Blogi
Charakter w ogniu prób (Listopad 21, 2017 11:59 pm)
Unikanie ducha plotkarstwa (Listopad 14, 2017 5:50 pm)
Wbrew odczuciom: Nie jesteś sam (Październik 31, 2017 2:06 pm)
Cena bycia wielkim (Październik 24, 2017 3:09 pm)
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)
Para w gwizdek (Wrzesień 30, 2017 5:30 pm)

Poprawność do poprawki

20141106_Mess_1000

Tekst: Agnieszka Onyszczuk

Na temat wiary napisano już mnóstwo. Jednak niewielu autorów mówi o wierze w praktyce dnia codziennego. Słyszy się o cudach podczas spotkań ewangelizacyjnych czy konferencji. Mało jest jednak świadectw działania Bożego w życiu chrześcijan na co dzień.

Zanim Bóg zaczął mi wyjaśniać, na czym polega życie z wiary (Rz.1:17), delikatnie mówiąc, podsumował moje dotychczasowe życie. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Duch Święty zstąpił na mnie podczas jazdy samochodem i zadał mi klika niewygodnych pytań. Pokazał mi, że moja własna osobista wiara nie była nawet na poziome ziarnka gorczycy, że pozwoliłam niewierze na dobre rozgościć się w moim życiu. Najlepsze było na koniec. Duch Święty podsumował: „Świadomie czy nie, żyjesz życiem niezależnym od mojego Słowa”. Jeżeli myślicie, że chodzi o jakieś ukryte grzechy wielkiego kalibru, to się mylicie. Jestem przyzwoitą matką, żoną, modlę się, poszczę i czytam Słowo. Na Bogu nie zrobiła jednak wrażenia moja poprawność, bo usłyszałam to, co usłyszałam.

Bóg wymagał ode mnie realnego codziennego świadectwa Jego mocy, a z tym było krucho. Zrozumiałam to, gdy 2 dni później któreś z dzieci zaczęło kaszleć. Podeszłam do apteczki i próbowałam znaleźć właściwy syrop. Lekarstw było tak dużo, że nie byłam w stanie domknąć drzwi szafki. Jak już kolejne lekarstwo spadło mi na głowę, załapałam, o co Duchowi Świętemu chodziło. Sama nie rozumiem dlaczego, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby się o tę sprawę pomodlić. Sama byłam w szoku. Nie muszę chyba mówić, jak było mi wstyd.

Naprawić błąd

Przeprosiłam Boga za nieposłuszeństwo. Zrozumiałam swój błąd i ze wszystkich sił starałam się go naprawić. Miałam dobrą okazję, bo moją córkę zaczęło bardzo boleć ucho. Zdecydowałam, że zanim pobiegnę do apteczki po lekarstwo, jak robiłam to do tej pory, zacznę się modlić o jej zdrowie. Kilka razy wkładałam jej palec do ucha, związując ból w imieniu Jezusa. Bez rezultatu. Robiłam to znowu i znowu, ale Julka coraz bardziej zaczynała narzekać. Ból nie tylko nie odchodził, ale miałam wrażenie, że jest coraz większy. Zaczęła mnie dopadać frustracja i niewiara, ale się nie poddałam. Wiedziałam, że to efekt mojego zaniedbania i że Słowo nie może zawieść. Przez te kilka minut w moim duchu toczyła się realna walka o wiarę. W końcu jeszcze raz z większą niż wcześniej determinacją włożyłam palec do jej ucha i nakazałam bólowi opuścić ciało mojego dziecka.

I stał się cud. Za każdym razem na pytanie, czy ją boli, odpowiadała, że tak. Teraz jednak z zadowoleniem powiedziała, że już nic nie czuje. Ból odszedł i więcej nie powrócił. Po tej sytuacji byłam jednocześnie zasmucona i wdzięczna Bogu. Gdybym rzeczywiście funkcjonowała w życiu codziennym jak na chrześcijanina przystało, takie sytuacje byłyby normą. Ale lepiej późno niż wcale.

Poprawny = niedostateczny

To spotkanie z Bogiem w samochodzie na zawsze zmieniło moje życie. Zaczęłam wykonywać Słowo we wszystkich, nawet najdrobniejszych sytuacjach. Więcej czasu poświęciłam czytaniu Biblii, obłożyłam się wszystkimi możliwymi książkami o wierze, wyznawałam Słowo. Za każdym razem, jak tylko któreś z dzieci gorzej się czuło, z mężem nakładaliśmy ręce i gromiliśmy choroby. Nie było łatwo, bo każdy dzień przynosił wiele wyzwań i nie zawsze odnosiliśmy sukces. Ale złapaliśmy tego „bakcyla” i nareszcie jako sprawiedliwi zaczęliśmy oglądać realne owoce życia z wiary.

To jest oczywiście początek. Ale ja chyba najbardziej cieszę się z tego, że od tego czasu zaczęłam wręcz nienawidzić słowa „poprawność”. Zrozumiałam, że jest to jedna z najbardziej przebiegłych pułapek demonicznych. Poprawność w chrześcijaństwie to nic innego jak wygodna, ładnie opakowana niewiara. To jedna ze współczesnych strategii ducha antychrysta. Poprawność jest dla diabła niegroźna, bo nie manifestuje mocy żywego Boga i nie ma wpływu na otoczenie. Nie przyniesie żadnych odpowiedzi na modlitwy, których warunkiem jest wiara bez powątpiewania. To jest tylko krok od przyjętej i lansowanej przez ludzi wierzących złotych maksym typu „czasy cudów przeminęły” lub „zostawmy to tym, którzy zostali obdarzeni łaską daru uzdrawiania”. Albo: Bóg nie wszystkich chce uzdrowić. Takie bzdurne gadanie jest wygodnym zabiegiem teologicznym, który ma usprawiedliwić naszą niewiarę i nieskuteczność w przyjmowaniu uzdrowienia. Słowa „uzdrowienie każdej osoby nie jest wolą Boga” tak naprawdę jest zwykłym wykrętem, ponieważ nie tego naucza

Słowo Boże

Coś jest nie tak, jeżeli nie ma manifestacji Bożej mocy w naszym życiu. Modlimy się o uzdrowienie z raka, a nie jesteśmy w stanie przepędzić zwykłego przeziębienia z własnego domu. Prawda jest jednak taka, że nasza osobista wiara nie sięgnie większych rzeczy, jeżeli najpierw nie będzie praktykowana na tych małych. Mamy naturalną niechęć do choroby i umierania tak jak ludzie wokół nas. Choroba i śmierć są konsekwencją odrzucenia Boga i Jego dróg przez człowieka. Jeżeli bez przerwy zmagamy się z nieszczęściem, chorobą i śmiercią, to znaczy, że na to po prostu pozwalamy. Pojednawcza ofiara Chrystusa zapewniła ludziom narodzonym na nowo wolność od ubóstwa, choroby i drugiej śmierci. Dlatego nasze domy powinny być od tego wolne, a innym mamy manifestować prawdę tego Słowa. Bóg stworzył nas po to, byśmy byli zdrowi. Nie musimy chorować ani my, ani nasze dzieci. To jest biblijna prawda, którą Bóg odnowił w moim własnym życiu.

Na ostrzu noża

Kiedy to zrozumiałam, zaczęłam być radykalna. I wtedy się zaczęło. Miałam wrażenie, że całe piekło zwaliło mi się na głowę. Złe samopoczucie, zamieszanie w pracy, irracjonalne konflikty w domu itp.

Diabeł niełatwo się podda, zwłaszcza że zdążył się już zadomowić. Smutne jest to, że taki standard można zastać w wielu chrześcijańskich domach. Potem nie ma się co dziwić, że ludzie zaczynają odsuwać się od chrześcijaństwa, bo nie widzą związku Kościoła z życiem codziennym, a jedynie z życiem po śmierci. Jak zauważył jeden z kaznodziejów wiary Andrew Wommack, dziś cielesny Kościół wysyła chorych do lekarzy, ubogich do bankierów, a niezrównoważonych do psychiatrów. Bożą wolą dla Kościoła było i jest, by to właśnie Kościół zaspokajał te potrzeby. To jedna z przyczyn, dla których oglądamy zmniejszenie się wpływu Kościoła w naszej kulturze. I nie ma co się dziwić irytacji Boga na taki stan rzeczy. Jeżeli nie chrześcijanie są odpowiedzią na ból i zło w świecie, to kogo innego Bóg może jeszcze użyć?

Prosty wybór

Chrześcijaństwo to coś więcej niż jednorazowe wydarzenie, nawet najbardziej spektakularne. Nie można żyć religijnymi wydarzeniami, a jednocześnie nie mieć świadectwa zmartwychwstałego Pana na co dzień. Przekonali się o tym sami uczniowie Jezusa, kiedy po pełnej cudów ewangelizacji nie byli w stanie wypędzić jednego demona z epileptyka, podczas gdy jeszcze niedawno wyganiali je setkami (Mk.9:14-29). Jezus nie próbował pocieszyć swoich uczniów tylko bardzo jasno wyartykułował prawdę; byli bez wiary i przewrotni. Myślicie, że dla nas dzisiaj miałby łagodniejszą odpowiedź? Wiele czasu na ziemi spędził, szkoląc uczniów, by robili to, co On, kiedy już odejdzie. Nie był zadowolony, jak widać, z braku zdolności uczniów do zaspokojenia potrzeb ludzi. Zważywszy na wagę problemu, mogę się jedynie cieszyć, że i tak Bóg był w stosunku do mnie bardzo delikatny.

„Kto we mnie wierzy, ten także będzie dokonywał tych dzieł, a nawet większe uczyni, bo Ja idę do Ojca” (J.14:12). – Jezusowi pytanie zadali nie nowicjusze, ale ludzie, którzy usługiwali już uzdrowieniem, i widzieli cuda. Porażka nie wynikała z braku wiedzy czy objawienia, bo uczniowie wiedzieli, że trzeba wypędzić demona. I nie chodziło też o małą wiarę, bo Jezus zaraz dodaje, że wystarczy mieć wiarę wielkości ziarnka gorczycy i cud będzie miał miejsce. Więc problem nie polega na tym, by mieć większą wiarę, ale trzeba coś zrobić z naszą niewiarą. To jest klucz, musi zostać odcięte źródło, przez które niewiara dostaje się do naszego życia.

Niewiara przychodzi tak samo jak wiara. Przez słuchanie. Wiara przez Słowo Chrystusowe, niewiara przez słuchanie ducha tego świata. Jeżeli mamy być efektywni w służbie dla Boga, musimy całkowicie zmienić styl naszego życia. Chrześcijaństwo zaczyna się i kończy w czterech ścianach naszego własnego domu. I tam albo flirtujemy z duchem tego świata, albo rozpalamy ogień na ołtarzu Pana. My, chrześcijanie, jesteśmy świetni w modlitwach o przebudzenie dla narodu, ale niewielu z nas może poszczycić się przebudzeniem w swoim osobistym życiu. A to już wymaga płacenia ceny. W domach, gdzie jest ogień, tam zawsze jest i ofiara.

Bogu już nie wystarczy dzisiaj nasze poprawne życie chrześcijańskie. To już jest inny czas. Tak jak mnie, wielu innym Bóg podsumuje życie po to, żeby ich obudzić. Właśnie ze względu na czas, Bóg będzie od nas żądał dużo więcej niż do tej pory. W naszym chrześcijańskim życiu swoje należne miejsce odzyskają poświęcenie i ofiarność. Nasze pokolenie jak żadne inne czeka na objawienie synów Bożych . Musimy wyjść z duchowego letargu, bo Bóg już nie zaakceptuje żadnej „kulawej” ofiary. Już nie.

Tags

Comments are closed.