Blogi
Teologia Boża a teologia Jonasza (Czerwiec 18, 2018 6:12 pm)
Czy jesteś bogaty w Bogu? (Czerwiec 7, 2018 7:06 pm)
Prawdziwe objawienie (Maj 23, 2018 10:38 pm)
Potrzebujemy osobistego objawienia (Maj 10, 2018 3:54 pm)
Maria z Betanii (Kwiecień 30, 2018 2:34 pm)

Kaukaz

29_Kaukaz_1000_Hinalug

Tekst: Grzegorz Okołów

„Nu, kak, kto wy, alpinisty?” – to pytanie słyszałem już kilkanaście razy. Ale poza tym sytuacja rewelacyjna. Siedzę gdzieś na końcu świata, przede mną koleś w dresie i tielmiaszce (koszulka w paski rosyjskich wojskowych), za nim na wieszaku dumnie wisi mundur azerskiego oficera – komendanta zapomnianej przez wszystkich jednostki w górach Kaukazu przy granicy z Dagestanem. W miarę rozmowy szeregowy donosił kolejne czajniczki herbaty, a oficer wydawał się korzystać z okazji, że może z kimś porozmawiać. Witamy na Kaukazie.

Zaczęło się od wyjazdu do Gruzji. Nie wiedzieć czemu zawsze chciałem tam pojechać. Niekoniecznie nawet w najwyższe góry, które przerażały wysokością i lodowcami. Morze Czarne, zabytki, kraj Grigorija Saakaszwilego, Soso Dzugaszwilego i Bułata Okudżawy. Jednak w miarę przygotowań góry jednak też mnie dręczyły. Ale co robić tam cały miesiąc, bez choćby krótkiego trekkingu w górach. Może sąsiedni Azerbejdżan. Już sama nazwa mi się spodobała, a i kraj mało znany, gdzie na pewno nie będą groziły mi tłumy westmenów. Góry nieco niższe, bo opadające ku Morzu Kaspijskiemu. Wizę załatwi się w Tbilisi, jeszcze tylko skompletowanie map – tu bezcenne okazały się radzieckie sztabówki, obejmujące, jakby nie patrzeć, całe dawne imperium.

Ach, te luksusy
W końcu lądujemy w Tbilisi. Po przedarciu się przez różnej maści naciągaczy udaje nam się dotrzeć do dworca. Ponieważ nikt się nami nie zainteresował, oferując nocleg, przystępujemy do ofensywy. Starszy taksówkarz w zdezelowanym aucie zapytany o tani nocleg za chwilę wiezie nas do znajomej rodziny dysponującej pokojem. Oddzielne wejście, woda w postaci kranu na zewnątrz – warunki o niebo lepsze niż w hotelach, w których przyszło nam później mieszkać. Zresztą w ogóle jest to problem krajów postsowieckich – albo zdezelowane stare hotele i turbazy, albo kiczowate nowe obiekty o cenach przyprawiających o zawrót głowy, totalnie nieadekwatnych do oferowanego standardu.

Wśród pasterzy
Po załatwieniu azerskiej wizy wyruszamy. Marszrutką przekraczamy granicę i po dwóch dniach lądujemy u stóp Kaukazu. Ostatnie zakupy, w tym najważniejsze – nafta do palnika multifuel (w samolocie nie można przewozić gazu). Górski autobus – dzielny gruzawik Gaza z drewnianymi ławkami w skrzyni ładunkowej. Jedziemy do wsi Laza. Po drodze nawiązujemy znajomość z miejscowymi, którzy oferują nam nocleg. Lądujemy w jednym z domów, spotkany mieszkaniec mówi, że jest pasterzem i nazajutrz wychodzi na tydzień w góry. Po wypiciu kilku herbat („Czaj budzietie?” – to jedno z częściej stawianych nam pytań), wyruszamy na wędrówkę po okolicy, odwiedzając pasących nad wioską znajomych rodziny. W szałasie gości nas niezwykle żwawa staruszka – ponoć prawie stuletnia, co mogło być prawdą, gdyż powszechnie znana jest długowieczność kaukaskich górali. Po drodze odwiedzamy innych znajomych, wśród nich mężczyzna, który z dumą pokazuje tatuaż z orłem na ramieniu – w wojsku służyłem w Polsce. Dla nas był okupantem, dla 17-18-latka wyrwanego z górskiej wioski taka „misja pokojowa” była jedyną okazją do zobaczenia innego, jakby nie patrzeć lepszego świata. I straszna logika sowieckiej armii – Białorusini, Ukraińcy czy Litwini służyli na Dalekim Wschodzie, a żołnierze o dosyć egzotycznych rysach twarzy na naszej granicy. Rano mamy wyruszyć z pasterzami w góry. Pozostaje tylko jeden szkopuł – zgłosić to na posterunku wojskowym.

Na herbatce w garnizonie
Posterunek – kilka budynków ogrodzonych murem z wielką bramą. I żołnierze, bardziej przypominający partyzantów, ponieważ zarówno każda część munduru, jak i ekwipunku jest od innego kompletu. A pomiędzy nimi oficer – Rosjanin z krwi i kości, którego rozpad ZSSR zastał w garnizonie na końcu świata. Pytanie – kim jesteśmy, po co przyjechaliśmy, rozmowy przez radio z dowództwem. Nie pójdziemy i tyle. Sam by nas puścił, ale ponieważ sprawa oparła się o Baku, to pewnie zostałby zdegradowany. I kolejna herbatka – zaczynam w tym przeciąganiu sprawy widzieć jakiś sens – po prostu koleś znalazł kogoś, z kim może sobie porozmawiać. Chce się z nami umówić na wieczór w knajpie w miasteczku na dole. A nam lecą kolejne dni z dwutygodniowej wizy. Rodzi mi się w głowie plan zaatakowania gór z przeciwnej, wschodniej strony. Pytam go o to – mówi, że bez problemu, po czym wyjmuje tajne mapy sztabowe, z naniesionymi dziwnymi instalacjami i wszystko nam objaśnia. Na mapach miał też zaznaczone dziwne pasma – jak się okazało, trasy przemytu narkotyków. Schodzimy z powrotem do Qubali. Po noclegu u jednego z mieszkańców, który zgarnął nas z ulicy, jedziemy do Baku, a stamtąd do Quby. Po kilkunastu godzinach z wnętrznościami i mózgami wytrzęsionymi na potwornych wybojach docieramy do Quby. Miasteczko znane ze starej społeczności Żydów, uznających się za jedno z zaginionych plemion Izraela. Następnego dnia wyruszamy w góry uazem do ostatniego przystanku. Stamtąd piechotą przepięknym wąwozem górskiej rzeki. Mijają nas dwa łaziki zapakowane do granic możliwości ludźmi i towarem. Oczywiście oferują podwiezienie, ale konsekwentnie odmawiamy – wreszcie jesteśmy w górach.

W górach
Następnego dnia zgarnia nas pasterz. Niemal dosłownie, gdyż ładuje nasze rzeczy na konia. Tłumaczy, że mamy stare mapy, a tak w ogóle to nie przejdziemy przez bród w rzece, która przybrała po kilku dniach deszczy. Faktycznie było do końskiego brzucha, więc mielibyśmy problem. Tutejsze koniki są niższe od naszych, ale w górach poruszają się niezwykle sprawnie. Nocujemy oczywiście u niego w domu, wrażenie robi ognisko na środku i dym uchodzący przez otwór w dachu. Honorowo nie bierze od nas ani grosza, mówi, że kilka lat temu gościł Czecha. Następnego dnia górskimi ścieżkami wyruszamy do Hinalug. To malownicza wioska, niczym Machu Picchu, wznosząca się na wzgórzu liczącym 2300 m. n.p.m. Nad nią bieleją śniegiem szczyty. Zamieszkuje ją ok. 2000 mieszkańców, którzy zachowali odrębny język. Domki wykonane z gliny i kamieni, z płaskimi dachami służącymi za tarasy, na ławeczce kilku starszych mężczyzn w baranich czapach. I jak zwykle pytania, dlaczego idziemy piechotą. Wszyscy czekają tu na asfaltową drogę, która przywiezie więcej turystów, a i zaopatrzenie będzie łatwiejsze – teraz na zimowe trzy miesiące wioska jest odcięta od świata. Starsi mieszkańcy wiązali jednak z tym pewne obawy. Mimo że od miejscowości położonych u stóp gór dzieliło nas zaledwie 30-40 kilometrów, byliśmy jak w innym świecie. Tradycyjna wioska, kobiety jakby szczelniej ubrane. No i brak alkoholu, bo co prawda większość mieszkańców to oczywiście muzułmanie, to kilkadziesiąt lat władzy sowieckiej spowodowało, że w zamiłowaniu do mocnych trunków niewiele ustępują nastojaszczym Rosjanom. Nie obyło się bez zaproszenia na czajniczek herbaty – tym razem u byłego wojskowego, który obecnie zgłębia tajemnice wiary i zjawisk paranormalnych. Nocujemy za wioską – w noc kolejny deszcz sprawia, że krystalicznie czysta woda ze strumienia staje się brunatną mazią. Z powodu nagłych burz w tutejszych górach rozbijanie się przy strumieniach może być bardzo niebezpieczne, gdyż przy nagłym wezbraniu woda może porwać namiot wraz z ludźmi.

„U mnie jest Koran, a u was co?” 
Rano dochodzimy do przełęczy, skąd pięknie widać cały majestat gór. Na wschodzie na szczytach bieleje śnieg i lodowce, pasmo delikatnie uchodzi ku zachodowi. Wrażenie robią rozległe doliny rzeczne, w których mogłaby się schować znaczna część naszych Tatr. Jesteśmy bliżej granicy niż w miejscu, gdzie nie wpuszczono nas w góry. Za 1-2 kilometry Dagestan, nieco dalej – Czeczenia. Ponieważ jest lipiec, to na tej wysokości (ok. 3000 m n.p.m.) panuje wczesne lato i górskie łąki urzekają soczystą zielenią traw oraz bujnymi ziołami i kwiatami. Gdzieniegdzie majaczą szałasy pasterzy, wszystkie pokryte niebieską folią – taki znak nowoczesności. Stada owiec są tuż obok nas, wkrótce nawet jesteśmy świadkami korka, gdy ścieżka zostaje zablokowana przez stado, które chyba wystraszyło się nas i zatrzymało zdezorientowane. Pasterstwo to jedyna gałąź tutejszej gospodarki, jednak owiec jest chyba zbyt dużo, czego skutki są widoczne w postaci połaci zboczy całkowicie pozbawionych roślinności. Przez dwa kolejne dni idziemy doliną rzeki Kusarczaj, gdzie wśród łąk sterczą skaliste zbocza lub wąwozy. Na ostatni nocleg schodzimy praktycznie nad samą wioskę, aby dotrzeć do wyjeżdżającego stamtąd rano autobusu. Po rozbiciu namiotu i ugotowaniu wody na coraz bardziej kopcącym palniku (był uszkodzony, ale z powodu braku drzew nie mieliśmy za bardzo wyjścia) zobaczyliśmy, że ktoś do nas podjeżdża. Wyjątkowej postury chłopisko na małym koniku, wydający się nogami dostawać ziemi. Rozmawiamy o Hinalungu, pyta, czy spotkaliśmy mułłę – nie wiem, może to u niego byliśmy na herbacie? Pytał, bo chodził do szkoły koranicznej. Za chwilę z torby wyciąga Koran – no, zaczyna być ciekawie. „U mnie jest Koran, a u was co?” – „A no to” – wyciągam z kieszeni Nowy Testament i Psalmy. Tego się nie spodziewał – zauważyłem zaskoczenie i szacunek w jego oczach. Przed odjazdem zostawił nam chleb (świeże podpłomyki) oraz typowy dla Kaukazu owczy ser.

Trudny powrót
Rano schodzimy do rozklekotanego autobusu, który dzielnie pokonuje trudy górskiej drogi i przekraczane brody. Wraz z nami wchodzą chłopaki, którzy niosą dziwnie zachowujący się worek, który okazuje się owieczką wiezioną na targ. Za kilka godzin lądujemy nad Morzem Kaspijskim. Pogoda taka sobie, ale wykąpać się trzeba. W Baku odbieram maila z informacją, że w Gruzji szykuje się wojna. Ciekawe, kończy nam się wiza, bilet mamy wykupiony też z Tbilisi. Na szczęście przypominamy sobie, że na starówce widzieliśmy polską ambasadę. Następnego dnia pukamy do jej drzwi – przyjmuje nas sekretarz ambasady, który wtajemnicza nas w zawiłości tutejszej polityki oraz wyjaśnia niektóre oznaczenia, jakie widzieliśmy na mapie sztabowej. Okazuje się, że trafiliśmy na jednego z najlepszych znawców Kaukazu, autora znakomitej książki „Planeta Kaukaz”. Owa wojna okazała się stanem wyjątkowym wprowadzonym z okazji niepokojów w Osetii Południowej. Ta prowincja od zawsze była pod większym wpływem Rosji niż gruzińskich władz. Ale ponieważ Rosjanie nie mieli zamiaru wkroczyć na teren obcego państwa, to ciągle podjudzali i prowokowali z myślą, że w końcu coś się wydarzy. Wydarzyło się kilka lat później, gdy prezydent Gruzji dał się sprowokować i zaatakował prowincje. Te już oficjalnie poprosiły o pomoc Moskwę, z czego oczywiście skwapliwie skorzystała. Gruzini popełnili przy tym taktyczne błędy, których wystrzegałby się najbardziej zapity rosyjski dowódca. Pomachać szabelką, oberwać i zrobić z tego moralne zwycięstwo – skąd my to znamy?
W każdym razie z planów zwiedzenia Gori – miejsca urodzenia Stalina – musieliśmy zrezygnować, gdyż akurat tam znajdowała się koncentracja wojsk. Pozostała nam Mccheta (takie połączenie stolicy duchowej z administracyjną) z helikopterami wojskowymi latającymi nad głową, wybrzeże Morza Czarnego oraz skalne miasto Wardzia, w którym w latach świetności w XII w. żyło od 20 do 60 tys. ludzi. W czasach, gdy nasi przodkowie odziani w skóry polowali na tury, tutaj budowano katedry.
W drodze powrotnej obok dziwnego zamieszania na lotnisku zaskoczył nas fakt podstawienia nowiutkiego boeninga. Po wylądowaniu w Kijowie delegacja i czerwony dywan wyjaśniły wszystko. Leciał z nami prezydent Gruzji. Po przywitaniu dywan zwinięto. Z tej okazji schodziliśmy po schodkach, a nie do rękawa.

Comments are closed.