Blogi
Teologia Boża a teologia Jonasza (Czerwiec 18, 2018 6:12 pm)
Czy jesteś bogaty w Bogu? (Czerwiec 7, 2018 7:06 pm)
Prawdziwe objawienie (Maj 23, 2018 10:38 pm)
Potrzebujemy osobistego objawienia (Maj 10, 2018 3:54 pm)
Maria z Betanii (Kwiecień 30, 2018 2:34 pm)

Przystanek Ural

28_Ural_1000

Tekst: Grzegorz Okołów

Kilometr 110., tak nazywał się nasz cel podróży. Znajduje się tu, a raczej znajdowała, osada Polarnyj. – Obecnie mieszka tu kilkanaście osób pilnujących tej ruiny. Za ZSRR to miejsce tętniło życiem – dwupiętrowe domy, plac zabaw, ulice z nazwami, a nawet szkoła. I resztki obór – chyba w ramach eksperymentalnej hodowli trzody chlewnej za kołem podbiegunowym. Nad jednym z baraków dumnie powiewa postrzępiona flaga Federacji Rosyjskiej – trudno o bardziej wymowny symbol.

Nocleg spędzamy w jednym z baraków. Wraz z nami kobieta o miejscowych rysach twarzy z kilkuletnim chłopczykiem. Chcemy poczęstować ich czymś ciepłym – odmawiają, większym powodzeniem cieszyły się cukierki z Polszy – małemu aż się uszy trzęsły. Rano wyjeżdża prawie pusta ciężarówka w interesującym nas kierunku. Nic tylko wsiadać i jechać, gdyby nie stawka, jaką nam podano rzędu kilkunastu dolarów za kilometr – nawet nie mieliśmy tyle gotówki. No to pojechaliśmy. I cały misterny plan wziął w łeb… A do tej wyprawy przygotowaliśmy się wyjątkowo długo. Spłynąć syberyjską rzeką. Tylko jaką – taką, gdzie można dotrzeć do punktu startu i końca jakimś środkiem komunikacji. Miesiąc urlopu znacznie ograniczał wybór. Bardzo pomocne okazały się rosyjskie strony internetowe, z dokładnymi i praktycznym informacjami – dojazd, koszty, ilości potrzebnego prowiantu itp. W przeciwieństwie do naszych, służących w dużej mierze lansowaniu się „zdobywców”, a co! Jak się – o zgrozo – okazało, wyjazd taki jak nasz musi mieć nazwę, logo, patronat i nazywany jest dumnie ekspedycją…

Jeszcze zakup składanego kajaka – niestety nie znajdujemy rosyjskiego aluminiowo-brezentowego tajmienia i musimy zadowolić się składakiem na drewnianym szkielecie produkcji NRD. Plecaki, dwa toboły z kajakiem, wiosła, wór z kamizelkami – ledwo się z tym mieścimy do pociągu. Na szczęście te rosyjskie są o wiele bardziej pakowne, szczególnie w wersji płackartnej (otwarte wagony sypialne).

Misterny plan…
Podróż z Moskwy to prawie dwie doby. Po kilkunastu godzinach mijamy Wołogdę – to gdzieś w tutejszej tajdze zginął na zesłaniu mój dziadek – leśniczy z Puszczy Białowieskiej. Wreszcie las staje się coraz niższy, rzadszy – wkraczamy w rejony polarne. Tu kolej się rozwidla – tory na wprost wiodą do Workuty, my skręcamy na wschód, gdzie dolinami Jelca i Sobu tory przecinają masyw górski, aby dotrzeć do położonej nad Obem Łabytangi. Po drodze mijamy niewielki słupek oznaczający granicę kontynentów – jesteśmy w Azji. No i przystanek na 110. kilometrze. A stamtąd tylko złapać stopa w kierunku górskiej osady, z okolic której mieliśmy startować. Tylko że miejscowość z mapy okazała się opuszczoną, a jedyny transport leżał w rękach „biznesmena” w gumofilcach.

Kajak i spółka
Decydujemy się na dojście piechotą do punktu startu. Dwa dni dobrego marszu – co to dla nas… Jakoś bierzemy to wszystko na siebie – to znaczy ja z przodu, niczym spadochron, mam tobół z poszyciem kajaka, kolega na plecach dodatkowo niesie szkielet. Początkowo utrzymujemy dobre tempo – 50 minut marszu, 10 odpoczynku. Potem odcinki marszu stają się krótsze. No i ten upał – na północy powinno być zimno, a tu na niebie ani chmurki i lejący się żar. To wraz ze sporym obciążeniem i twardym podłożem powoduje, że na nogach zaczynają robić mi się odciski. Niezły początek… Po drodze mija nas ciężarówka z między innymi naszymi towarzyszami noclegu – kierowca na miejscowych nie zarabia, czeka na ubicie interesu życia na turystach. Wieczorem okazuje się, że do punktu startu szybko nie dojdziemy i musimy szukać innego wyjścia. Na szczęście mamy mapy także innych terenów – skany sowieckich sztabówek. Wzdłuż naszej drogi płynie niewielka rzeka Pajpodyna wpadająca do Sobu – klasyka uralskich spływów, który z kolei wpada do Obu. A stamtąd już niedaleko do końcowej stacji kolejowej. Plan doskonały. Nazajutrz docieramy nad rzekę, rozkładamy kajak, przepakowujemy rzeczy z plecaków do foliowych toreb, a te najbardziej niezbędne – śpiwory, zmianę odzieży, zapałki, do hermetycznych „suchych worków” kajakowych i wodujemy naszą jednostkę. Rzeka jest niezbyt głęboka z wartkim nurtem. Koryto dosyć zmienne – raz wąskie i w miarę głębokie, innym razem szerokie z płyciznami lub kamieniami w nurcie. A każda taka przeszkoda to konieczność wyjścia z kajaka. Nic więc dziwnego, że po kilku takich akcjach na dnie robi się mokro. Zmieniła się też pogoda – pojawiają się deszcze, i to dosyć specyficzne. Od pierwszych kropli do ulewy rzadko kiedy upływało pięć minut. To tyle, aby dobić do brzegu, schować rzeczy pod odwróconym kajakiem, a siebie pod nieprzemakalną płachtą. To, w połączeniu z kurtką, skutecznie zabezpiecza przed największą ulewą. Kolejną sprawą było zabezpieczenie nóg. Rosjanie rekomendowali lekkie wodery, ale byłyby to kolejne kilogramy. Dobrym rozwiązaniem okazały się sandały trekingowe plus dwie pary ciepłych skarpet. Po zamoczeniu woda ogrzewała się od ciała, dając izolację podobną do pianki neoprenowej. Polak potrafi, ale sandały renomowanej firmy outdoorowej ledwo to przeżyły.

W głuszy
Brzegi rzeki były płaskie, więc nie mieliśmy problemu ze znalezieniem miejsca na biwak. Cały czas płynęliśmy w strefie tundry, ale na szczęście nad brzegami rosły gdzieniegdzie wierzby. Na tyle gęste, że nawet w największy deszcz znalazły się suchsze gałązki, z których po krótszym lub dłuższym czasie udawało się rozpalić ognisko. Bo puszka z gazem była na czarną godzinę. Poza tym ognisko zawsze poprawia nastój i sprawia, że nawet w najbardziej odległym i posępnym miejscu człowiek czuje się bezpieczniej. Taki atawizm. Palnik gazowy tak nie działa.

Podczas kolejnych dni uczymy się rzeki. Bo nie każde zmarszczenie wody oznacza kamienie lub płyciznę. Ogranicza to konieczności wychodzenia i przenoszenia kajaka. Dopływamy do rzeki Sob – nieco większa, z wolniejszym nurtem i mniejszą ilością głazów. Tylko brzegi bardziej strome, co oznacza kłopoty ze znalezieniem miejsca na nocleg. Pogoda tak samo deszczowa, przez co niezwykle aktywne stają się insekty – zapalczywe komary oraz meszki. Te ostatnie, czyli gnus, są prawdziwą zmorą tych terenów, zresztą właśnie one – wespół z warunkami pracy – wykańczały zesłańców. Komara słychać, a meszka atakuje bezszelestnie. Komar gryzie od razu, a ta siada i zaczyna wędrować w poszukiwaniu jakichś obcisłych miejsc – mankietu koszuli, ściągacza skarpet, paska od zegarka – to tam pojawiły się krwiste, swędzące ślady. Wieczorem, a czasem i w dzień trudno się było obyć bez moskitiery. Do wieczornego rytuału należało dokładne zabijanie wszystkich insektów w namiocie. A namiot, składany na mokro, zaczynał wilgotnieć – nic przyjemnego. Na szczęście przypomnieliśmy sobie opis schroniska przy mijanym przez nas przystanku Sob. I faktycznie było – w postaci stojącego bez kół wagonu sypialnego. Właściciel – jedna z najbardziej pozytywnych postaci, jaką spotkaliśmy, nie chciał nawet od nas pieniędzy. Zarabiał na urzędujących przez cały sezon geodetach, a w okresie zimowym na narciarzach.

Tratwa i czołg
Kolejne dwa dni płyniemy wzdłuż linii kolejowej. Po drodze mijamy miejscowość Charp z kolonią karną i słynnym progiem wodnym, o którego złej sławie dowiedzieliśmy się nieco później. Dzięki wysokiemu poziomowi wody przepłynęliśmy go, chociaż z sercem w gardle i kilkunastoma centymetrami wody w kajaku. Wysoki poziom wody spowodowany ulewami przyniósł kolejne ułatwienie – pod wodą znikały głazy oraz mielizny. Miało to też swe negatywne strony w postaci zerowych wyników połowów ryb, które codziennie uskuteczniałem. Początkowo porażki brałem na karb swoich umiejętności, do czasu spotkania pary Rosjan. Mężczyzna był zapalonym i doświadczonym wędkarzem, ale i on nic nie złapał. Spotykaliśmy się jeszcze kilkakrotnie w ciągu pozostałych dni spływu, ale nasze wędkarskie konta pozostawały czyste. W miarę dochodzenia coraz to nowych dopływów rzeka stawała się szersza, a prąd łagodniejszy. Zmienił się też krajobraz – rzeka wypłynęła na teren płaski, a łańcuch górski pozostawał coraz dalej na horyzoncie. Pojawiła się też pierwsza forpoczta tajgi w postaci niezbyt gęstych lasów modrzewiowych. Dziwny to las o wysokości kilku, co najwyżej dziesięciu metrów. Brzegi zrobiły się bardziej niedostępne, wysokie, dlatego sporo czasu zajmowało znalezienie miejsca na nocleg. A jak już było, to jako jedyne w okolicy nadające się do biwakowania było używane przez innych i zazwyczaj posiadało infrastrukturę turystyczną w postaci kamieni na ognisko, czasami nawet prymitywnego rusztu. Podczas jakiegoś biwaku do brzegu podpłynął dziwny obiekt przypominający wózek śmieciarza. Okazał się katamaranem domowej roboty, którego dumny właściciel siedział z wiosłem na wygodnym fotelu. Gdy robiło się płycej, opuszczał nogi i niczym Fred Flinstone z jaskiniowców odpychał się nogami. Całość była doskonale wykonana – ramy z duraluminium – i stanowiła typowy przypadek pomysłowości rosyjskich turystów pozbawionych zachodniego sprzętu. Zresztą wiele ich wynalazków użytecznością i niezawodnością prześciga zachodnie, chronione patentami cacka. Inny przykład radzieckiej myśli technicznej wyłonił się nam zza jednego z zakrętów. Stanęliśmy oko w oko z otwartym włazem czołgu, przypominającym Rudego 102 z odstrzeloną wieżyczką. W istocie był to lekki czołg, bo na jego bazie zostały zbudowany wiezdiechod (wszędołaz), pojazd używany w rejonach polarnych. Ten wiele lat temu się popsuł, wiec wymontowano z niego wszystko, co się dało, a pozostała skorupa opanowywana przez mchy i porosty, powoli stawała się częścią lokalnego ekosystemu. Jak się później przekonaliśmy, złomu wszelakiej maści jest tu sporo, bo nie opłaca się tego zabierać.

Pożegnanie z rzeką
Wkrótce docieramy do wioski Katrowoż – końca spływu. Jeszcze tylko należy złapać „stopa” w postaci większej jednostki pływającej udającej się w kierunku Łabytangi. W niewielkim porcie stały dwa – jeden wyruszał w górę rzeki, drugi – mniejszy – w dół. A tam oprócz załogi ekipa, która spływała przed nami. Kapitan – w dresie i klapkach pojawił się nieco później w stanie mocno wczorajszym, aby zakomunikować, że wypłyniemy, jak się prześpi. Gdy wstał, okazało się, że padły akumulatory i silnik nie może zapalić. Ładowali je przez całą noc, którą spędziliśmy przy ognisku. Rano wreszcie upragniona syrena – odpływamy, ale – o zgrozo! – w górę rzeki. Tam była zacumowana barka z drewnem, dwa razy dłuższa od naszego statku, która została przywiązana do naszego statku. Wreszcie wypływamy na Ob – jedną z wielkich rzek syberyjskich. Widziana z okna pociągu transsyberyjskiego robiła wrażenie, a co dopiero w przyujściowym odcinku, gdzie miała kilka kilometrów szerokości! I fale jak na morzu. I na jej środku silnik naszego korabla odmówił posłuszeństwa. I znosiło nas w trzciny. Po całym dniu wydzwaniania z komórek pasażerów przypłynęła pomoc – malutki kuter z potężnym kapitanem postury hipopotama. Do celu doholowano nas w środku nocy.

Oto Azja
Ponieważ zostało nam kilka dni wolnego (oraz wizy), postanowiliśmy wyruszyć w góry pieszo. Podczas kilkugodzinnego czekania na pociąg uzupełniamy prowiant i apteczkę, i wyruszamy do znajomej stacji Sob. Tam w schronisku zostawiamy kajak, wiosła i resztę niepotrzebnych rzeczy i lekko, z prowiantem na pięć dni, wyruszamy w góry. A raczej w górę doliny. Kilkadziesiąt metrów w górę kończą się krzewy i zaczyna tundra. Przedzieramy się przez zarośla karłowatych wierzb i brzóz. A tu, jak i u nas, pod brzozami rosną koźlarze. Tylko że niektóre są wyższe od rosnących obok wierzb i brzóz. Tutejsze góry są niskie, rzadko przekraczają tysiąc metrów (najwyższy szczyt Paj Er – 1499 m n.p.m.), cechują się stromymi podejściami i płaskimi szczytami. Szczytowe partie zazwyczaj składają się z rumoszu skalnego. Przy wyznaczaniu kierunku marszu popełniamy mały błąd. Oczywiście bierzemy poprawkę na deklinację magnetyczną (występujące w rejonach polarnych różnice pomiędzy północą pokazywaną przez kompas a rzeczywistą północą), ale z powodu mgły źle określamy kształt doliny. Kilka stopni to niezbyt dużo, ale na kilkukilometrowym dystansie robi to na tyle dużą różnicę, że zamiast na trakcie lądujemy w głębokiej dolinie, z resztkami lodowców na stromych stokach, i przewyższającej człowieka roślinności na dnie. W końcu dochodzimy do wiezdiechodki – trasy wszędołazów będą nam służyły za szlaki turystyczne. Skąpa roślinność w połączeniu z surowym klimatem powoduje, że ślad po przejeździe pojazdu gąsienicowego pozostaje widoczny co najmniej kilkanaście lat. Po dwóch dniach przekraczamy górny bieg Pajpodyny. A stąd już niedaleko do miejsca, skąd początkowo planowaliśmy spływ. Musimy tam dojść. Po noclegu zostawiamy rzeczy w namiocie i wyruszamy bez obciążenia. Szlak wiedzie nas na wschód. Przy przekraczaniu grani zdaję sobie sprawę, że jesteśmy na granicy kontynentów, którą właśnie jest grzbiet Uralu. Co zresztą zostało podkreślone stojącym na grani wielkim, pordzewiałym silnikiem… Po drodze mijamy linię energetyczną biegnącą z Workuty do nieistniejącej już osady geologów. Obecnie druty spoczywają na ziemi. A ponieważ wiadomo, że takie roboty wykonywali więźniowie, to strach myśleć, ile istnień pochłonęła ta budowa. W końcu dochodzimy do jeziorek i wypływającej z nich rzeki – stamtąd mieliśmy wystartować.

Do domu
Wracamy do namiotu, pakujemy i wyruszamy w drogę powrotną – następnego dnia musimy dojść do pociągu. Dochodzimy do miejsca oznaczonego na mapie jako baraki – faktycznie są, a dodatkowo nad nimi wznosi się chyląca się przenośna wieża wiertnicza. I w tym przypadku owoc jej pracy – próbki skał z poziomu kilkuset metrów poukładane w opisanych skrzyneczkach czekają, aż je ktoś zbada. A że czekały co najmniej kilkanaście lat, to wszystko zaczyna próchnieć i rozsypywać się. Zabieram jedną próbkę – mam nadzieję, że nie jest radioaktywna i nie zaświecimy na granicy. Przy barakach spotykamy Rosjan – ojciec z synem wyruszyli na spływ, ale z powodu niebotycznej stawki za podwiezienie wyruszyli piechotą. Mają łatwiej, bo ze szkieletu katamaranów zrobiony jest wózek do transportu sprzętu. W oddali widać czumy – namioty hodowców reniferów. Namawiają nas do zajścia i kupienia mięsa z rena. Głupio przecież wrócić z Północy, nie skosztowawszy rarytasu, dlatego długo nie trzeba było nas namawiać – po półgodzinie jesteśmy przy pierwszym namiocie. Przy namiocie lodówki – zapasy jedzenia zawinięte w wygarbowane na biało skóry obrócone włosiem do środka. Z namiotu wychodzi kobieta, którą spotkaliśmy w osadzie Polarnyj. A zza niej zerka chłopak, którego częstowaliśmy cukierkami. Przypadek? – Nie wierzę w przypadki. Po ponad godzinie nakarmieni wyruszamy dalej. Nocleg wyznacza zmęczenie, bo jest dzień polarny. Na ognisku pieczemy szaszłyki z renifera. Trudno o lepsze zakończenie wyjazdu. Następnego dnia dochodzimy do kolei w miejscowości Polarnyj. Tu bez zmian – postrzępiona flaga dalej powiewa nad ruderami. A dozorca tego bałaganu pewnie śni o biznesie życia przy transportowaniu turystów. Łapiemy pociąg – wracamy po resztę bagaży, a następnego dnia siedzimy w pociągu do Moskwy. Na szczęście bramka na granicy nie zaświeciła…

Autor jest przyrodnikiem, fotografem i podróżnikiem, wiceprezesem Związku Polskich Fotografów Przyrody, autorem zdjęć m.in. do książek Echo mazowieckiej kniei, Kampinoski Park Narodowy, Zbieramy grzyby.

Comments are closed.