Blogi
Nie samym chlebem żyje człowiek (Listopad 25, 2017 10:38 pm)
Charakter w ogniu prób (Listopad 21, 2017 11:59 pm)
Unikanie ducha plotkarstwa (Listopad 14, 2017 5:50 pm)
Wbrew odczuciom: Nie jesteś sam (Październik 31, 2017 2:06 pm)
Cena bycia wielkim (Październik 24, 2017 3:09 pm)
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)

Podniesiony ze śmietnika

roman1000

Tekst: Roman Szewczuk

Kiedyś słyszałem, że ateista to człowiek, który całe życie zwalcza to, w co sam nie wierzy. Ja byłem prawdziwym ateistą. Nie zaprzątałem sobie głowy czymś, czego nie ma. I tak sobie wspaniale żyłem, odrzuciwszy nawet pozory praworządności. Bo jeżeli nie ma Boga, nie ma też sądu sprawiedliwego, nie ma nieba, piekła, nie ma innego życia po śmierci, jest tylko koniec. A więc hulaj dusza, piekła nie ma.

Urodziłem się i wychowałem w rodzinie katolickiej, gdzie były tylko formy religijności. Nic więcej. Nie pamiętam nawet rodziców chodzących do kościoła z wyjątkiem religijnych świąt. Często, jak sięgam pamięcią, dostawałem złotówkę na tacę i musiałem powiedzieć o czym mówił ksiądz. Szybko nauczyłem się tego, że za tą złotówkę kupowałem sobie loda, oczywiście nie szedłem do kościoła (było dość daleko, kilka kilometrów) i czekałem na kolegów aby powiedzieli o czym mówił ksiądz aby zdać relację ojcu. Zauważyłem, że niezbyt to go interesowało, to była tylko dla niego forma kontroli czy wykonałem jego polecenie.

Ojciec, był bardzo surowym i srogim człowiekiem. Czułem przed nim nieustanny lęk, strach, bardzo się go bałem a i on karał mnie za wszystko dość ostro. Nie potrafił mi nigdy okazać czułości, nie pamiętam ani jednej chwili u niego na kolanach, ani jednej serdecznej rozmowy. Nigdy nie usłyszałem słów „kocham cię”. Dom musi zapewnić dziecku trzy podstawowe rzeczy: Bezwarunkową miłość, bezpieczeństwo i pełną akceptację. Tych rzeczy poszukuje świadomie lub podświadomie każdy człowiek. Jeżeli dom ich nie zapewni to szukamy tego gdzie indziej. I stało się to moim udziałem. Gdy miałem około 12 lat ojciec rozstał się z mamą i wyjechał na drugi koniec Polski. Bardzo daleko. Poczułem smak wolności, po prostu zachłysnąłem się nią.

Niestety źle ją wykorzystywałem. Dotąd byłem bardzo dobrym uczniem, najlepszym w klasie a nawet w szkole (każdego roku dostawałem dyplom za wyniki w nauce). Teraz nauka zaczęła mnie nudzić, nikt mnie nie kontrolował. Mama miała swoje sprawy. W tymże czasie na wskutek pewnego przeżycia odrzuciłem istnienie Boga, którego i tak zresztą nie znałem.

Na święta Bożego Narodzenia miał przyjechać mój ojciec. Chociaż tak bardzo się go bałem to modliłem się aby pogodził się z mamą i pozostał z nami. Miałem dość.

Niestety rodzice nie pogodzili się, pamiętam tylko straszną kłótnię, po której ojciec wyjechał i już nigdy nie wrócił.

W swojej dziecięcej głupocie wołałem, dlaczego Boże nie wysłuchałeś mnie? Przecież to dla Ciebie takie łatwe a dla mnie tak ważne. Chyba jednak Ciebie nie ma, bo gdybyś istniał to na pewno odpowiedziałbyś na moją modlitwę.

Wtedy podjąłem jedną z dwóch najważniejszych decyzji mojego życia – odrzuciłem autorytety – ojca i Boga. Z autorytetu ojca zostałem okradziony, a decyzję odrzucenia Boga spowodowała głupota (Ps 14.1).Decyzja ta miała niesamowicie destrukcyjny wpływ na następne 32 lata mojego życia – zostałem ateistą.

Pochłonął mnie świat widziany do tej pory przez okno czyli ulica. Wtedy prym wiedli ludzie, którzy byli karani. Im więcej wyroków tym ważniejsza persona. Przylgnąłem do takich ludzi. Tak bardzo imponowali mi, z nikim i z niczym się nie liczyli, wszyscy ustępowali im z drogi. Zacząłem żyć bardzo źle, stopniowo staczałem się coraz niżej, chociaż otoczenie nawet nie zauważało tego. Ja sam zresztą też. Czyniłem coraz gorsze rzeczy; zacząłem opuszczać szkołę, paliłem już w wieku 12 lat nałogowo papierosy, popijałem alkohol, kradłem. Z kradzieży zrobiliśmy z kolegami rodzaj sportu.
Żyłem coraz gorzej lawirując na pograniczu prawa. Okradałem piwnice, pijanych, dokonywałem kradzieży w szkolnej szatni, kradłem pieniądze mamie i babci.

Przestałem też się uczyć, ba nawet w ósmej klasie prawie wcale nie chodziłem do szkoły. Przychodziłem tylko aby coś ukraść z szatni, namówić kogokolwiek na wagary a potem winko, karty i tak jakoś szło. Pozostałem na drugi rok w tej samej klasie jako nieklasyfikowany. Skończyłem w następnym roku ósmą klasę i rozpocząłem naukę w szkole zawodowej. Po ok. pół roku rzuciłem tę szkołę, później następną i następną i następną.

Wiecie dziś patrząc z perspektywy wielu lat chyba nie było żadnego grzechu, którego bym nie popełnił. I co gorsza byłem cały czas bezkarny. Imałem się wszystkiego, kradzieży, alkoholu, bójek, byłem w takim stanie, że mógłbym zabić dla zysku pod warunkiem, że nikt mnie nie złapie. Żadnych wartości w życiu, nic co dobre, pozytywne.

Życie bez Boga jest straszne.

Kiedyś tak zastanawiałem się nad sensem życia. Doszedłem do wniosku, że nie ma żadnego sensu. W jakim celu uczyć się , pracować wiele lat, płodzić dzieci aby i one tak samo się męczyły a później i tak wszyscy umrzemy. Więc po co żyć?

Gdy miałem ok 17 lat przeżyłem wielki zawód miłosny. Postanowiłem popełnić samobójstwo. Skoro życie nie ma sensu to po co je przedłużać? Spożyłem bardzo dużą ilość tabletek nasennych, rtęć z dwóch termometrów i zapiłem to butelką taniego wina. Obudziłem się na sali reanimacyjnej po ok 30 godzinach. Żyłem ale wcale mnie to nie cieszyło. Przygotowałem się do następnego samobójstwa. Dowiedziała się o tym moja mama i zadzwoniła po ojca bo bała się o moje życie a nie miała żadnego wpływu na mnie.

Ojciec zabrał mnie do siebie i nakazał podjęcie pracy. Porzuciłem ją po kilku miesiącach, potem następną i następną. Gdy była okazja do spożycia alkoholu to po prostu nie szedłem do pracy tylko bawiłem się w towarzystwie. Nigdy też nie byłem u swoich przełożonych aby poprosić o urlop. Balangowałem aż zostawałem dyscyplinarnie zwolniony. Gdy przyszło opamiętanie szukałem nowej pracy.

W górnictwie funkcjonuje takie pojęcie jak otwór zawiedziony. Jest to otwór, który nie wykonał pracy. Ja byłem takim otworem zawiedzionym, zawiodłem, nie spełniłem oczekiwań. Zawiodłem jako dziecko, zawiodłem jako uczeń, ojciec, pracownik, obywatel. Zawiodłem.

Mój ateizm doprowadził mnie do tego, że znalazłem się w wieku 32 lat na ławce dworcowej. To było dno. Żyłem z dnia na dzień, zbierając butelki aby przeżyć. Żyłem też nadzieją wygrania głównej wygranej w totolotka. Marzyłem wtedy zasypiając na ławce, (skąd te marzenia nie wiem nigdy nie dawałem na żadną dobrą czy złą sprawę), że otworzę schronisko dla bezdomnych. I co bardzo dziwne w opracowywanym w marzeniach regulaminie tego schroniska był zakaz spożywania alkoholu. U mnie, który przecież był alkoholikiem.

Widocznie Bóg już pracował w moim sercu. W Biblii jest napisane, że Bóg da się odnaleźć tym, którzy szukają Go. Całe szczęście, że to tylko część prawdy bo On objawia się także tym co Go nie szukali. Jak ja. On jest cudowny.

Czasami głównie w weekendy spałem po klatkach schodowych w obawie przed pobiciem przez młodzież wracającą z dyskotek. To był ich sport pobić kogoś za kim nikt nie stoi, kto nie odda, nie pójdzie na policję. Pewnego razu jakiś gość z piętra poniżej, a ja spałem przy strychu, wygonił mnie mówiąc, że jego dzieci boją się gdy ja śpię: „A gdyby spał tu pies?” – zapytałem. „Pies mógłby!” – usłyszałem. Byłem gorszy od psa.

Pamiętam, gdy byłem bardzo głodny poszedłem w pewne miejsce, mój znajomy (bezdomny) chodził tam aby prosić o wsparcie. Okazałe budynki, częściowo w budowie. Przy drzwiach wejściowych domofon z imionami i funkcjami. Nie wiedziałem do kogo zadzwonić. Nie chciałem do tego najważniejszego więc zadzwoniłem tak jakoś pośrodku. „Słucham” – odezwał się głos w domofonie. „Jestem bezdomny” – odpowiedziałem – „Nie mam środków do życia, nie chcę jałmużny. Chciałbym wykonać jakąś pracę aby zarobić na jedzenie”.

– „Nie mam teraz pracy!” – usłyszałem. Ja na to, że mogę zrobić cokolwiek, posprzątać na budowie , coś wykopać, cokolwiek aby zarobić na jedzenie. Znów odezwał się głos: – „Nie mam pieniędzy, JA ŚWIĄTYNIĘ BUDUJĘ!!!” A ja gdzieś w środku siebie usłyszałem lub pomyślałem (do dzisiaj nie wiem jak to było) – Świątynię? Przecież to ja jestem świątynią! (1 Kor 3.16). Skąd u mnie u ateisty takie myśli? Nie wiem, przecież Biblii nigdy nawet w ręku nie miałem. A właściwie to miałem. Nie pamiętam już kiedy i w jakich okolicznościach zobaczyłem Biblię na półce z książkami. wziąłem ją do ręki z ciekawością. Pamiętałem z filmów anglosaskich, że jak mieli jakiś problem to brali Biblię to ręki i czytali tam odpowiedź na swój problem. Więc i ja coś tam sobie pomyślałem, otworzyłem Biblię, dotknąłem palcem i.. Nic! Spróbowałem jeszcze raz i nic! „Eee to jakaś lipa”- pomyślałem i już nigdy do Biblii nie zajrzałem.

Niedługo po tym przeżyciu, zostałem zaproszony przez kolegę, który miał kontakty z zielonoświątkowcami do jednego z domów gdzie mieszkali ludzie kochający Jezusa. Nie chciałem tam iść. Ja ateista u ludzi religijnych, a jeszcze u zielonoświątkowców.

Nic złego o nich właściwie nie słyszałem ale wiedziałem na pewno, że to źli ludzie.
Zaproszenie przyjąłem, ale myślałem sobie niech tylko zaczną o Bogu to ja im pokażę. Nie zaczęli, dali mi kanapki, herbatę i nic. A ja nawet nie chciałem jeść, tylko chłonąłem atmosferę tego dziwnego domu. Jakiś pokój, coś dziwnego. Nie umiałem tego nazwać ale coś tam było. Czułem się tak dobrze, bezpiecznie, spokojnie jak nigdy w życiu. Dziś wiem, że był tam Duch Święty.

W pewnym momencie gospodarz zaczął śpiewać pieśń, której słowa mnie poruszyły. Chodźcie więc wszyscy pragnący, pójdźcie do wód życia pić! Przyjdź, wina i mleka w Nim zdrój, przyjdź bez pieniędzy i pij! (Izajasza 55.1).

– „Jak to bez pieniędzy?” – zapytałem.

– „Zwyczajnie, bez pieniędzy. Za darmo” – powiedział gospodarz.

Ja rozumiem, że nie chodzi o literalne pieniądze, złotówki, dolary, marki, ruble czy jakiekolwiek inne, tylko o inne wartości.

– „Nie. To jest całkiem za darmo” -mówił.

To już nie mieściło się w moim rozumowaniu, jest niemożliwością aby dostać coś i to dobrego za darmo, to coś nie tak, w tym musi być jakiś podstęp.

Zbawienie jest w Jezusie Chrystusie całkowicie za darmo, Boży to dar! (Ef 2.8-9). Tylko ja wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem i te słowa nie dawały mi spokoju.

Bardzo przeżywałem pokój tego domu. Może nie wszyscy pamiętacie ale za mojej młodości do odtwarzania muzyki były adaptery. Były tam ustawienia obrotów płyty 33,45 i 78 obr/min. I porównując gdy świat obok mnie żył na 45, ja żyłem na 78 oni żyli na 33. Coś niesamowitego. Ten dziwny nienaturalny pokój.

Kolega wyciągnął z mojej kieszeni pieniądze. To było dawne 200.000 zł. Ja potrzebowałem wtedy na życie ok.. 20.000. Na bochenek chleba, pół kilo kaszanki i paczkę papierosów. Dwa razy w tygodniu jeszcze na totolotka. A tu taka kwota.

Wiecie, serce mnie boli gdy piszę te słowa ale za namową kolegi przepiliśmy te pieniądze, ale miałem okropne samopoczucie, że bardzo źle robię. Wstydziłem się jednak odmówić, zresztą to o mnie tam zaprowadził. Po wypiciu 2 butelek wina położyłem się i intensywnie myślałem nad tym co dzisiaj przeżyłem. To było coś zdecydowanie nowego w moim życiu. Na drugi dzień zgodnie z daną obietnicą poszedłem tam z kolegą i już zostałem. To niepojęte, ale ci ludzie przygarnęli pod swój dach 2 bezdomnych, a mogłem być złodziejem, mordercą. Mogłem mieć wszy! Później dowiedziałem się, że to Bóg pokazał im mnie i oni często modlili się o mnie. Modlitwa jest potęgą. Będąc u nich w domu dostałem takie małe wydanie Nowego Testamentu i pasjami ją czytałem. Były wspólne rozmowy, modlitwy, pieśni. Uczestniczyłem w tym z radością. Duch Święty pracował nade mną.

Zbliżała się niedziela. Bałem się jej, bo mieliśmy iść na nabożeństwo. Ale nadeszła, szedłem z opuszczoną głową aby mnie nikt nie rozpoznał (tak robią małe dzieci, opuszczają głowę albo zamykają oczy i myślą, że nikt ich wtedy nie widzi) – ja ateista u zielonoświątkowców!

Ale nie było wcale źle, jak sobie wyobrażałem, wprost przeciwnie. Wiecie zostałem tak mile przywitany przez jakiegoś bardzo miłego starszego pana, który jakby specjalnie na mnie czekał. Do dziś go wspominam.

– „Witaj drogi bracie”- zawołał w moją stronę. Obejrzałem się za siebie będąc pewien, że to powitanie skierował do kogoś za mną. Skąd takie powitanie jakiegoś obcego faceta? Przecież nie byłem bratem dla niego.

Ale on naprawdę do mnie skierował to tak serdeczne powitanie. Czyżby Bóg mu coś objawił w stosunku do mojej osoby? Do dziś tego nie wiem. Ale to było bardzo miłe. Nabożeństwo też mi się podobało, pieśni, miłe uśmiechnięte twarze, sympatyczni ludzie. Kazania wcale nie pamiętam, kłopoty z modlitwą bo ja nie umiałem się modlić. Ale ogólne byłem zachęcony.

Zacząłem chodzić na nabożeństwa, spotkania młodzieżowe, czytać Biblię, składałem świadectwa. Ba już zwiastowałem Tego, którego sam jeszcze nie znałem, a który już stał przy drzwiach mojego serca.

Nadeszła ewangelizacja. Nawet nie wiedziałem co oznacza ten termin. Przyjechał jakiś ewangelista. Zaczął mówić o sobie. To było nawet ciekawe. Pochodził z Ukrainy, przyjechał z Norwegii lub ze Szwecji, już nie pamiętam. Mówił po angielsku a tłumacz tłumaczył na polski. Moje korzenie są z Ukrainy, więc poczułem bliską więź z tym człowiekiem. Zaczął mówić, że tam gdzie mieszka są duże góry, że tam nie chodzi się tak jak w Polsce, zawsze jest albo z góry albo pod górę.

Na te słowa wejrzałem w swoje życie, też w nim tak było. Albo w górę albo pod górę. To wspinałem się w swoich życiowych dążeniach to spadałem coraz niżej i niżej i niżej. Aż znalazłem się na dnie społeczeństwa. Tam gdzie nawet diabeł mnie zostawił będąc pewnym swojego zwycięstwa nad moim życiem. Nie wiedział jednak, że w ten całkowity upadek moralny, w to bagno mojego życia zawita Zbawiciel Jezus Chrystus, że mnie wyciągnie z dołu zagłady, oczyści z brudu i da nowe życie. Ja sam też o tym nie wiedziałem.

Piłem prosto do serca słowa ewangelisty. Wszystko do mnie trafiało, wszystko było dla mnie. Wejrzałem w całe moje dotychczasowe życie. I wielki wstyd mnie ogarnął, obrzydzenie do mojej grzesznej, zepsutej natury. Czułem całym sobą, że dzisiaj Bóg przemówi do mnie.

Gdy było wezwanie już wiedziałem, że wyjdę. Niestety ewangelista wymieniał różne rzeczy ale nie to co było do mnie. Bałem się, że nie wypowie tych słów, które będą bezpośrednio do mnie. Wzywał alkoholików(a ja nie uważałem się za alkoholika), narkomanów( też nim nie byłem) i tak dalej. Dosłownie chciało mi się płakać, że zostanę pominięty, tak bardzo chciałem wyjść do przodu i spotkać Jezusa.

Nie wiedziałem wtedy, że nie potrzeba specjalnego zaproszenia, że jeżeli w sercu jest pragnienie, to można wyjść.

Gdy usłyszałem Słowo do mnie, dosłownie pobiegłem i tam w poczuciu Bożej świętości po prostu uklęknąłem mimo, iż wszyscy koło mnie stali . Poczułem taki ogrom mojej grzeszności, że nawet pozycja na kolanach wydawała mi się niegodna Tego, przed którym klęczałem. Klęczałem i płakałem, płakałem bardzo. Nie wstydziłem się tych łez, wydawało mi się, że nikogo przy mnie nie ma, jestem tylko ja i Bóg. Moja dusza łkała, wyła, wyrywała się z 35-letniej niewoli grzechu, śmierci do żywego Boga, Zbawiciela Jezusa Chrystusa (J 16.8). Wiedziałem, że przeszedłem ze śmierci do żywota i byłem na wskroś szczęśliwy.

Potem dziękując z całego serca za zbawienie wołałem: Boże jestem Ci tak wdzięczny, że chciałbym Ci coś dać. Ale co, jak nie mam dosłownie nic. Dosłownie nic. Mam tylko siebie, jak chcesz to weź mnie. Wiecie, wziął mnie przygarnął, przytulił i do dziś jest ze mną.

Takiego Romka ze śmietnika przytulił! (1 Sam 2.8).

Moje serce jest Mu tak wdzięczne, że brakuje mi słownictwa. A nawet najwznioślejsze słowa wydają się puste i małe.

Jedna z sióstr później zapytała mnie: Romek jak się teraz czujesz? A ja w sobie miałem niewysłowioną radość, szczęście. Nie umiałem wyrazić tego słowami. Odpowiedziałem; czuję się tak jakbym na czczo wypił na raz szklankę wódki. Takie było wtedy moje słownictwo i pojmowanie. Szczęśliwy byłem po wypiciu alkoholu. Nie znałem dotąd innego powodu do szczęścia.

Bóg podnosi ze śmietnika ubogiego aby go posadzić z dostojnikami! I mnie przygarnął, przytulił prosto ze śmietnika życia, dosłownie z dworcowej ławki. ALLELUJA!

Nigdy w życiu nie pożałowałem podjętej decyzji. Wprost przeciwnie w miarę upływającego czasu upewniam się, że była ona najlepsza w moim życiu. Dzisiaj gdy piszę te słowa mija ponad 20 lat od dnia gdy spotkał mnie Jezus. Przyszedł do mnie w najlepszym momencie, On nigdy się nie spóźnia, przychodzi na czas. Przez te 20 lat nowego życia nieraz na kolanach dziękowałem Bogu za to moje poniżenie, za tę bezdomność, za tę ławkę dworcową. Bo tam spotkałem Zbawiciela, Pana mojego życia – Jezusa Chrystusa.

Fot. Archiwum prywatne


Od redakcji: Pamiętasz swoje nawrócenie? Jak to wydarzenie wpłynęło na to, kim dziś jesteś? Czekamy na Wasze świadectwa nawrócenia: fundacja@ndp.org.pl

Comments are closed.