Blogi
Charakter w ogniu prób (Listopad 21, 2017 11:59 pm)
Unikanie ducha plotkarstwa (Listopad 14, 2017 5:50 pm)
Wbrew odczuciom: Nie jesteś sam (Październik 31, 2017 2:06 pm)
Cena bycia wielkim (Październik 24, 2017 3:09 pm)
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)
Para w gwizdek (Wrzesień 30, 2017 5:30 pm)

Kalebowe historie – Dorota (cz. 4)

20140616_Prayer_1000

Tekst: Dorota Kamińska

Od dziecka wychowywałam się w rodzinie dysfunkcyjnej, gdzie był alkohol i przemoc. Wywoływało to we mnie przygnębienie i stłumienie, a w rezultacie sprawiło, że byłam bardzo nieśmiała i wstydliwa. Miałam problemy z nauką. W szkole wciąż ktoś mi dokuczał. Moja mama w przeciwieństwie do taty, okazywała mi wiele miłości, co wówczas było dla mnie jedynym pocieszeniem. Reszta mojego życia wydawała mi się bezsensowna, przez co wiele razy odczuwałam pragnienie, aby się ono wreszcie jak najszybciej zakończyło.

A ziemia była pustkowiem i chaosem…

W ciągu lat problem relacji rodzinnych w domu narastał w następstwie czego, w wieku nastoletnim z grzecznej i nieśmiałej dziewczynki przemieniłam się w zbuntowaną, arogancką, agresywną „pankówę”. Zaczęły się koncerty, towarzystwo, imprezy i używki – tak od tej pory wyglądał mój świat. Przez chwilę myślałam, że znalazłam to, czego szukałam. Liczyła się dla mnie idea, ideologia, identyfikacja, inność. Tak właśnie, chciałam być inna, niż ludzie, ich środowisko i wartości, na których tak bardzo się zawiodłam. Jednak po szybkiej, początkowej fascynacji jeszcze szybciej przeżyłam kolejne rozczarowanie.

Ja w swoim sposobie bycia i funkcjonowania w grupie miałam wytyczone pewne konkretne granice, których nie przekraczałam. Spostrzegłam jednak, że moi nowi „przyjaciele” takowych raczej nie posiadają. Zrozumiałam, że uległam złudzeniom i daleko posuniętej naiwności. Dla nich liczyło się tylko to, by dobrze się bawić, nie ważne przy tym z kim i jakim kosztem. Było to dla mnie tym bardziej przerażające odkrycie, że nie chciałam tak żyć, lecz z drugiej strony nie znajdowałam dla siebie na tym świecie żadnego innego, kojącego rany miejsca.

Przepojona beznadziejnością przestałam wierzyć w miłość. Mówienie o niej traktowałam jako obłudę i perwersyjne oszustwo. W tym czasie także zaczęłam żyć lękiem przed śmiercią, która – jak mi się zdawało – zaglądała mi w oczy. W takim stanie rzeczy zupełnie zatraciłam orientację, odnośnie swojej przyszłości. Nie czułam jakiegokolwiek gruntu pod nogami. Nie było w moim istnieniu jakiejkolwiek rzeczy, której byłabym pewna. Nie umiałam już nawet marzyć. Czułam tylko chaos i pustkę. Życie bolało mnie coraz bardziej. I w coraz większej desperacji zaczęłam rozglądać się wokół, szukając ratunku i pomocy, gdzie tylko się dało. Odruchowo, jakimś cudem nawet u samego Boga. Modliłam się więc, i akurat właśnie wtedy – „jakby” na zamówienie – nawróciła się jedna z moich koleżanek, Asia.

Wyznał mi swoją Miłość…

Jej przemienione życie było dla mnie zarazem wielkim zaskoczeniem, ale też świadectwem i dowodem na to, że Bóg Żyje i wcale nie musi być kojarzony z martwą religią (albo inaczej mówiąc – religijną martwicą). Widziałam, jak co raz to nowe osoby nawracają się, cieszą Jego obecnością i relacją z Nim. Jednak moje serce wciąż pozostawało zatwardziałe. Do czasu… Tym przełomowym momentem mojego życia był zwykły wyjazd do wielkiego miasta, które odwiedziłam tylko po to, by zrobić sobie większe zakupy. Już w drodze, w pociągu znów nieoczekiwanie spotkałam Asię. Rozmowa z nią po raz kolejny dała mi wiele do myślenia. Pod wpływem głoszonej przez Asię ewangelii, wszystkie moje materialne potrzeby i zakupy zeszły na plan dalszy. I kiedy tak z sercem zakotwiczonym w fundamentach Nieba, bez większej świadomości ziemskiej egzystencji maszerowałam po pasach przejścia dla pieszych, z duchowej zadumy obudził mnie pisk opon samochodowych. Dosłownie kilkanaście centymetrów ode mnie zatrzymał się samochód. Zszokowana zeszłam na chodnik.

Uświadomiłam sobie, że nie wiele brakowało, a znalazłabym się tam, gdzie jeszcze nie byłam. A jednak tak się nie stało – byłam nietknięta, cała, żywa. Wówczas pierwszy raz w życiu słyszałam, jak przemówił do mnie sam Bóg: „tak, uratowałem ci życie i chcę, abyś to mi je podarowała”. Niczego więcej z Jego strony nie potrzebowałam. To wystarczyło mi, aby w dalszą drogę wyruszyć już w stanie zupełnego przemienienia, na wzór Saula (Pawła apostoła), którego w drodze do Damaszku olśniła światłość z nieba „jaśniejsza nad blask słoneczny”. W końcu dotarło do mnie, że Bóg także mnie kocha i zależy mu na mnie. Powierzyłam mu swoje życie i szybko zrozumiałam, że to właśnie Jego szukałam, to za Nim i Jego Miłością tak bardzo zawsze tęskniłam. Wreszcie poznałam prawdziwego Boga i teraz tylko On dla mnie się liczył. Miałam 17 lat i cudowną przyszłość przed sobą…

Chrześcijański start

W ciągu najbliższego roku wiele się zmieniło. Najpierw skończyłam szkołę i poznałam wierzącego – w moim rozumieniu – wspaniałego chłopaka. Potem wyjechałam z rodzinnego miasta, podjęłam pracę i rozpoczęłam samodzielne życie. Trafiłam do zboru, w którym liderami byli ludzie niewiele starsi ode mnie. Wszystkim nam brakowało doświadczenia, głębszego rozeznania spraw i rzeczy, dojrzałości. Wielu z nas nie miało w tamtym czasie przy sobie duchowych ojców i matek, zdolnych do pokierowania życiem duchowym młodszych do siebie wierzących. Nikt nie dawał mi większych rad dotyczących mojego osobistego życia i prywatnych relacji z ludźmi. Nie byłam jakoś szczególnie prowadzona, czy korygowana. Nikt też w niczym nie widział choćby cienia ryzyka i nikt przed niczym mnie nie ostrzegał. Sama sobie wydawałam się czysta wobec Boga. Nie stanowiąc dla nikogo zagrożenia mniemałam, że znikąd też zagrożenia nie zaznam. I tak też, mając 21 lat wyszłam za mąż…

Początkowo wszystko przebiegało dobrze. Jednak z upływem czasu mój mąż zaczął oddalać się od Boga. Tym samym, nasza relacja stawała się coraz gorsza. W zaistniałej sytuacji czułam się osamotniona, rozczarowana, bezradna i zrozpaczona. Zanoszone do Boga modlitwy nie przynosiły jakiegokolwiek skutku. Z jednej mój problem krępował mnie bardzo przed innymi, ponieważ czułam, że jestem dla ludzi zgorszeniem. Mocno więc   wstydziłam się tego, co dzieje się w moim małżeńskim życiu. Z drugiej jednak strony potrzebowałam pomocy, a nie miałam wokół siebie kogoś, kto byłby zdolny zaradzić tej sytuacji i uratować nasz związek.

W niedługim czasie przyszedł na świat nasz ukochany syn. Miałam nadzieję, że wspólne rodzicielstwo przybliży nas do siebie. Stało się jednak wręcz odwrotnie – mąż coraz bardziej oddalał się ode mnie, dziecka i od Boga. Ostatecznie w dniu pierwszych urodzin syna oświadczył, że nie może dłużej być z nami. Zostaliśmy sami, ale nawet i to wcale nie oznaczało końca naszych boleści.

Miałam wielką nadzieję, że mimo dramatu coś się jednak zmieni. Nie dość, że „lepsze” nie przyszło, to dogoniło mnie „gorsze”. Okazało się bowiem, że mąż wiódł podwójne życie, które zaczął sobie układać z inną kobietą. Na tę kolejną dawkę cierpienia nie byłam przygotowana. Szoku, bólu i morza łez, które wtedy wylałam nie dało się porównać z czymkolwiek, co spotykało mnie dotychczas. Nie chciało mi się dłużej żyć. Każdego poranka budziłam się pogrążona w bólu, całkiem załamana. Kiedy fale żalu i smutku dobijały do „brzegu” mojego „ja”, czułam jakby całe to moje życie zatapiało się w bezmiarze beznadziei. Będąc w takim stanie musiałam jednak zajmować się synem. Nie umiejąc poradzić sobie z emocjami, których doświadczałam, uważałam się za złą matkę, co jeszcze bardziej wpędzało mnie we frustracje. Resztek sił wystarczyło mi tylko do jednego. Spożytkowałam je do kurczowego trzymania się wiary, że Bóg Jest, kocha mnie i podniesie z tego utrapienia. W Nim całkowicie położyłam swoją nadzieję. W efekcie On rozpoczął we mnie proces uzdrowienia.

I wybacz nam nasze winy, jako i my…

Bóg zaczął leczyć moje serce, co było procesem trudnym i żmudnym. Dał mi siłę do wybaczenia tym, którzy mnie skrzywdzili. Nie dość tego, to dla zupełnego oczyszczenia moich z nimi relacji, jeszcze ich przeprosiłam, by nie nosząc jakiejkolwiek urazy, nie mieli też powodu do wysuwania wobec mnie jakichkolwiek roszczeń. Sama również w duchu uwolniłam ich spod straży swojego sumienia (Łuk. 12:58) i wprowadziłam na wolność, domagając się przed Ojcem ich uniewinnienia. Po dwóch latach wróciłam na Mazury, w rodzinne strony. Tak rozpoczął się mój odwrót i wychodzenie z „doliny cienia”.

A dam wam serca mięsiste…

Pan wspaniałe zatroszczył się o nas, dając nam w szczególny sposób własnościowe, dwupokojowe mieszkanie. Było ono dla mnie i mojego synka domem, zakładem pracy (w którym zarabiałam, wykonując pracę krawcowej) i „miastem schronienia”. W zborze, do którego wówczas przyłączyłam się, niestety nie było wielu młodych ludzi, dlatego często czułam się samotna. Ocieplenia i radości serca doznawałam jednak, angażując się w służbę uwielbienia, a później także prowadząc biblijne grupy domowe. Właśnie w takich okolicznościach poznałam się i zaprzyjaźniłam z jedną starszą siostrą, której zmaganie z życiem Bóg bardzo wyraźnie mi ukazał. Znajdowała się ona w trudnej sytuacji rodzinnej i materialnej, dlatego, jak tylko umiałam, starałam się jej pomóc.

Od momentu nawrócenia – zanim jeszcze ucisnęła mnie moja własna tragedia małżeńska – zawsze mocno leżało mi na sercu, by pomagać innym. Było dla mnie przykre, że nawet ludzie nawróceni, jako świadomi chrześcijanie potrafią być obojętni wobec ludzkich problemów. Widziałam jak często tworzą swoje własne, dosyć hermetyczne towarzystwa wzajemnej adoracji, w których ku własnej uciesze upajają się Bożym błogosławieństwem. Ale to swoje szczęście przeżywają w bezpośredniej bliskości i sąsiedztwie innych nowonarodzonych chrześcijan, którzy jednak nie umieją się wyrwać z więzów traumatycznej przeszłości o własnych siłach. Czytałam Biblię i wiedziałam, że Bóg w ten sposób sam z nami nie postępuje. Nie tak On to wszystko zaplanował i nie tego od swoich Dzieci wymaga, lecz oczekuje znacznie więcej.

Boże poprzeczka – wysoko ustawiona…

Wyjątkowy fragment Słowa Bożego, który zaraz po nawróceniu bardzo mocno do mnie przemówił, pochodził z listu Jakuba (1:27). „Czystą i nieskalaną pobożnością przed Bogiem i Ojcem jest to: nieść pomoc sierotom i wdowom w ich niedoli i zachowywać siebie nie splamionym przez świat”. Gdy przeczytałam te słowa po raz pierwszy nie byłam świadoma, jak mocno wyznaczą one kierunek dla mojego życia. Będąc samotną mamą na własnej skórze doświadczałam znieczulenia ludzi opływających w dostatek. Tak bardzo zdają się być zajęci własnymi sprawami, że trudno im nawet cokolwiek wspomnieć o przeżywanych trudnościach, nie mówiąc już o zwracaniu się z prośbą o jakąkolwiek pomoc. Zauważyłam też, że bezradność serc we wspieraniu materialnym, organizacyjnym czy duchowym często idą tu ramię przy ramieniu.

Kochaj mnie…

Pan na naszym ugorze zorganizował solidną orkę, potem zasiał, a to, co wyrosło przybrało postać nowych mężów, nowych dzieci, nowych rodzin. Nie rozstałam się jednak z moimi pragnieniami służenia ludziom potrzebującym wsparcia. Brałam czynny udział w pracy Kościoła Ulicznego w Warszawie oraz angażująca się w prowadzenie Kolacji z Jezusem (wieczorów adresowanych do kobiet dotkniętych ubóstwem i bezdomnością). Cały czas uczyłam się kochać ludzi oraz skutecznej pomocy. Ukończyłam też odpowiedni kurs do pracy z ludźmi uzależnionymi. W efekcie całej tej pracy i naszych zabiegów w 2014 r. powstała Fundacja Kaleb. W roku kolejnym jej działania z zakresu miłosierdzia i dobroczynności przejęła Fundacja NADZIEJA DLA PRZYSZŁOŚCI, która w ramach Programu KALEB kontynuuje tę misję.

Polecamy: wywiad z Dorotą Kamińską


Od redakcji:

Jeśli świadectwo Doroty przemawia do Ciebie i chcesz pomóc, skontaktuj się z zespołem Programu Kaleb.

Przed Świętami m.in. przygotowujemy paczki dla osób, które potrzebują wsparcia materialnego.

Darowizny można wpłacać na konto NDP – Program KALEB.

Comments are closed.