Blogi
Charakter w ogniu prób (Listopad 21, 2017 11:59 pm)
Unikanie ducha plotkarstwa (Listopad 14, 2017 5:50 pm)
Wbrew odczuciom: Nie jesteś sam (Październik 31, 2017 2:06 pm)
Cena bycia wielkim (Październik 24, 2017 3:09 pm)
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)
Para w gwizdek (Wrzesień 30, 2017 5:30 pm)

Niezabezpieczony fundament

Tekst: Aneta Szuba

Wszystkie słowa Pawła skierowane do Tymoteusza: „Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, /w razie potrzeby/ wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz” (2Tym. 4,2) są jak zabezpieczanie fundamentów, by przypadkiem, budowla która jest wznoszona w postaci naszego już przemienionego życia, relacji czy świadectwa, nie zaczęła np. wydzielać brzydkiego zapachu.

 

Kocham w Bogu Jego praktyczność. On przemawia do nas nie tylko swoim Słowem, Duchem, ale także stworzeniem. Pory roku, dni i noce, przyroda, funkcjonowanie ludzkiego organizmu, duch, dusza i ciało – wszystko to nie tylko zachwyca, budzi respekt, wprowadza w odpocznienie i zaufanie, ale i naucza. A jakby tego było mało – nasz Ojciec, by udzielać nam życiowych lekcji sięga także do naszych osobistych doświadczeń dnia codziennego – i szkoda by było je zignorować.

Kilka lat temu przeprowadzając się z rodziną do mazowieckiego, kupiliśmy niewielki domek na wsi i tam zamieszkaliśmy. Gdzieś przy kupnie padło hasło: nieocieplone fundamenty. Jednak my – ja i mąż – nie mieszkający nigdy wcześniej w domu wolnostojącym, czyli totalnie nieświadomi laicy, zignorowaliśmy ten komunikat. No i się zaczęło: wilgoć, grzybopochodne plamy na ścianach, brzydki zapach, infekcje dróg oddechowych. Wszystko razem doprowadziło do tego, że mąż wziął tego lata łopatę i zaczął kopać, a raczej odkopywać fundamenty domu. Zajęcie żmudne, ciężkie, pracochłonne. Następnie ocieplanie fundamentów i doprowadzenie elewacji zewnętrznej i ogródka do stanu sprzed.

Wszystko wydawało się całkiem w porządku: przyzwoicie wyglądający dom, w którym powinno się dobrze mieszkać. Tylko problem był z tym co dla oka niewidoczne. Nie wystarczy położyć fundament pod budowlę, należy go jeszcze właściwie zabezpieczyć.

Jak to się ma do Słowa? Ano całkowicie. Na przykład wszystkie słowa Pawła skierowane do Tymoteusza: „Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, /w razie potrzeby/ wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz”(2Tym. 4,2) są jak zabezpieczanie fundamentów, by przypadkiem, budowla która jest wznoszona w postaci naszego już przemienionego życia, relacji czy świadectwa, nie zaczęła np. wydzielać brzydkiego zapachu.

A jak to się ma do wychowania dzieci? Strategicznie. Zastanówmy się choćby nad dwoma zwrotami: „kocham cię” i „przepraszam”.

W Biblii nigdzie nie występuje samo: kocham cię. W ten sposób nigdzie Bóg do nikogo się nie zwraca. Według Słowa Bożego kocham cię nie istnieje jako pojęcie abstrakcyjne. Wyznanie miłości potwierdzone/udowodnione jest konkretnym czynem: „Bo tak Bóg umiłował świat, że Syna jednorodzonego wydał, aby każdy wierzący w Niego nie zginął, lecz otrzymał życie wieczne.(J 3,16.17); ”Miłość zaś polega na tym, abyśmy postępowali według Jego przykazań. Jest to przykazanie, o jakim słyszeliście od początku, że według niego macie postępować.” (2 List Jana 6).

Czy zatem: tak pogardzane udowodnij, że mnie kochasz jest z piekła czy nieba rodem? Czy miłość rzeczywiście nie potrzebuje dowodów? A może to dowody/czyny są wyznacznikiem mocy dojrzałej miłości?

Jan pisze: Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą. Po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy i uspokoimy przed Nim nasze serce (1 J 3,18). Nie miejmy zamieszania, jak właściwie nauczać dziecko (o) miłości – poprzez czyny – by przypadkiem nie okazało się, że rośnie mały egoista, który doskonale wie jak zmanipulować mamusię, tatusia, dziadków przytuleniem i automatycznym: kocham cię (używając tylko słów i języka).

Chciałabym być dobrze zrozumiana, w przytulaniu i mówieniu: kocham cię nie ma nic złego pod warunkiem, że nie poprzestanie się na tym tak jak na surowych fundamentach. Trzeba to jeszcze wzmocnić właściwym nauczaniem, że to tylko gesty miłości, ale sama ona to czyn, owoc, efekt.

Podobnie rzecz się ma ze słowem: przepraszam. Jeżeli coś się wydarzy ze szkodą dla bliźniego, dobrze jest zacząć od przepraszam i na tym nie skończyć.

Prosty przykład: dziecko biegnie korytarzem podczas przerwy w szkole. Potrąca kilkoro uczniów, kogoś przewraca, komuś (oczywiście przypadkowo) wytrąca telefon z ręki, który spada na ziemię i ulega tym samym zniszczeniu. Cały czas „nasz bohater” krzyczy: – sorry! – nawet się nie odwraca, biegnie dalej, dobrze się bawi. Kiedy sprawa o zniszczenie telefonu dochodzi do nauczyciela z pretensjonalnym tonem i podniesionym głosem mówi: – przecież powiedziałem „sorry”.

A jak chcecie, aby ludzie wam czynili, czyńcie im tak samo i wy (Łk.6,31), tego w praktyce powinniśmy uczyć nasze dzieci. Zaczynamy od przepraszam, ale powinna też pojawić się szczera wewnętrzna przykrość/ubolewanie/skrucha, że ktoś przez nasze postępowanie ucierpiał i oczywiście zadośćuczynienie, gdy dochodzi do szkody materialnej.

Tak wychowując dzieci uczymy ich odpowiedzialności za własne czyny, roztropności, przezorności, wartości wypowiadanych słów a przede wszystkim, zabezpieczamy by w przyszłości, idąc za Bogiem nie musieli odkopywać/ wzmacniać/poprawiać fundamentów swoich życiowych budowli, by dom budowany na skale miał naprawdę solidne fundamenty.

Tags

Comments are closed.