Blogi
Teologia Boża a teologia Jonasza (Czerwiec 18, 2018 6:12 pm)
Czy jesteś bogaty w Bogu? (Czerwiec 7, 2018 7:06 pm)
Prawdziwe objawienie (Maj 23, 2018 10:38 pm)
Potrzebujemy osobistego objawienia (Maj 10, 2018 3:54 pm)
Maria z Betanii (Kwiecień 30, 2018 2:34 pm)
Kwalifikacje Bożego przywódcy (Kwiecień 27, 2018 1:41 pm)

Nie rezygnuj

Fishing_Logo250Tekst: Filip Szuba

Od czego zacząć…

Mając niecałe 7 lat, przeprowadziłem się z mamą do Pisza z małej miejscowości  Bemowo-Piskie. Co prawda Pisz też nie był za wielki, ale było to miasto, w którym było wszystko co potrzebne, no i miasto jest naprawdę piękne.

W Piszu znajduje się bardzo dobra publiczna szkoła muzyczna i jedna z nielicznych w Polsce, która łączy program szkoły muzycznej i zwyczajnej szkoły publicznej (przynajmniej za tamtych czasów). Tak więc kiedy przychodził czas wyboru szkoły, miałem olbrzymie pragnienie być w tej szkole muzycznej . Nie pamiętam, co było moją motywacją i dlaczego mi na tym tak zależało, nie byłem raczej zakochanym w muzyce przedszkolakiem…

Chcąc nie chcąc, zostałem zapisany do tej szkoły muzycznej. Nadmiar dzieci,  które chciały się uczyć w tej szkole był tak duży, że na jednego ucznia przypadało jakieś 15 zapisanych. Ja, nie mając żadnego doświadczenia związanego z muzyką, dostałem się do tej szkoły, ba, nawet egzaminów nie musiałem pisać, które ponoć pisał każdy. Instrument, jaki wybrałem to klarnet, powodem tego wyboru było to, że w szkole nie uczono grać na saksofonie, ale mówi się, że jak umiesz zagrać na klarnecie, to i spokojnie zagrasz na saksofonie. W szkole szło mi średnio, z większości przedmiotów takich jak teoria muzyki, czy kształcenie słuchu leciałem na trójach, poza oczywiście głównym instrumentem, z którego miałem same piątki. Lecz to nie było największym problemem, stres związany z tą szkołą, „egzaminami” które były organizowane na koniec każdego semestru i oczywiście rywalizacją, której miałem naprawdę sporo. Nie chodzi mi tu nawet o instrumenty dęte, tylko o naszą grupę klarnecistów, w której bycie było istną torturą, praktycznie co drugi dzień w szkole kończyłem załamaniem i płaczem. Byłem bardzo pomiatany, traktowany jako osoba drugiego sortu. Przez ten cały stres, którego doświadczałem już w tak młodym wieku, miewałem bardzo częste ataki depresji i strachu związanego głównie z bliską i bardzo daleką przyszłością. Pamiętam, że każdego wieczora płakałem, myśląc, że jutro rano znowu idę do szkoły i to nie było tzw. przedszkolne zachowanie, ja po prostu się panicznie bałem, ale też opuszczenie tej szkoły nie wchodziło w grę. Jedynym miejscem, w którym doświadczałem pokoju, poczucia bezpieczeństwa, był kościół. Nie mówię tu już nawet o Bogu, którego od najmłodszych lat kochałem i szanowałem, tylko o tej specyficznej strukturze kościoła, dzięki której mogłem normalnie oddychać. Była jedna rzecz, która mnie bardzo dobrze charakteryzowała w tamtym czasie, była to niezłomność. Kiedy ludzie z szkoły namawiali mnie do jakiejkolwiek rzeczy, która w moim odczuciu była zła, nieodpowiednia, potrafiłem się postawić  i nie czułem przez to straty. Nie chodzi mi o to, że byłem „dzieciaczkiem w sutannie”, po prostu miałem swój tzw. „kodeks”, którego nie naginałem. Ostatnie miesiące, jakie spędziłem w tej szkole, pamiętam i wspominam bardzo dobrze, wszystko się stało normalne. Rywalizacja, błędne koło dobiegło końca, gdy zająłem drugie miejsce z całej szkolnej grupy dętej w konkursie czytania A’vista, czego się kompletnie nie spodziewałem – osoby, które się ze mnie nabijały, uważały się za sto razy lepsze, a mnie – wyrzutka – traktowały jak nikogo, wypadły znacznie gorzej. Zacząłem mieć fajne relacje z rówieśnikami. Przez ten cały czas czułem, że Bóg jest przy mnie i mnie nie opuścił, tylko co dalej…

Minął długi czas, trochę mi się w życiu pozmieniało i już nie byłem w tej szkole muzycznej. Nie wiedziałem, co zrobić z klarnetem, zapisałem się do jakiejś szkoły muzycznej, ale po tygodniu się z niej wypisałem. Czułem, że to nie dla mnie i cała moja historia z klarnetem i dotychczasowym doświadczeniem muzycznym umarła śmiercią naturalną. Nie wiedziałem co dalej, nie czułem żadnego ciągu do grania na czymkolwiek, gdziekolwiek, lecz Bóg nie chciał skończyć ze mną. Przyszła propozycja basu, gdy pewnej niedzieli, w drodze z kościoła tata zapytał się mnie, czy nie chciałbym grać na basie, powiedziałem, że w sumie czemu nie, można spróbować. Nigdy nie miałem doświadczenia z takimi instrumentami, przez cały czas grałem klasycznie. Dzięki Sebastianowi Urbanowi zacząłem się uczyć na owym instrumencie, przez wiele lat był moim nauczycielem i on we mnie zaszczepił miłość do tego instrumentu. Później, wszystko się jakoś potoczyło i wierzę, że jestem na dobrej drodze…

Teraz wiem, że chcę Bogu służyć, grając do końca swego życia. Ta szkoła muzyczna nie była przypadkiem, Bóg wie to, czego my nie wiemy, dlatego warto mu zaufać i kroczyć ku przeznaczeniu bez kompromisów, z myślą, że on zawsze jest przy mnie i mnie nie opuścił.

Oto piosenka zespołu Fish, na basie gra Filip Szuba, Szymon Haponiuk – gitara elektryczna, perkusja – Szymon Polok, wokal – Kamil Bartol.

Tags

Comments are closed.