Blogi
Teologia Boża a teologia Jonasza (Czerwiec 18, 2018 6:12 pm)
Czy jesteś bogaty w Bogu? (Czerwiec 7, 2018 7:06 pm)
Prawdziwe objawienie (Maj 23, 2018 10:38 pm)
Potrzebujemy osobistego objawienia (Maj 10, 2018 3:54 pm)
Maria z Betanii (Kwiecień 30, 2018 2:34 pm)
Kwalifikacje Bożego przywódcy (Kwiecień 27, 2018 1:41 pm)

Uzdrowienie Muffinka

P1200161_popr

Tekst: Natalia Madej

Chcę się z Wami podzielić świadectwem uzdrowienia mojego psa, Muffinka. To wydarzenie wpłynęło na wzrost mojej wiary, choć może to wydawać się dla Was zaskakujące, ale teraz jest mi łatwiej modlić się o inne sprawy. Skoro Bóg w swojej dobroci uzdrowił mojego zwierzaka, to o ileż bardziej zależy mu na pozostałych obszarach mojego życia!

Od zawsze kochałam zwierzęta, od najmłodszych lat były one obecne w moim domu i dawały  dużo radości, odwdzięczały się miłością za troskę, którą im okazywano. W moim ognisku domowym były świnki morskie, chomik, psy, koty… Kiedy stałam się dorosła, spełniło się moje marzenie o posiadaniu męża, urodziłam dziecko, ale nadal brakowało mi jakiegoś czworonożnego członka rodziny, który dopełni nasze gniazdko. Gdy mój syn skończył półtora roku, podjęliśmy z mężem decyzję, aby adoptować psa ze schroniska. Rozpoczęły się wielkie poszukiwania upragnionego zwierzaka. Długo nie trzeba było czekać i po około 2 tygodniach, przyjechała do nas z innego miasta dwumiesięczna mała włochata kulka, którą nazwaliśmy Muffinka. Już wtedy wiedziałam, ile sprawi mi radości, bo pokochałam ją od razu. Okazało się, że z tym związane były również trudne przeżycia. Zacznę jednak od początku.

Diagnoza: Miastenia

Pies bardzo się z nami zżył, traktował mojego syna jak drugiego szczeniaka, w miarę możliwości zabieraliśmy ją wszędzie, gdzie się dało, kiedy szłam na spacer z dzieckiem, to zawsze w koszyku pod wózkiem siedziało małe, czarne stworzonko. Z biegiem czasu rosła w siłę, potrafiła biegać tak szybko, jak niejeden sprinter.  Cudowne chwile trwały do momentu, gdy pies zaczął  podupadać na zdrowiu i słabnąć z dnia na dzień. Zaczęła się wędrówka po weterynarzach, Muffinka miała badane serce, stawy, lecz nikt nie był w stanie mi powiedzieć, co się z nią dzieje. Aż pewnego dnia wpadliśmy na trop: Miastenia, straszna choroba powodująca upośledzenie funkcji mięśni. Zaprzyjaźniony weterynarz zbadał psa, potwierdził diagnozę, wdrożył leczenie. W tym czasie nie miałam środków na leczenie psa, a leki i wizyty kosztowały majątek. Wołałam do Boga, aby mi pomógł ją uratować. Bóg dotknął lekarza prowadzącego Muffinkę, który zdecydował się leczyć ją za darmo. Leki zafundowała mi moja znajoma, poruszona historią zwierzaka adoptowanego ze schroniska. Tak oto Bóg mnie zaopatrzył we wszystko, pomimo mojej trudnej sytuacji. W tym samym czasie weszło zamieszanie do mojego domu, ogólnie mówiąc, diabeł zaczął atakować raz za razem.

Pytałam lekarza, czy da się jej jakoś pomóc, aby wróciła z powrotem do formy i jej mięśnie zostały odbudowane. Weterynarz rozwiał wszelkie moje nadzieje na poprawę jej stanu. Jego zdaniem, nic dało się zrobić, uszkodzenia mięśni były zbyt duże, a leki mogły jedynie opóźnić postęp choroby. Większość zwierząt umiera po roku czasu od diagnozy, zazwyczaj się dusząc. I tak oto, kiedy zostałam z tą namiastką nadziei danej przez lekarza, wołałam do Boga, co mam dalej robić.

Walka o wiarę

Ktoś mógłby powiedzieć: „Po co zawracasz sobie głowę jakimś kundlem, są ważniejsze problemy”. Ale pies był odskocznią dla moich problemów w domu, wiedziałam, że atak na jego zdrowie nie był przypadkowy. Kilka miesięcy później usłyszałam od wspaniałej, Bożej kobiety zdanie, które było dla mnie wówczas odkryciem: „Natalia, ty masz nawet autorytet na swoim psem.” Zrobiłam wtedy wielkie oczy, ale zaraz dotarło do mnie, że to przecież prawda, bo Bóg powiedział już na początku w Słowie, abyśmy panowali nad wszelkim stworzeniem, które porusza się po ziemi (parafraza 1 Moj. 1:28) oraz, że wszystko co należy do mnie, będzie Błogosławione przez Niego (parafraza 5 Moj. 28:1-14). Rozmowa z tą kobietą rozwiała wszelkie moje wątpliwości co mam dalej robić, bo przecież skoro Bóg troszczy się o wróble i one nawet bez Jego zgody nie spadną ziemię (Ew. Mateusza 10:29-31), to o ileż bardziej o moje potrzeby, które zanoszę do Niego, bo o cokolwiek bym prosiła, On to uczyni (Ew. Jana 15:7) i nic dla mnie nie będzie niemożliwego (Ew. Mateusza 17:20).

Uradowana uchwyciłam się Bożego Słowa i zaczęłam walczyć o to, co należy do mnie – o moje małżeństwo i o psa, bo Pan obiecał, że oddali spośród mnie wszelką chorobę (parafraza 2 Moj. 23:25). Nie dawałam zgody na zniszczenie, na przekleństwo i ogłaszałam, że diabeł nie zbierze więcej żniwa z mojego życia i z tych, którzy do mnie należą. Ogłosiłam, że na kogokolwiek nałożę ręce, zostanie uzdrowiony. Zaczęły się miesiące zmagań, było coraz gorzej, gdziekolwiek nie spoglądałam, tam była ciemność, mówiłam wszystkim wokoło, że będzie z nią lepiej, że wyzdrowieje, bo wierzę w to. Jednak moje oczy widziały co innego. Ludzie wokół mnie jak jednym chórem mówili, że jej życie skończy się w wiadomy sposób, żebym sobie nie robiła nadziei. Wtedy zrozumiałam, co to naprawdę znaczy chodzenie w wierze. Dla mnie to wręcz zaprzeczanie faktom, zaprzeczanie temu, co widzą moje cielesne oczy, bo moje oczy duchowe widziały ją zdrową! Pilnowałam tego, co wychodziło z moich ust, choć bolało mnie, jak widziałam ją w coraz gorszej kondycji – tylko cud mógł coś zmienić. Były momenty, kiedy się zastanawiałam, czy jej nie uśpić, żeby się nie męczyła, czy ma to w ogóle sens. Jednak stałam dalej na Słowie, bo wiedziałam, że Bóg nie jest kłamcą i nie może zaprzeczyć swojej naturze.

Był taki moment, że trochę odpuściłam w modlitwie i zostawiłam to Bogu. Powiedziałam: „Boże Ty jesteś Bogiem, który wszystko może, nic nie jest dla Ciebie niemożliwego, Ty się przyznasz do mojej wiary i zamkniesz usta bezbożnym i odbierzesz sobie Chwałę z tego uzdrowienia.” Później pojechałam do Warszawy na konferencję i kurs komputerowy. W tym czasie, Bóg czynił we mnie niesamowite rzeczy, a ja czułam, że to błogosławieństwo ma siłę „rażenia” także w moim domu rodzinnym, oddalonym o ponad 300 kilometrów.

Boże Królestwo nadeszło

Kiedy wróciłam do domu, ku mojemu zaskoczeniu, pies lepiej się czuł, lepiej chodził, wiedziałam, że wydarzył się CUD! Pojechałam z nią do zaprzyjaźnionego weterynarza, który widział ją wcześniej, znał jej historię i zdawał sobie sprawę z tego, jak źle z nią było. Kiedy weszłam do gabinetu, nie mógł uwierzyć, że to jest ten sam zwierzak, był pewien, że jej dawno nie ma z nami. Nie umiał z medycznego punktu widzenia tego wytłumaczyć, powiedział, że to tylko cud mógł ją uratować, bo z tej choroby się nie wychodzi, na nią się umiera!

Pan doktor był bardzo wzruszony świadectwem, że modlitwa ma moc, że Bóg odpowiada. Pan Jezus został uwielbiony! Pies z dnia na dzień ma się coraz lepiej, wróciła chęć życia, zaczyna powoli biegać, mięśnie z dnia na dzień rosną, a ja dziękuję za to Bogu. Sama nie wiem, co w tym świadectwie jest najważniejsze: czy uzdrowienie, trwanie w wierze pomimo niesprzyjających okoliczności, czy siła autorytetu wierzącego? Myślę, że każdy z nas weźmie z tej historii coś dla siebie.

Ja uważam, że w moim świadectwie nie tylko chodzi o uzdrowienie zwierzaka, dla wielu to błahostka,  najważniejsze jest ustanowienie Królestwa Bożego w miejscu, gdzie przebywam. Pewność tego, że wszystko ma się ugiąć na imię Jezus, na Jego Słowo.

Może Cię nie obchodzi uzdrowienie jakiegoś czworonoga, może nawet nie lubisz zwierząt. Tak naprawdę, to jest nieistotne, przyjmij to jako świadectwo Bożej mocy, Bożej odpowiedzi na wołanie. Dla Boga nie ma rzeczy błahych, On traktuje każdą naszą sytuację poważnie. Ja jestem bardzo wdzięczna Jemu za to, że wykorzystał tą sytuację, aby tak wiele „wycisnąć” z niej dobrego, bo On zawsze zło obraca w dobro.

Jezus się nie zmienił – Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki (Hbr. 13.8)

Comments are closed.