Blogi
Pozwól Bogu być Zbawicielem (Maj 23, 2017 1:11 pm)
Wyjść na wolność (Maj 17, 2017 1:03 pm)
Skąd jesteś, dokąd podążasz? (Maj 3, 2017 12:23 pm)
Modlitwa: prosto w cel! (Kwiecień 25, 2017 2:19 pm)
Kto tu rządzi? (Kwiecień 18, 2017 3:01 pm)
Odbudowanie ołtarza Słowa (Kwiecień 11, 2017 3:03 pm)

Kiedy ubóstwo zaczęło być cnotą

dzies1000

Tekst: Janusz Szarzec

Historia ludzkości naznaczona nieustannym rozwojem i postępem cywilizacyjnym, zna również wiele niechlubnych przykładów negatywnych transformacji w obrębie praw i wartości, które zasadniczo nigdy nie powinny nastąpić, chociażby ze względu na szeroko pojęte dobro rodzaju ludzkiego. Jeśli pokusić się o ocenę stopnia szkodliwości wszelkiego rodzaju przekłamań i manipulacji (świadomych i nieświadomych) w zakresie myśli i idei, to za szczególnie groźne należy uznać te  popełnione w imię religii i powołujące się na ostateczny autorytet samego Boga.

Niektóre z nich przeszły swoistą ewolucję, by potem w swojej nieoryginalnej „zmutowanej” już postaci kreować błędne wzorce myślowe i postawy. Wprowadzone do społecznego „krwiobiegu”, stały się chorym duchowym dziedzictwem całych pokoleń. Sporo takich nieprawdziwych poglądów, często wywodzących się spoza judeochrześcijańskiego systemu wartości (głoszonego w Pismach Starego i Nowego Testamentu), przenikało stopniowo myśl chrześcijańską, by ostatecznie wyprzeć pierwotne prawdy. Zdarzało się, że poglądy, które przez pierwszych chrześcijan i wczesnych ojców Kościoła uznane zostałyby za niezgodne z nauką Pism Świętych, po wielu latach funkcjonowania w praktyce Kościoła przeradzały się w obowiązującą doktrynę. Jedną z bardziej kontrowersyjnych i niestety głęboko kulturotwórczych tego rodzaju idei jest zagadnienie ubóstwa rozumianego jako wartość sama w sobie – chrześcijańska cnota.

Ale nie od zawsze tak było.

Kościół od zarania swojego istnienia był silnie związany z judaizmem, który odrzucał ascezę kultywującą ubóstwo. Żydzi wierzyli, że stworzenie jako pochodzące od dobrego Stwórcy jest Jego darem dla człowieka ku świadomemu i odpowiedzialnemu używaniu. Odmowa przyjęcia tego daru mogła oznaczać niewdzięczność ze strony ludzi. Zarówno Abraham, patriarchowie, Józef czy Hiob, a także król Dawid, Salomon, byli nie tylko bogaci, lecz także zostali nazwani „przyjaciółmi Boga”.

Sam Jezus nie hołdował ubóstwu ani skrajnej ascezie. Jego krytycy kłamliwie okrzyknęli Go „żarłokiem i pijakiem”. W istocie w porównaniu ze stylem życia Jana Chrzciciela, Jego zachowanie było po prostu bliższe przeciętnemu człowiekowi (Mt. 11:18-19; Łk. 7:33-34). Jezus nawoływał ludzi do życia skupionego na Bogu, „zaparcia się siebie”, lecz na pewno nie do ciągłego praktykowania zewnętrznej ascezy, jak rozumieją to niektórzy współcześni.

Zaś apostołowie i uczniowie Jezusa postrzegali pieniądz i dobra materialne jako dar Boży, który jednak nie może stanowić obiektu czci. Biblia nie uczy wyrzekania się dóbr, lecz wskazuje na prawdziwe, nieprzemijające bogactwo duchowe, będące przeciwieństwem doczesnego bogactwa. Tak jak ubóstwo nie jest tutaj cnotą samo w sobie, podobnie bogactwo samo przez się nie jest grzechem.

Mimo to już we wczesnej fazie rozwoju Kościół chrześcijański znalazł się w orbicie oddziaływania popularnych wówczas greckich i orientalnych nurtów filozoficznych, jak np. gnoza. Ta w założeniu dualistyczna filozofia uznawała wszelką materię poddaną przemijaniu (w tym i ludzkie ciało) za ułomną i podrzędną wobec sfery ducha – za siedlisko wszelkiego zła. Stąd sposobem na „wyzwolenie” ducha było odrzucenie dóbr materialnych oraz wręcz fizyczne umartwianie ciała. Chrześcijańscy przywódcy przez lata walczyli z tego rodzaju poglądami, jak się jednak okazało – nie do końca skutecznie. Ślady ich polemiki odnajdujemy zarówno w listach apostolskich Pawła (I Tym. 6:20-21; Kolosan 2:4-8,16-23), w Ewangelii i listach Świętego Jana oraz później w pismach ojców Kościoła (np. Ireneusz z Lyonu – „Przeciwko herezjom”). Choć wierni wczesnego Kościoła w dużej mierze byli osobami niezamożnymi, mimo to Kościół nie interpretował nauczania Pisma Świętego jako przeciwnego posiadaniu dóbr – raczej odwrotnie, zawierającego afirmację prywatnej własności. To nie wielkość bogactwa jest tu potępiana, lecz nieokiełznana chęć kumulowania dóbr oraz złe z nich korzystanie (np. listy Polikarpa ze Smyrny, komentarz świętego Augustyna do Psalmów, Klemens Aleksandryjski w kazaniu „Który bogaty będzie zbawiony?”, Święty Ambroży w dziele „De Nabuthe Jezraelite” itp.).

W ciągu pierwszych trzech wieków istnienia Kościoła chrześcijanie byli traktowani z podejrzliwością i pogardą, ponieważ nie wyznawali żadnej oficjalnie akceptowanej religii imperium rzymskiego ani kultu cesarza. Byli inwigilowani, pozbawiani możliwości awansu społecznego, często prześladowani do śmierci męczeńskiej włącznie. W takich okolicznościach nie odczuwano potrzeby narzucania sobie jeszcze jakichś dodatkowych indywidualnych obciążeń związanych z wiarą w Chrystusa. Sytuacja zmieniła się diametralnie po dojściu do władzy cesarza Konstantyna w 312 roku. Religia bliska ludziom wyzutym z praw i pozbawianym dóbr, teraz została oficjalnie uznana przez państwo, a nawet faworyzowana. Wiara przestała być wyrzeczeniem, a gorliwość jej wyznawców straciła na mocy. Hierarchowie Kościoła zajęli się w dużej mierze gromadzeniem dóbr i walką o prerogatywy władzy świeckiej. Nic dziwnego, że wrażliwi duchowo, gorliwi i „poszukujący” chrześcijanie zaczęli odsuwać się od Kościoła, który w ich rozumieniu poszedł na kompromis ze świeckim imperium.

Idea ascezy zaczęła zyskiwać coraz więcej zwolenników – ludzi dążących do całkowitego powierzenia się Chrystusowi. Jednak dla nich dobra materialne stanowiły przeszkodę w osiągnięciu tego nadrzędnego celu. Wówczas to pojawiła się twarda reguła wyrzeczenia się wszelkiej własności (oczywiście również pieniędzy), obowiązująca wszystkich eremitów i mnichów. Powoli, acz skutecznie, ruch ascetyczny, na początku jako forma oddolnego sprzeciwu wobec zeświecczenia i korupcji przedstawicieli kościoła, zaczął stopniowo się instytucjonalizować. Na przestrzeni stuleci zatracił swój pierwotny charakter i paradoksalnie zaczął „produkować” całkiem nieźle prosperujące instytucje. Świetnie wykształceni mnisi oddawali się ciężkiej pracy na roli i w rzemiośle. Wprawdzie indywidualnie nadal hołdowali ubóstwu, ale już ich zakony gromadziły spore bogactwa, z czego tylko znikoma część przeznaczana była dla ubogich. Zatracał się ideał ascezy. W rzeczywistości zaczęły funkcjonować podwójne standardy. Człowiek świecki musiał zabiegać o zbawienie, lecz dla mnicha i mniszki było ono pewne ze względu na ich izolację w imię sprawy Bożej. Życie duchowe było wyłączną domeną klasztorów.

Szczególny wpływ na rozwój i upowszechnienie idei ubóstwa w średniowiecznej Europie mieli Franciszek z Asyżu i Tomasz z Akwinu. Pierwszy żył w skrajnej ascezie, uważając, że dla Syna Bożego szczególnie bliska jest właśnie taka postawa. Pieniądze nazywał „śmieciami” i wystrzegał się nawet fizycznego z nimi kontaktu. Afirmował instytucję żebractwa, a w stanie ubóstwa odnajdywał niekłamaną radość. Zdecydował, że będzie najuboższą osobą na świecie i z determinacją począł realizować to postanowienie. Niezależnie od tego, czy uznamy to za przejaw ekstrawagancji, naiwności bądź braku rozsądku, nie możemy zakwestionować przemożnego wpływu, jaki ten żarliwy mnich wywarł na świat, w którym żył.

Nie mniej znana jest postać Tomasza z Akwinu. Przysłużył się on rozwinięciu dualistycznej teorii (o hellenistycznych korzeniach), według której pieniądze jako nieduchowe były wytworem upadłego świata. Skrajne ubóstwo stanowiło punkt wyjścia do prawdziwej – niematerialnej duchowości. Było warunkiem koniecznym do osiągnięcia doskonałości. Miejsce biblijnego przebaczenia grzechów z łaski przez Boga zajęło w ten sposób nowe prawo: ludzkiego samowyrzeczenia jako drogi do zbawienia. Tego rodzaju postawy, upowszechniane na szeroką skalę, pośrednio przyczyniły się również do fatalnej kondycji gospodarki europejskiej.

U kresu średniowiecza powszechne ubóstwo, bezrobocie i włóczęgostwo było legitymizowane przez Kościół jako ideał chrześcijańskiego życia. Nic dziwnego, że po raz kolejny wielu praktykujących chrześcijan dochodziło do nieuniknionej konkluzji, iż zasada wyrzekania się prawa do własności dokonała więcej złego niż dobrego w ciele Chrystusa. Doszło więc do kolejnej odnowy Kościoła, później znanej pod nazwą reformacji protestanckiej. Iskrą zmian w szesnastowiecznej Europie stała się publiczna sprzedaż rozgrzeszeń (tzw. odpustów). Reformatorzy odzierając ubóstwo z otoczki duchowości uznawali jego przejawy w życiu jednostek za zło, z którym należy walczyć.

Wszak nierealistycznie surowy styl życia forsowany w rzeczywistym świecie, gdzie jakość bytu człowieka w zdecydowanej mierze zależy od jego stanu posiadania, musi zawsze w efekcie generować różnego rodzaju wynaturzenia. Człowiek o tak skrajnych poglądach musi żyć albo w niezgodzie ze swoimi zasadami, albo wbrew swojej naturze. Ten wewnętrzny dylemat w prostej linii prowadzi do hipokryzji i podwójnych standardów w życiu. Finanse stają się tematem tabu, jakby nieczystym z zasady, wywołującym zażenowanie i powszechne poczucie winy. Oficjalnie opowiadamy się za surowymi standardami, a w zaciszu prywatnym często kierujemy się chciwością, nieuczciwością i chęcią wyzysku innych. Taka sytuacja sprowadza na manowce życiowego eskapizmu – ucieczki od realnych wyzwań w wyimaginowany świat „wirtualnej świętości” (co należałoby uznać za przejaw słabości) albo rezygnację z dobroczynnych działań z wykorzystaniem finansów. Tak czy inaczej jednostka traci w ten sposób siłę sprawczą, znajdując usprawiedliwienie dla swojej bierności.

A zatem co Pismo Święte mówi na temat dóbr materialnych?

Po pierwsze, nie ma zasadniczej różnicy między Starym a Nowym Testamentem w postrzeganiu własności i prawa do jej posiadania. Oba Testamenty łączy Osoba niezmiennego w charakterze i naturze Boga. Nowy Testament nie jest zaprzeczeniem Starego, lecz jego ostatecznym wypełnieniem. Ubóstwo jako forma skutecznego ograniczania jednostki, pozbawiania jej wpływów, wręcz poniżania jej godności określane jest mianem przekleństwa dotykającego rodzaj ludzki (V Moj. rozdz. 28, 30). Od niego też wyzwolił ludzi Jezus Chrystus (Gal. 3:13-14; 2 Kor. 8:9). I bynajmniej nie znaczy to, że każdy ubogi jest grzesznikiem, który zasłużył sobie na swój los, a każdy bogaty – błogosławiony przez Boga. Sprawa dotyczy oceny moralnej ubóstwa na podstawie owoców, które przynosi w życiu ludzi nim dotkniętych – a ta jest jednoznacznie negatywna. W Nowym Testamencie nie chodzi o mechaniczne wypełnianie zewnętrznych rytuałów. Człowiek oceniany jest również na podstawie intencji swego serca. Nie to co na zewnątrz jest najważniejsze, decydujące znaczenie ma stan ludzkiego ducha. Owi „błogosławieni ubodzy w duchu” (Mt. 5:3) pod żadnym pozorem nie mogą być identyfikowani jako cierpiący niedostatek dóbr materialnych. Jak wskazuje kontekst tego fragmentu są to raczej ci, którzy zdają sobie sprawę ze swoich braków w dziedzinie duchowej i pragną większej bliskości w relacji z Bogiem. Zaś chciwość i pożądanie rzeczy utożsamiana jest w Starym i Nowym Testamencie z bałwochwalstwem, a ono stanowi przypadłość w równej mierze bogatych, którzy pragną gromadzić ponad miarę, jak i ubogich, pożądających lepszego życia, często zżeranych przez zazdrość i pogrążonych w marazmie codziennych trosk (Mt. 6:24-34). Służenie Bogu albo mamonie to w istocie konflikt między dwoma systemami wartości, które poprzez pragnienia serc kierują ludźmi.

Po drugie, w Biblii nie istnieje moralny dylemat: mieć czy nie mieć? Mnóstwo tekstów biblijnych poświęconych jest zagadnieniom dóbr materialnych, zarządzania nimi itp. Z drugiej strony występuje tu z całą mocą kwestia świadomości faktu, iż Bóg jest wiecznym właścicielem stworzonej przez siebie ziemi i tego, co ją zaludnia (Psalm 24:1, I Kor. 3:21-23, 10:26, Rzym. 14:7-9). W związku z tym człowiek realnie – na zawsze – niczego materialnego nie posiada. Pojawia się na ziemi i z niej odchodzi bez niczego (I Tym. 6:7, Hiob 1:21). Zgodnie z tą logiką pozostaje jedynie czasowym zarządcą tego, co mu powierzono (1 Kor. 4:1-2, Mt. 25:14-30, Łk. 16:1-13). Oczekuje się od niego odpowiedzialnego administrowania swoim czasem, talentem, środkami finansowymi, jak również domem i rodziną. Każdy rozliczy się z tego w wieczności. Pojawia się też zasada proporcjonalności – od tego, któremu wiele powierzono, wiele się wymaga (Łk. 12:42-48). Zgodnie z nią ważny jest nie ilościowy, a jakościowy udział człowieka w łożeniu na dobrą sprawę. Nie liczy się, ile dałeś, lecz ile ci po tym zostało. W ten sposób ubogi może dać realnie więcej niż bogaty, dający z tego, co mu zbywa i oczekujący jednocześnie poklasku (Łk. 21:1-4).

Po trzecie, szczególnie podkreślane jest mądre inwestowanie, a nie kumulowanie dóbr na własne potrzeby (Łk. 12:16-21, Mt. 25:14-30). Owo mądre inwestowanie polega nie tylko na obracaniu aktywami i zarabianiu. Pobyt na ziemi daje człowiekowi niepowtarzalną szansę poczynienia inwestycji w życie przyszłe – w rzeczy o nieprzemijającej wartości (Mt. 6:19-21). To „bogactwo w Bogu” (Łuk. 12:21) polega na umiejętnym inwestowaniu w życie ludzi potrzebujących. To czyny, które idą za ludźmi do wieczności, wystawiając im chlubne bądź fatalne świadectwo (I Tym. 6:17-19).

Biblia uczy umiaru w wykorzystywaniu dóbr materialnych – bez ekstrawagancji i nadmiernej rozrzutności. Najprościej można to ująć słowami wybitnego ewangelisty XVIII wieku, założyciela ruchu metodystycznego – człowieka, który przyczynił się do odnowy duchowej Anglii i Ameryki Północnej – Johna Wesleya. Przede wszystkim był praktykiem, zatem to, co mówił, ma podwójne znaczenie. Motto jego życia brzmiało: „Zarabiaj ile się da, oszczędzaj, ile tylko możesz, i dawaj jak najwięcej”.


Autor tekstu – pastor Janusz Szarzec, jest dziekanem Szkoły Bożych Liderów, prowadzi ze studentami zajęcia m.in. z przedmiotu: „Historia kościoła i przebudzeń”. Zapraszamy każdego, kto pragnie poszerzyć i pogłębić wiedzę na temat historii chrześcijaństwa do wzięcia udziału w jesiennej edycji szkoły. Informacje o Szkole tutaj

Comments are closed.