Blogi
Teologia Boża a teologia Jonasza (Czerwiec 18, 2018 6:12 pm)
Czy jesteś bogaty w Bogu? (Czerwiec 7, 2018 7:06 pm)
Prawdziwe objawienie (Maj 23, 2018 10:38 pm)
Potrzebujemy osobistego objawienia (Maj 10, 2018 3:54 pm)
Maria z Betanii (Kwiecień 30, 2018 2:34 pm)
Kwalifikacje Bożego przywódcy (Kwiecień 27, 2018 1:41 pm)

Kalebowe historie – Adam (cz. 3)

slub1000

Tekst: Adam Kamiński

Bóg zesłał mi kobietę, której zlecił misję podźwignięcia mnie. Zanim się poznaliśmy, „szepnął” jej do ucha: „Twoja miłość go uleczy”. I to był przełom.

Wychowywałem się w rodzinie religijnej. Regułki, formułki, schematy liturgiczne, nadęte celebry, nudne rytuały, teatralne intonacje – w kółko to samo przez cały rok. Duchowe cmentarzysko. Boga nie znałem, Biblii nie czytałem, figurkom pokłony biłem, obrazy całowałem, odpusty odprawiałem, w istnienie czyśćca wierzyłem. O czymś takim jak nawrócenie nigdy nie słyszałem. W tym stanie rzeczy nie doczekałem się, aby cokolwiek zmieniło się we mnie na lepsze. Rodzice – ludzie z pokolenia wojennego – dali mi i rodzeństwu wszystko, co mogli, w tym także podstawowe informacje o Bogu. Ale wszyscy zmagaliśmy się, i oni z pokolenia w pokolenie, i ja w swoim prywatnym życiu, z zamieszaniem, chaosem i różnymi dysfunkcjami.

W wieku „dorosłości” wcale nie byłem dorosły. Szukałem szczęścia i miłości, ale niestety tam, gdzie ich znaleźć nie można (w oparach alkoholu i w dymie papierosowym mądre panny nie pląsają…). W swojej naiwności i ślepocie związałem się z kobietą, z którą potem miałem dziecko. Okazało się ono jedynym pozytywnym owocem naszej relacji. Wcześniej nie interesowałem się dziećmi, ale gdy na świat przyszła nasza córka, stało się coś dziwnego. Poczułem się tak, jakbym się w sobie rozstąpił, a z mojego wnętrza sam Bóg wyciągnął na światło dzienne skarb, którego istnienia nie byłem świadom. Było nim ojcostwo! Świat wokół akurat profanował męskość i lekceważył wartość męskiego rodzicielstwa. Widziałem jak mężczyźni niewieścieją, albo sami dezerterują z rodzin. To był realny kryzys „chłopstwa”. Ja natomiast „zakręciłem się” w odwrotną stronę. Stwierdziłem, że męskość i ojcostwo to rzeczy piękne i drogocenne (podobnie jak kobiecość i macierzyństwo oraz przymierze jednych i drugich). Zamarzyło mi się, aby być przodownikiem w tej dziedzinie. Zabrałem się więc do pracy.

Wylała się ze mnie na córkę wielka fala czułości, troskliwości, opiekuńczości. Nagle przestałem wymiotować na widok dziecięcej kupy. Niemal każda praca (z wyjątkiem grzebania w ciuchach i prasowania) sprawiała mi radość i satysfakcję. Robiłem wszystko, co mogłem, by być dobrym tatą. Bardzo mi na tym zależało. Wiedziałem, jak bardzo kochające i tulące ojcostwo rzutuje na przyszłym życiu dzieci. Byłem nim zafascynowany i rozentuzjazmowany. Niestety, moje oddanie wcale nie gwarantowało sukcesu rodzicielskiego i wychowawczego. „Eksperyment małżeński” nieprzerwanie generował konflikt z żoną, co niweczyło wszystkie moje starania. Zostawiła nas, kiedy córka miała półtora roku, nie chcąc mieć z nami nic wspólnego. Po pół roku zmieniła decyzję i tym razem, to ja zostałem sam.

Zdesperowany szukałem ratunku, gdzie się tylko dało. Nie znajdując pomocy – o dziwo – znalazłem Boga. Spotkałem w swoim życiu ludzi postrzegających Go w sposób mi nie znany. Ja patrzyłem na Jego istnienie przez pryzmat religii, czując się daleki od Niego. Oni zaś mieli z Nim żywą, osobistą, bliską i bezpośrednią – pozbawioną kulturowych naleciałości – relację. Też tak chciałem. Przyglądałem się temu towarzystwu jakiś czas, po czym stwierdziłem, że ani to groźne, ani odjazdowe – wręcz przeciwnie. Ich wiara była dla mnie poprawna, oparta na Słowie Bożym, logicznie uporządkowana, sensowna. Stwierdziłem, że to ich chrześcijaństwo w wydaniu ewangelicznym jest po prostu normalne.

Wiele nie rozumiałem, ale wiedziałem jedno: jako grzesznik, sam pod rękę z tym religijno-świeckim szaleństwem jestem skazany na piekło. Wybrałem niewidzialnego, kochającego mnie Boga! Przeszedłem na Jego stronę, pod Jego Zarząd. Oddałem Mu swoje życie. Sprzymierzyłem się z Ojcem. Zacząłem od nowa. Jednak w nowe duchowe życie wniosłem stare śmiecie, których wyzbywanie się trwa do dziś. Najszybciej Bóg uwolnił mnie od alkoholu i papierosów. Z resztą szło bardziej opornie.

Przemiana charakteru i życia nie była dla mnie łatwa, głównie z tego względu, że w swoich doświadczeniach byłem prawie zupełnie osamotniony. Na własne oczy widziałem, jakie spustoszenie w ludzkim życiu sieje niedojrzałość, a potem małżeńskie rozdwojenie i rozwód. W tym wszystkim nie miałem blisko siebie (na co dzień) zaufanych przyjaciół, doradców, ani zielonego pojęcia o walce duchowej, o której naucza Paweł w Ef. 6:10-17. Trwająca w nieskończoność szarpanina o córkę z matką przed sądami i w tzw. „poradniach konsultacyjno – rodzinnych” kosztowała mnie wiele zdrowia. Polegałem głównie na własnym rozumie i siłach, przez co wyszedłem z wieloletniej wojny mocno naruszony emocjonalnie. Proces ten pogłębił się jeszcze bardziej, gdy w końcu – po ośmiu latach przepychanek – córkę odzyskałem i zamieszkaliśmy razem.

Teraz wszystko – i jeszcze więcej niż uprzednio – było na mojej głowie. Cieszyłem się, że jesteśmy razem i ogólnie radziłem sobie dość dobrze, lecz nadmiarem obowiązków z roku na rok czułem się coraz bardziej obciążony i zmęczony. Miałem wrażenie, że staczam się po równi pochyłej. Byłem trudny w obyciu. Porażałem neurotyzmem. Ludzie to widzieli i stronili ode mnie. Takim sobą raniłem i gorszyłem też córkę, co sprawiało mi najwięcej cierpienia. Byłem zrozpaczony i bezsilny. Dodatkowym rozgoryczeniem przepełniała mnie świadomość, że są faceci, którym na ojcostwie nie zależy i śmiało sobie z niego umykają. Ja natomiast, chcąc być dobrym ojcem, ponoszę klęskę. Wtedy doznałem kolejnej Bożej Łaski. Bóg zesłał mi kobietę, której zlecił misję podźwignięcia mnie. Zanim się poznaliśmy, „szepnął” jej do ucha: „Twoja miłość go uleczy”. I to był przełom. W czasie, kiedy mogłem powiedzieć „ciemność widzę”, zaczął do mnie docierać promyk nadziei. Przez pierwsze cztery dni naszej znajomości rozmawialiśmy telefonicznie po kilka godzin dziennie. To wystarczyło, by zachwycić się nią i stwierdzić, że to jest kobieta wymarzona, klejnot w ludzkiej oprawie, partner, wierny przyjaciel. Piątego dnia oświadczyłem się (z powodzeniem). Spotkaliśmy się dopiero później…

Dorota, podobnie jak ja, była doświadczona rozwodem, odrzuceniem, samotnością. Moja córka zyskała wyjątkową matkę duchową, ja zaś w pakiecie otrzymałem wspaniałego syna (jej syna). I zaczęło się – walcowanie, wykuwanie, ociosywanie, wymiatanie. Ta kobieta zapłaciła olbrzymią cenę za przywrócenie mnie do normalnego życia. Stając na ślubnym kobiercu –  tym razem już jako świadomie, ewangelicznie wierzący –  nie miałem pojęcia, w jak żałosnym stanie się znajduję. Dzięki niej, przekonałem się, na czym polega autentyczna miłość. Powoli zacząłem uczyć się kochać siebie, Boga i ludzi. Morze pokutnych łez wylałem, żałując za krzywdy wyrządzone innym, a przede wszystkim najbliższym. Prosiłem o wybaczenie i coraz skuteczniej sam wybaczałem. Chciałem się zmieniać, dojrzewać, dochodzić do męskiej doskonałości w Jezusie (Ef. 4:13-16). Zaczynały zabliźniać się moje rany.

Kiedy rozglądałem się za jakimś dodatkowym źródłem duchowego posilenia, Bóg sprawił mi następną miłą niespodziankę. Moją pasją jest reanimacja, regeneracja, renowacja, modernizacja, reformacja… Ojciec, znając te zamiłowania, ulokował mnie w Chrześcijańskim Kościele Reformacyjnym (obecnie Kościół Chwały). To środowisko chrześcijan zorientowanych duchowo bardzo progresywnie i ekspansywnie. Moje odrodzenie nabrało większego tempa. Równocześnie kontynuowaliśmy z żoną pracę dobroczynną. Oboje mamy podobną wrażliwość i nosimy w sercu te same pragnienia. W sposób niesformalizowany udzielaliśmy pomocy osobom podobnie doświadczonym, jak my, bezdomnym, dotkniętym ubóstwem czy uwikłanych w bezproduktywną, zniewalającą i destrukcyjną religijność. Służyliśmy w warszawskim Kościele Ulicznym, potem na Kolacjach z Jezusem. W którymś momencie sytuacja dojrzała do stworzenia zalążka własnej służby, którym stała się Fundacja KALEB. Jak zainwestował we mnie Bóg, tak całego siebie oddałem Mu do dyspozycji, aby inwestował mną w innych. Jestem przekonany, że On najlepiej wykorzysta mój potencjał.

Dziś wiem, że pomaganie ludziom jest wielką sztuką. Nie wystarczy znaleźć ofiarodawców, a potem chętnych do przyjęcia przysłowiowej porcji chleba i kubka wody czy pieniędzy. Nie jestem zainteresowany rzucaniem się w morze ludzkich potrzeb i zapełnianiem studni bez dna. Podstawową rzeczą w tego typu pracy jest naprowadzanie ludzi na jedyne źródło podnoszącej, uzdrawiającej i budującej Miłości Boga, z którym mogą mieć oni normalną relację. Ważne jest zarazem, by – za przykładem Jezusa – być wobec nich nie tylko jak baranek, ale i jak lew. Walorami Bożej Miłości nigdy nie były jedynie delikatność, czułość czy pokojowe nastawienie. Wcale nie mniej przejawiała się ona w bezpardonowej walce duchowej i oddziaływaniu na ludzką rzeczywistość z Mocą. Uważam to za model wzorcowy, niezbędny w pracy z osobami poranionymi i uwiązanymi w przeróżne skomplikowane okoliczności życiowe. Dlatego nie zamierzam tracić czasu i sił na wciąganie ludzi w wieloletnie „kanapowe” terapie. Celuję raczej w zabiegach o pozyskanie Bożej Łaski za Łaską, nieustannych błogosławieństw, niezliczonych objawień i cudów. To On nas szkoli, wyposaża, uzbraja oraz otwiera przed nami kolejne linie frontu walki o ludzkie życie. Wierzę, że ostatecznie doprowadzi nas do takiego poziomu duchowego, że Jego nadnaturalne działanie w nas i przez nas będzie codziennością, a skuteczne niszczenie diabelskich sideł normą. Wtedy pozostanie nam tylko skwitować to czy tamto: „Pan to sprawił, i to jest cudowne w oczach naszych…” (Mat. 21:42).

Comments are closed.