Blogi
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)
Para w gwizdek (Wrzesień 30, 2017 5:30 pm)
Unicestwienie spisku (Wrzesień 29, 2017 12:10 pm)
Noe – sprawiedliwy przed Bogiem (Wrzesień 15, 2017 12:12 pm)
Boża wola (Wrzesień 7, 2017 1:18 pm)
Bądź mężny (Sierpień 22, 2017 2:16 pm)

Pokłosie – czyli jak bardzo „propolski” może być film „antypolski”…

Tekst: Marta W

Przez prasę oraz fora internetowe, przetoczyła się przez ostatni miesiąc burzliwa debata na temat najnowszego filmu Władysława Pasikowskiego „Pokłosie” (premiera 09.11.2012). Im większa anonimowość medium, ty większa emocjonalność wypowiedzi.

Motywem przewodnim była „antypolskość” dzieła, szkodzenie – dobremu przecież – wizerunkowi Polski jako narodu z krystaliczną, cierpiętniczo-waleczną przeszłością. A „momenty” w owej debacie były całkiem smakowite, jak chociażby ten, gdy przyparty do muru odtwórca głównej roli musiał uciekać się do podkreślania rdzenno-polskiej przejrzystości swego rodowodu. Film – nawet bez wyrażania takich intencji przez polemistów – wpisał się w ogólną dyskusję na temat rzekomego upadku polskości i polskiej suwerenności. Do tego doszła sprawa Brunona zwanego potocznie „Bomberem”, który w motywacji swego planu podawał względy „narodowościowe, nacjonalistyczne, ksenofobiczne i antysemickie”. Dodało to polemice przykry posmak… realności przemocy fizycznej, która czai się za słowami.  Cały ten polski „,bigos” doprawiły listopadowe uniesienia niepodległościowe, gdy naród z zapartym tchem śledził  manifestacje „patriotyczne”, obstawiając czy polecą kamienie, czy też nie…

Co bardziej wrażliwi, od lat kibicujący dialogowi polsko-żydowskiemu – głęboko się frustrowali poziomem debaty po-pokłosiu. „Myśleliśmy, że już jest lepiej…”. Aż TAK źle nie jest, choć droga przed nami – przyznaję – daleka. Procesy tzw. społecznej pamięci przypominają procesy psychologiczne jednostki. Mamy klasyczne wyparcie (zbiorową niepamięć), konfrontację, agresję (i tę pasywną, i tę aktywną), i dopiero gdzieś pod koniec nadchodzi czas na spokojne stanięcie przed lustrem – gotowość nie tylko do szukania prawdy, ale i spojrzenie jej prosto w oczy. To bardzo wielowątkowy proces, w trakcie którego musi dochodzić do wybuchów frustracji czy też agresji. Dla mnie ostatnia debata to kolejna ważna po dyskusji na temat „Sąsiadów” Grossa – próba zbiorowego zmierzenia się z naszym narodowym tabu.  Były oczywiście inne, intelektualnie ważne debaty (jak chociażby ta sprowokowana wybitnym esejem Jana Błońskiego: „Biedni Polacy patrzą na getto” z 1987 roku), ale nie miały one tak szerokiego, masowego zakresu. I za to należy się uznanie dla reżysera, że zastosował narzędzie kultury masowej, by temat trudny, czyhający na nas od lat, wprowadzić „pod strzechy”. To kolejny, duży krok, aby opuścić polskie mentalne piekiełko – a że przy okazji temperatura wysoka i w garnku wrze, to naturalne. Każda kolejna próba to katalizator uprzedzeń, lęków narodowych i niechęci. Uzdrowienie musi nadejść, ponieważ bez uporania się z chorą przeszłością nie ma co myśleć o zdrowej przyszłości. Choroby nie możesz zamieść pod dywan, nie możesz udawać, że jej nie ma, że jak nie widać, jak ją zamaskujesz pod toną makijażu i niepamięci – to wszystko będzie w porządku. Chorobę trzeba zdiagnozować, znaleźć jej źródło, zmierzyć się z nią, zaakceptować plan naprawczy i go zastosować – tylko wtedy jest możliwe uzdrowienie. Udawanie zdrowia to zaklinanie rzeczywistości, prowadzi jedynie do społecznej schizofrenii.

O samym filmie wiele pisać nie zamierzam – trzeba go zobaczyć, niezależnie, czy się jest zainteresowanym tematyką polsko-żydowską, czy też nie. Ze zwykłego poczucia patriotyzmu – tzn. współodpowiedzialności za ten kraj. Od strony artystycznej nie jest to dzieło wybitne. Klasyczne kino gatunku, w którym pewne rozwiązania stylistyczne, jak na tę tematykę, są niedopasowane lub zastosowane zbyt forsownie. Ale nie strona artystyczna jest istotą i główną ambicją tego dzieła. To film poruszająco szczery. Reżyser nie szuka wymówek – dąży do ukazania historii, z którą – jak wierzy – naród musi się zmierzyć, a od której konsekwentnie odwraca wzrok. Dlatego też film ten przemawia do mnie znacznie mocniej niż przepięknie zrealizowany, zagrany i wzruszający obraz Agnieszki Holland „W ciemności”, który w swej poprawności jest mimo wszystko okrążaniem tego, co najtrudniejsze. A trudne jest to, że i my byliśmy zdolni do pogromów o skali okrucieństwa, jaką przypisać jesteśmy w stanie wyłącznie naszym wrogom. I że to „my”, czyli mechanizm pogromowy, może się odrodzić tu i teraz. Pasikowski używa środków drastycznych, czasem za bardzo (vide scena z ukrzyżowanie, moim zdaniem zupełnie zbędna) – ale też i nie jest to film o subtelnych odcieniach antysemityzmu, nie jest to „kino inteligenckiego niepokoju”. Opowiada o prymitywnym okrucieństwie wyrażonym środkami do tego okrucieństwa adekwatnymi, prostymi, wyrazistymi. Dodajmy też, że jest to film, w którym – za wyjątkiem symbolicznego epilogu – nie występuje ani jeden Żyd. To tylko zwiększa wymowę – cała atmosfera nienawiści dotyczy nawet nie obcego – jak uczy socjologia – ale „obcego nieobecnego”. I paradoksalnie ten negatywny stereotyp „obcego” jest tym silniejszy, im bardziej obcy jest nieobecny. Staje się typowym wentylem społecznego strachu, frustracji i niechęci.

Dla mnie – abstrahując od tematu żydowskiego – głęboka wymowa tego filmu to pytanie, które nurtowało mnie jeszcze długo po projekcji. Jaką cenę jesteś w stanie zapłacić za dojście do prawdy? Wszyscy znamy tzw. megacytat Jezusa: „Poznacie prawdę i prawda was wyzwoli”. Bez poznania prawdy nie ma wolności, nie ma uzdrowienia. Ale czy jesteśmy gotowi przyjąć prawdę na własny temat? Co, jeżeli wywróci ona całkowicie nasz dotychczasowy światopogląd, poczucie wartości? „Chcesz poznać prawdę? – mówi filmowy Malinowski do braci Kalina – obyś się nią nie zadławił!”. Bohaterzy filmu myśleli wówczas, że znają już tę najgorszą część prawdy – że był pogrom, że dokonany rękami Polaków. Przyjęli tę prawdę, nie stali pasywnie, lecz zaczęli na jej podstawie działać… Ale niestety najgorsze było jeszcze przed nimi – i dotyczyło już spraw osobistych, rodziny. I ten moment prawdy okazał się punktem zwrotnym. Do tej pory główny bohater filmu oddałby wszystko za prawdę. Był w stanie znieść odrzucenie przez żonę, agresję sąsiadów, ale gdy prawda naruszyła to, co dla niego najważniejsze, pamięć jego rodziców, postanowił się wycofać. Ta scena jest dla mnie najbardziej dramatycznym momentem w filmie. Nie sceny przemocy – lecz scena zmierzenia się z pełnią prawdy. I pytanie pozostaje to samo – czy jesteś gotów poznać prawdę? Niestety, jakkolwiek brutalne by to nie było – inaczej nie osiągnie się pełni wolności.

Nawet nieudolne próby zmierzenia się z niechlubną przeszłością są krokiem, by ją zamknąć, rozliczyć, odzyskać szacunek innych oraz swój własny. I podkreślę – nie o kajanie się, przepraszanie innych tutaj chodzi, lecz o dobro nas samych. I w tym kontekście film Pasikowskiego jest bardzo propolski… Paradoksalnie wyraża wielką troskę o dobre imię Polaków… Większą niż niejedno monumentalne dzieło patriotyczne.

Comments are closed.