Blogi
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)
Para w gwizdek (Wrzesień 30, 2017 5:30 pm)
Unicestwienie spisku (Wrzesień 29, 2017 12:10 pm)
Noe – sprawiedliwy przed Bogiem (Wrzesień 15, 2017 12:12 pm)
Boża wola (Wrzesień 7, 2017 1:18 pm)
Bądź mężny (Sierpień 22, 2017 2:16 pm)

Terror bierności

20141121_Cel10Lat_Arts0405_757

Autor tekstu: Janusz Szarzec

Terroryzm przeraża, porusza do głębi swym okrucieństwem wyzutym z resztek człowieczeństwa, stawia na nowo pytanie o istnienie granic ludzkiej moralnej deprawacji. Stanowi też kolejny argument, by raz jeszcze poważnie zrewidować powszechne przekonanie, że człowiek z gruntu jest istotą dobrą. I choć terroryzm nie jest w historii zjawiskiem nowym, to jednak na taką skalę, jak obecnie, nigdy nie mieliśmy z nim do czynienia i nigdy nie stanowił takiego wyzwania dla wolnego świata.

Wbrew temu, co się powszechnie uważa, to nie bezpośrednie akty terroru, dokonywane coraz częściej w różnych zakątkach świata, są największym zagrożeniem. Paradoksalnie, to pewne procesy, postępujące zwłaszcza w obrębie tzw. społeczeństw zachodnich, mogą się okazać w swoich skutkach co najmniej tak samo groźne i destrukcyjne, jak aktywny terroryzm. Tym bardziej, że wśród społeczności ludzkich prawdziwych morderców jest zawsze stosunkowo niewielu, za to obojętnych, pasywnych wobec zagrożenia, całe zatrzęsienie. I to właśnie owa zbrodnia obojętności, brak woli działania, powstrzymania agresji w jej zarodku daje ciche, choć nigdy nie wypowiedziane wprost, przyzwolenie na panoszenie się zła – zła, którego biernością się nigdy nie powstrzyma. O prawo do wolności trzeba walczyć. Tak samo – o jej utrzymanie. Narody, które nie potrafią walczyć o wolność, nie zasługują na nią i prędzej czy później, w taki czy inny sposób ją utracą.

Pod pozorami zachowania pokoju za wszelką cenę ukrywa się motyw ochrony swojego „(nie)świętego spokoju”, swojej małej życiowej stabilizacji bez względu na wielkość kompromisu, który jest tego ceną.

Przejawy takiej polityki chowania głowy w piasek, postawy dystansowania się wobec problemów widzimy w życiu politycznym, gospodarczym i religijnym społeczeństw niemal na każdym kroku. Niezależnie od skali zjawiska, schemat zawsze jest podobny: czy mamy do czynienia z dobrze zorganizowanym terrorem, wyposażonym w broń masowego rażenia, czy z prymitywnym terrorem ulicy, blokowisk i stadionów. Zawsze narzędziem jest strach a celem zmuszenie większości do realizowania interesów marginesu.

W skali światowej znamiennym przykładem jest interwencja w Iraku i towarzysząca jej fala bezprzykładnej krytyki, która przetoczyła się przez media na całym świecie, doprowadzając do niespotykanej eskalacji antyamerykańskich postaw. Doszło do tego, że w oczach światowej opinii publicznej, to, co w istocie jest niezwykłą, ryzykowną, ale bardzo ambitną próbą interwencji na rzecz demokracji właśnie, przedstawiane jest jako brudna, imperialistyczna wojna o ropę, zwiększenie wpływów itp. Nic nie kosztuje popularny ostatnio w Europie antyamerykanizm… Należy on nawet do dobrego tonu na europejskich salonach.

Nagłaśniając indywidualne przypadki ludzkich dramatów, bazując na emocjonalnej sile medialnego przekazu (porwani zakładnicy, nieuniknione przypadki cywilnych ofiar wojny), terroryści, mordercy bez czci i honoru (a nie partyzanci bądź ruch oporu, jak wolą niektórzy) winę za swoje barbarzyństwo zrzucają na przywódców państw zaangażowanych w iracki konflikt. To, że terroryści używają dla realizacji własnych celów tego rodzaju bezczelnej argumentacji, nie dziwi. Natomiast fakt, że społeczeństwa zachodnie – zwłaszcza europejskie –  zaczynają za pomocą mediów wręcz sympatyzować z faktycznymi winowajcami, powinien przerażać.

Z kolei, jeśli np. Amerykanie coś robią, obwinia się ich o agresję – a gdy się powstrzymują, winni są zaniechania. A kto krytykuje najgłośniej? Zakompleksieni zazdrośnicy, uzurpujący sobie prawo do osądzania tych, którzy odważyli się zmienić świat bądź co bądź na lepsze. Nie kiwnąwszy nawet palcem, chcą być arbitrami w cudzej sprawie po to tylko, żeby nie wyszła na jaw haniebna ich bierność. Problem z międzynarodowymi interwencjami jak dotychczas nie polegał na tym, że było ich za dużo, ale że za mało i nie wtedy, gdy były naprawdę potrzebne. I tu Europa zapisała w najnowszej historii ponurą kartę, prezentując swój bezwład – niemą akceptację najbardziej krwawych reżimów. Przykłady byłej Jugosławii, afrykańskiej Ruandy czy ostatnio Iraku obciążają sumienia przywódców największych europejskich państw.

Z drugiej strony, czy można się temu dziwić, skoro większość z nich to politycy wątpliwego formatu, nawet nie próbujący pretendować do miana mężów stanu. Są produktami demokracji – jej najgorszego wcielenia, kiedy to przerodziła się w dyktaturę mas poprzez wszelkiego rodzaju sondaże i rankingi popularności. Niewolnicy sondaży, populiści z wyboru lub z konieczności próbują uniknąć odpowiedzialności za niepopularne decyzje, nie czyniąc nic. Tak można wprawdzie zyskać poklask tłumu, ale na pewno niczego się na świecie nie zmieni.

Przeciwnie – idea nieangażowania się, nic nie czynienia – wbrew intencjom jej wyznawców – może doprowadzić do nasilenia fali terroru, a to w konsekwencji prawdopodobnie wyniesie na wyżyny władzy bezwzględnych populistów – przyszłych dyktatorów. W tym względzie historia dostarcza wielu smutnych przykładów. Bierność wyborców pozostających w domach, zniechęconych do jakiejkolwiek formy uczestnictwa w życiu publicznym, często otwiera drogę do władzy ludziom, którzy akurat najmniej powinni mieć z nią do czynienia. I tak mniejszość w naszym kraju może zadecydować o losach większości ku zadowoleniu chociażby obecnej koalicji rządzącej, która przy wysokiej frekwencji nie miałaby szans nie tylko na rządzenie krajem, ale, dałby Bóg, że być może i na przekroczenie progu wyborczego. Taka choroba zobojętnienia społeczeństwa, jeśli nie powstrzymana na czas, może się okazać śmiertelna w skutkach dla idei społeczeństwa obywatelskiego w Polsce i to zanim będzie miało ono szansę w ogóle się narodzić.

Piętno bierności odcisnęło się niemal na każdej dziedzinie naszego życia, nie oszczędzając przy tym kościołów. W myśl pewnej niezbyt mądrej łacińskiej maksymy, ten jest święty, kto nic nie robi, bo w ten sposób nie może popełnić również i grzechu. Wydaje się, że póki co mamy duży urodzaj takich „świętych”, a właśnie grzechy zaniechania – bardziej niż grzechy popełnione – stanowią największą przeszkodę na drodze do indywidualnego rozwoju wierzących, jak i całych kościołów. Bywa tak, że bierność kościelnej większości wyznacza kurs na wieczne dryfowanie po mieliznach duchowego życia przy pełnej akceptacji ze strony przywódców nie chcących nikomu się narazić. Prowadzi to do konfliktów z ludźmi czynu, często powołanymi przez Boga, którzy z całych sił nie chcą pogodzić się z zastaną rzeczywistością. Chęć utrzymania status quo, stanu posiadania i władzy, skłania konformistów do terroryzowania potencjalnej konkurencji i zarazem do promowania ludzi miernych, bezwolnych wykonawców poleceń. Tego rodzaju działanie doskonale wpisuje się w bardzo polską skądinąd tradycję bezinteresownej zawiści, solidarnego równania w dół, uderzania w mocnych i bronienia przegranych, nienawidzenia bogatych i sympatyzowania z ubogimi. W ten sposób uzyskana „chora” równowaga wpływa na brak wyrazistych przekonań i jasnej wizji wśród wierzących, kształtuje tendencję nieopowiadania się po żadnej ze stron potencjalnych konfliktów, balansowania między zdecydowanym „tak” a “nie”. Słabość i nijakość to często wynik takiego „złego balansu” między prawdą a fałszem, wiarą a strachem, inicjatywą a biernością.

Terror bierności nie mógłby mieć miejsca, gdyby nie swoiste rozregulowanie zdolności percepcyjnych społeczeństwa, rozmycie w miarę jasnych kryteriów oceny tego co dobre, a co złe. Żyjemy w świecie dezinformacji, gdzie dowolne żonglowanie faktami, świadome posługiwanie się półprawdami, a nawet ordynarnymi kłamstwami kreuje ludzkie światopoglądy. Używanie przewrotnej argumentacji w stylu Michaela Moora, reżysera nagrodzonego Cezarem filmu „Fahrenheit 9.11” uznane zostało nie tylko za dopuszczalną metodę propagandową, ale wręcz za wskazaną praktykę, jeśli tylko służy ona tzw. „dobrej sprawie”. W myśl zasady, iż kłamstwo często powtarzane staje się powszechnie akceptowaną prawdą, miesza się pojęcia, na nowo interpretuje symbole. „Miękki” terror propagandowy uprawiany przez wpływową mniejszość sprawia, iż zwykły „zjadacz chleba”, intelektualnie zastraszony, nie śmie nawet wyrazić swego zdania, jeśli różni się ono zasadniczo od powszechnie lansowanego i politycznie poprawnego. Przy okazji zacierania granic między prawdą a fałszem dochodzi do podważenia najpierw w świadomości społecznej, a potem już oficjalnie za społecznym przyzwoleniem, poczucia podstawowych wartości stanowiących fundament egzystencji każdego społeczeństwa. Poczucie elementarnej sprawiedliwości, praworządności, równości wszystkich wobec prawa, ochrona ludzkiego życia i mienia, zapewnienie podstawowych wolności obywatelskich, to wartości kształtujące świadomość i wrażliwość społeczną.
Jednocześnie na naszych oczach kat przeistacza się w ofiarę, a ofiarę sadza się na ławie oskarżonych. Jeden z największych aferzystów III Rzeczypospolitej unika odpowiedzialności karnej, a ludzie o nieposzlakowanej opinii i wysokiej integralności wewnętrznej są ścigani niczym najciężsi przestępcy. Podczas gdy najwyżsi urzędnicy państwowi są podejrzani o utrzymywanie kontaktów z “bosami” mafijnymi bądź z przedstawicielami obcych wywiadów, reprezentanci tej samej lewicowej opcji politycznej postulują wprowadzenie do szkół programów promujących uczciwość, rzetelność, które miałyby uodparniać dzieci na zjawisko korupcji. W czym gorszy jest mały Jaś Kowalski od dorosłych, że zawczasu zasłużył sobie na lekcje resocjalizacji, których nie odrobili starsi – przestępcy, którym ostatnio przytrafiło się rządzić. Niestosowanie właściwej miary, owe biblijne „nierówne odważniki”, których nienawidzi Bóg, wrzucanie wszystkich przypadków naruszania prawa – tych błahych i najbardziej odrażających – do jednego worka, to powszechna praktyka. Sygnał jest aż nadto czytelny: wszyscy są winni, tacy sami, każdy coś przeskrobał, więc my wcale nie jesteśmy tacy najgorsi. Obrazowo mówiąc, na naszych oczach wilki bezczelnie przebierają się w skórę owiec i w swoim zadufaniu nawet nie dbają o to, że spod przebrania wystają im ogony, a spod owczego runa szczerzą się im kły.

Jednakże są w naszym kraju ludzie, którym leży na sercu przede wszystkim dobro Polski i Polaków, którzy nie są przestępcami uwikłanymi w podejrzane układy. Dobrym życiem i pracą udowodnili, że są wierni swoim ideałom. Oczywistym jest fakt, że świat, w którym żyjemy nie jest idealnie czarno-biały. Nie sposób podzielić ludzi na tych jedynie dobrych i jedynie złych – to byłoby zbyt daleko idące uproszczenie. Lecz istnieją jednak prawdy i wartości absolutne. Można i należy odróżnić prawdę od fałszu. Nie wolno pozwolić sobie na intelektualne lenistwo i skazać się na bierność wobec zachodzących procesów społecznych. Poznanie prawdy przynosi wolność jednostce, a chrześcijanie mają wszelkie dane po temu, żeby stać się aktywną częścią rodzącego się nowego, obywatelskiego społeczeństwa w naszym kraju.

Comments are closed.