą”. Zaś diabeł, ze swej strony niestrudzenie podejmuje coraz to nowe próby zastraszenia nas. Taki stan rzeczy oznacza dla nas po prostu wojnę duchową, w której uczeń Jezusa musi odnajdywać w sobie zarazem tożsamość Jezusowego żołnierza.

Ludzie bywają nękani strachem w przeróżnych postaciach. Od najbardziej brutalnej, gdy miażdży ich lęk przed zdradą, chorobą, śmiercią, czy wojną, po bardziej powszechne i „usprawiedliwione” obawy o przyszłość dzieci, finanse, ciągłość pracy, a skończywszy na drżeniu przed niezrozumieniem, odrzuceniem i samotnością. Strach „ma wielkie oczy” i rzeczywiście potrafi skutecznie rujnować ludzkie życie, szczególnie wówczas, gdy człowiek przyjmuje, uznaje oraz zaczyna wierzyć w kłamliwe projekcje i mistyfikacje diabła.

Strach jest przejawem niewiary, a ściśle mówiąc przejawem wiary w złe rzeczy (zły obrót spraw). Wynika z braku zaufania Bogu, szacunku dla Jego Autorytetu oraz podważania wiarygodności Słowa. Nosi więc znamiona grzechu najcięższego kalibru. Dlatego tak ważna jest umiejętność szybkiego rozpoznawania i rozprawiania się ze swoimi życiowymi lękami. Ze strachu pokutuje się, od strachu się odcina, strach się eliminuje, i to bezwzględnie. Lekceważenie, bierność czy zaniechanie stosownych reakcji wobec wszystkiego, co wywołuje strach, z automatu uchodzi za przyzwolenie na jeszcze bardziej brutalne wtargnięcie wroga do ludzkiego życia. Stanowi dla niego nasze otwarcie się na jego destrukcyjne działanie.

Mocno daje do myślenia świadectwo Hioba. „Bo to, czego się bałem, nawiedziło mnie, a to, przed czym drżałem, przyszło na mnie” (Hioba, 3:25). Zaś po tym, jak „ktoś” zdemolował jego dostatnie życie, przyznał jednak: „Tylko ze słyszenia wiedziałem o Tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię” (Hioba 42:5). Jego doświadczenie uczy jednoznacznie, że to nie Bóg jest sprawcą nieszczęść. Tąpnięcie i wstrząsy wywołały strach, wynikający z niewiary (wiary w złą przyszłość), która z kolei poczęła się w nim dlatego, iż nie znał on – jak należało – swojego Boga. Strach zwabił niszczyciela, co było zupełnie naturalną konsekwencją. Zatem to Hiob, egzystując w stanie duchowego niedomagania i niewydolności, sam dał diabłu prawo do spustoszenia w sferze zdrowia i rodziny. I nie jest to wcale przypadek odosobniony. Tak też często bywa w naszym życiu.

Zastanawiamy się, dlaczego jesteśmy chorzy lub z jakiegoż to niby powodu spotykają nas „te wszystkie” nieszczęścia? Często w swojej ślepocie, niedojrzałości i rozpaczy obwiniamy Boga o każde zło, które dzieje się pod słońcem. Wytykamy Go palcem, jak pospolitego złoczyńcę. Wytaczamy Mu proces za procesem, każąc posłusznie zasiadać w „ławie oskarżonych”. Prawda Święta jest jednak taka, że On nie ma nic wspólnego z naszymi tragediami. Jest kochającym, dobrym i najlepszym Ojcem, który przez swojego Syna mówi: „Jeśli tedy wy, będąc złymi, potraficie dawać dobre dary dzieciom swoim, o ileż więcej Ojciec wasz, który jest w niebie, da dobre rzeczy tym, którzy go proszą” (Mat. 7:11). Szatanowi bardzo zależy na wypaczeniu tej fundamentalnej Prawdy, wykrzywieniu obrazu Boga i zaczernieniu jego charakteru. Uruchamia on wszelkie możliwe siły, by kontrolować ludzką aktywność. Manipuluje myślami, emocjami, przepływem informacji, poznaniem. Dwoi się i troi, by zwieść kogo tylko się da, przypisując Bogu autorstwo wszelkich zbrodni, których sam się dopuszcza. Niestety w ludzkich osobach nie trudno mu znaleźć oddanych sojuszników.

Człowiek nie znosi prawdy o sobie. Jedna z nich mówi, że to głupota prowadzi go „na manowce, a potem jego serce wybucha gniewem na Pana” (Przysłów 19:3). Poza tym bardzo łatwo zapomina, że nie funkcjonuje w próżni. W środowisku, w którym żyje, obowiązują bardzo konkretne prawa. „Czemu ktoś ulega, tego niewolnikiem się staje” (2 Piotra 2:19). Nie ma też co błądzić i łudzić się, bo „Bóg nie da się z siebie naśmiewać; albowiem co człowiek sieje, to i żąć będzie” (Gal. 6:7). Prawda o słowie artykułowanym i wypowiadanym głosi, że owocem ust swoich nasyca się człowiek; żywi się i wypełnia swe życie tym, co ma na języku; w mocy języka są śmierć i życie; a jak go kto używa, takie też rodzi, zbiera i spożywa owoce (na podstawie: Przysłów, 18:20-21). Każde drzewo poznaje się po jego owocu; człowiek wydobywa z siebie to, co w nim jest i co stanowi jego istotę; albowiem z obfitości serca mówią usta jego (na podstawie: Łuk. 6:44-45). Te cztery żelazne zasady są nie do obejścia, ani do przeskoczenia. Zawsze działają! Stawiają nas w miejscu odpowiedzialności za swoje życie, obrane strategie, kierunki ruchu, cele, metody ich realizowania oraz osiąganą jakość egzystencji. Wszystko rodzi się według swojego rodzaju. Błogosławieństwo rodzi błogosławieństwo, a przekleństwo przynosi przekleństwo. Jeśli zatem żyjemy w strachu przed nieszczęściem, a do tego jeszcze wypowiadamy nad sobą słowa trwogi, to opisywany przez nie „obiekt” urzeczywistnia się fizycznie. I to dlatego właśnie Piotr apostoł przestrzegał, że „kto chce być zadowolony z życia i oglądać dni dobre, ten niech powstrzyma język swój od złego, a wargi swoje od mowy zdradliwej” (1 Piotra 3:10).

Był długi czas w moim chrześcijańskim życiu, ciągnący się od nawrócenia przez całe lata, że nikt mi o tych rzeczach „SŁOWEM” nie wspomniał. Nie znałam jeszcze Boga tak, jak znam Go dziś. Na skutek tej swojej ignorancji przytrafiało mi się regularnie wiele nieszczęść. Moje życie było pasmem tragedii, a ja zgadzałam się na nie, mniemając, iż taka jest właśnie „wola Boża”. W diabelskim pastwieniu się nade mną dopatrywałam się „cudownej” metody uświęcania i doskonalenia się „w Panu”. Jednym z takich przykrych doświadczeń w moim życiu była ciąża i poród. Diabeł usilnie wystarał się, by zamienić tę piękną chwilę przyjścia na świat mojego kochanego syna w istny horror. Prawie cały ten okres przeżyłam, zalegając – dosłownie – w łożu boleści, tonąc w obawach o donoszenie dziecka. Z utęsknieniem czekałam na poród, który miał być wybawieniem od cierpienia. „Jak na złość” zamienił się tenże w 30-stogodzinny koszmar. Po urodzinach dziecka wymagałam przeprowadzenia dodatkowego zabiegu, który w skutek niedopatrzenia został wykonany bez właściwego znieczulenia. Naraziło mnie to na przyjęcie kolejnych, ogromnych dawek i fal bólu, czego moja psychika nie była już w stanie znieść. Wszystko skończyło się trzymiesięcznym, bardzo silnym stanem depresji poporodowej. Ówczesny mąż, nie mogąc tego zrozumieć, najpierw zagniewany na Boga odszedł od Niego, a później również i ode mnie, pozostawiając mnie samą z synkiem .

Następstwa tego nieszczęścia spowodowały, że zaczęłam bać się bólu. Ciągłym strachem przed nim żyłam przez 17 lat mojego życia, aż do momentu, kiedy to na początku lipca miałam  wypadek rowerowy z poważnymi następstwami. Kości mojej szczęki i twarzy zostały połamane. Wymagały bardzo skomplikowanej operacji. Modląc się i pytając Boga, dlaczego mi się to przytrafiło, Pan przypomniał mi, że jeżdżąc rowerem zawsze obawiałam się wypadku. Uzmysłowiłam sobie, że przed tym zdarzeniem byłam dręczona myślami o „mściwym ataku diabła”, planowanym w związku z tym, że służę Bogu i Jego Królestwu. Zaś potem dopadł mnie paraliżujący strach przed operacją, który wręcz nie pozwalał mi wyrazić zgody na ten niezbędny zabieg. I wówczas zrozumiałam, że to jest właśnie moment, w którym albo ja, raz na zawsze pokonam strach w moim życiu, albo on znów pokona mnie i będzie mnie dalej dręczył.

W czasie, gdy przeżywałam swój upragniony w tej dziedzinie przełom, uderzyła we mnie potężna presja. Targały mną tak silne emocje, że trudno mi było sobie z nimi poradzić. Któregoś wieczoru modliłam się razem z moim obecnym mężem (który dzielnie trwał przy mnie w tych doświadczeniach), pokutując z braku pełnej ufności w dobroć Bożą. Postanowiłam nie żyć w strachu, nie absorbować myśli wpędzających mnie w pułapkę lęków. Odcięłam się od tego, co przez tyle lat niszczyło moje życie. Po tej pamiętnej modlitwie odczułam nadnaturalny pokój, wypełniający moje serce. Sam Bóg otulił mnie swoją Miłością. W kolejnych dniach Osobiście prowadził przez każdy etap leczenia, czule troszcząc się o to, bym nie cierpiała. Zapewnił mi opiekuńczy, życzliwy i kompetentny zespół lekarzy i pielęgniarek. Sprawił, że przez cały czas pobytu w szpitalu wciąż ktoś mnie odwiedzał, dzięki czemu nie czułam się samotna, lecz ukochana i „obmodlona”. W ten sposób Bóg zabliźnił moje rany sprzed lat i uwolnił mnie od tego, co dla diabła – legalisty stanowiło „zaproszenie” do mojego życia. Dobry, Wspaniały, Kochający Ojciec był ze mną nieustannie, mocno mnie wspierając – Jemu niech będzie Chwała! Dziękuję Mu też za wspaniały Kościół, z którego uczynił Dom dla mnie oraz za czuwających, błogosławiących, podnoszących mnie w duchu pastorów i przyjaciół.

Pisząc to, pragnę każdego zachęcić, by wejrzał w swoje serce i poprosił Boga o rychłe objawienie mu, jaką formę strach przybiera w jego własnym przypadku. Zrób i Ty z tym porządek – jak najszybciej usuń niszczyciela ze swojego życia! I pamiętajmy, że „nie jesteśmy z tych, którzy się cofają i giną, lecz z tych, którzy wierzą i zachowują duszę” (Hebr. 10:39). Amen!

Comments are closed.