Blogi
Teologia Boża a teologia Jonasza (Czerwiec 18, 2018 6:12 pm)
Czy jesteś bogaty w Bogu? (Czerwiec 7, 2018 7:06 pm)
Prawdziwe objawienie (Maj 23, 2018 10:38 pm)
Potrzebujemy osobistego objawienia (Maj 10, 2018 3:54 pm)
Maria z Betanii (Kwiecień 30, 2018 2:34 pm)

Prawdziwe polowanie

20140129_Lion_1000

Tekst: Wojciech Wieja

Najczęstszym efektem szukania śladów zamiast lwa jest utknięcie w pobożności dającej pewne poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Zamyka ono uwielbienie na poziomie „Kto stworzył migoczące gwiazdki?”, a modlitwę w schemacie „Bądź miłościw mnie grzesznemu”.

Oto żyjesz sobie, czas mija, rutynowe zajęcia gonią inne rutynowe zajęcia (również te w kościele) i myślisz, że pewnego pięknego dnia obudzisz się, popatrzysz wokół, a tu przebudzenie. Nic z tych rzeczy! Nawet jeśli sprawdzi się ten scenariusz, to ciebie w tym przebudzeniu nie będzie. Tak, wiem: ależ co ty, bracie, wygadujesz, jak możesz, jak śmiesz, Boga się nie boisz? Tak, Boga się nie boję (w sensie chorobliwego strachu), ale nachodzą mnie lęki dotyczące pojmowania przez wielu chrześcijan kluczowych dla poszerzenia Bożego Królestwa spraw. Jeśli nie zechcemy przyjąć objawienia, jak Bóg działa, to nie zobaczymy w rzeczywistości, że działa.

Bajka Ezopa: Myśliwy i drwal

Niedawno czytałem dzieciom ciekawą bajkę. Myśliwy szuka śladów lwa, ale nie chce, aby drwal mu pomógł rzeczywiście znaleźć króla zwierząt. Wystarczy mu poziom adrenaliny wyzwalany podczas tropienia śladów, lecz nie jest zainteresowany lub boi się stanąć oko w oko z drapieżnikiem.

Morał (rozszerzony)

Przełożenie tej bajki na chrześcijański grunt jest banalnie proste. Bardzo często zadowalamy się zewnętrznymi oznakami (śladami) Bożej obecności. Nie jest to przytyk do przeżywających wrażenia typu gęsia skórka, zanoszących się od śmiechu, czy przewracających się na podłogę. To samo dotyczy zachowujących pozór poukładania, poprawności religijnej, tzw. Bożego porządku. Dają one pewną satysfakcję, pomagają nawet stawać się dobrymi ludźmi w myśl zasady, że szukanie prawdy i cnót uszlachetnia. Cokolwiek jednak byśmy robili, jakkolwiek się zachowywali, musimy wyjść poza strefę poczucia bezpieczeństwa opartego na znanych rzeczach, przeżyciach i  tak zwanej poprawnej teologii. Pozorne szukanie i podążanie za Bożymi rzeczami musi zostać zastąpione rzeczywistym pragnieniem spotkania z potężnym Bogiem.

Czasem może to być straszne spotkanie (bo przecież nazywamy Go Lwem) – szczególnie w przypadku nagromadzenia w naszym życiu „świętych” bzdur, z którymi On nie może tworzyć symbiozy. Poniżej krótko omówię kilka z nich, wybranych spośród nawału kłód, które sami sobie rzucamy pod nogi.

Grom z jasnego nieba

Możesz mieć namiastkę, ale możesz również mieć pełnię Bożego działania. Ja chcę tego drugiego. Nie da się przedawkować Nieskończonego! Znów słyszę gdzieś z tyłu głowy te szatańskie podszepty: Ty chcesz? Możesz sobie chcieć, a jak Bóg nie zechce kiwnąć palcem, to nic z tego! Tak właśnie mówią ludzie w zborach!
Cytuję: Jak Bóg zechce, to ześle nam przebudzenie. Jak Bóg zechce, to poruszy moje serce i ciało do uwielbiania. Jak Bóg zechce, to natchnie mnie do bycia miłym. Nie ma poruszenia, powiewu Ducha – to nie jego sezon. Jak Bóg zechce, to uzdrowi. Co my możemy zrobić, jak Duch Święty nic nie robi?

Słyszycie to? Czy to słyszycie?! Czy Wy to SŁYSZYCIE! To jest chichot z piekła!

O tym uwielbieniu słów parę. Pytam się, gdzie przebywa Duch Święty w człowieku wierzącym? W głowie? Nie – w sercu, w duchu. Być może niektórych zaskoczę, ale ośrodek ruchu znajduje się w mózgu, a nie w sercu. To mózg, twoja myśl powoduje poruszanie się kończyn, otwieranie ust itp. Nawet u osób niewierzących to tak działa! Naprawdę. Halo! Puk, puk! Poruszanie członkami ciała nie ma nic wspólnego z Duchem Świętym! Też mi nowina… Nowina, a jakże! Oczekiwanie, że to Duch Święty zacznie za ciebie chwalić Jezusa podnosząc twoje ręce, poruszając twoimi wargami, czy nogami, jest z gruntu fałszywe i w dodatku nieco niebezpieczne, bo zawsze się znajdą jakieś duchy, które będą chciały tobą pokierować.
Więc nie oczekuj „gromu z jasnego nieba”, ale – za przeproszeniem – rusz z miejsca swoje cztery litery (w domyśle nogi, ręce lub usta). Delikatniej mówiąc: „Otwórz szeroko swoje usta, a Pan je napełni (Ps.81,11).

Czy Bóg chce?

Wieczne utyskiwanie, że Bóg nie działa, że nie chce, że może nie ten czas, że już raczej nie zadziała tak, jak czytamy w Dziejach Apostolskich świadczy o tym, że serce i rozum poszły na spacer – być może równoległą – ale jednak alternatywną drogą. Co Jezus ma do powiedzenia w tej sprawie?
Ogień przyszedłem rzucić na ziemię i jakżebym pragnął, aby już płonął (Łuk.12,49)!
Często, kiedy czytam powyższy werset, przeszywa mnie miecz, na którym jest wygrawerowane: Co ty sobie o Mnie myślisz? Co ty sobie wyobrażasz?
Sednem sprawy jest ogień, który ma płonąć żarliwie! Jezus wołał: O, jakżebym pragnął! Kiedy w jakimkolwiek fragmencie Biblii czytamy o wołającym Jezusie, to musimy sobie wyobrazić rzeczywisty KRZYK! To nie było pojękiwanie, mamrotanie, cmokanie dla zwiększenia efektu, czy jakiś bezsensowny bełkot. On KRZYCZAŁ!

Generation gap – różnice pokoleniowe

Zbyt często spalamy się niewłaściwymi rzeczami, sporami o płytkie rzeczy. Na przykład rozgraniczeniem: młodzi chcą w kościele nowoczesnej muzyki, a starsi nieco bardziej oldschoolowej. Pojawia się pewne tarcie, które należy załagodzić, tak aby wszyscy byli szczęśliwi. Mamy nadzieję, że w ten sposób zasypiemy przepaść między pokoleniami. Spotykam się z myśleniem, że uporanie się z generation gap poprowadzi nas ku duchowej odnowie, wspólnie razem odśpiewamy Alleluja i tak nas Pan w tym błogostanie na obłokach zabierze. To jest płycizna, która w konsekwencji prowadzi na manowce.
Podparciem tej idei są wersety z Malachiasza: I zwrócę serca ojców ku synom, a serca synów ku ich ojcom…”

Tak, to prawda. Uważam, że uwielbienie i służenie Bogu w jedności pokoleń jest i biblijne i możliwe. Jest jednak druga strona medalu i nie należy tych stron mylić i wzajemnie zastępować w określonych sytuacjach.

Nie mniemajcie, że przyszedłem przynieść pokój na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową. Tak to staną się wrogami człowieka domownicy jego. Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; I kto miłuje syna albo córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien (Mat.10,34-37).

O czym Jezus mówi? Czyżby przeoczył ostatni, znaczący werset Starego Testamentu?
Nie, Jezusowi nic się nie pomyliło. On pokazuje tylko, co jest lub powinno być dla nas najważniejsze.
Był czas, że nasi rodzice i dziadkowie uczyli nas nawyku modlitwy przed jedzeniem, czy przed spaniem. Ale teraz jest czas na prowadzenie zwycięskiego życia niezależnie lub nawet wbrew religijnym rytuałom (za te słowa rodzice i dziadkowie przestaną mnie lubić) i nauczenie tego samego swoich dzieci. Moja najstarsza córka już przejawia pewne prawidłowe tendencje sprzeciwiając się na przykład strachom nocnym lub chorobom, ustanawiając pokój Boży nad swoim życiem w imieniu Jezusa, czy modląc się o zbawienie koleżanki z klasy.

Rzecz jasna nie zabraniam nikomu regularnej modlitwy przed jedzeniem, aczkolwiek życie modlitewne Jezusa nie sprowadzało się tylko do pobłogosławienia chleba i rybek lub zmówienia pacierza, ale było żarliwym conocnym wołaniem do Ojca. Takiego ognia potrzebuję!

Najczęstszym efektem szukania śladów, zamiast Lwa jest utknięcie w pobożności dającej pewne poczucie stabilności i bezpieczeństwa. Zamyka ono uwielbienie na poziomie „Kto stworzył migoczące gwiazdki?”, a modlitwę w schemacie „Bądź miłościw mnie grzesznemu”. Każdy, próbujący się temu przeciwstawić naraża się na duchowe spoliczkowanie i z całą pewnością usłyszy: Nie przeszkadzać!

Hmm… „Zapolujemy” na Lwa? On już czeka.

Comments are closed.