Blogi
Charakter w ogniu prób (Listopad 21, 2017 11:59 pm)
Unikanie ducha plotkarstwa (Listopad 14, 2017 5:50 pm)
Wbrew odczuciom: Nie jesteś sam (Październik 31, 2017 2:06 pm)
Cena bycia wielkim (Październik 24, 2017 3:09 pm)
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)
Para w gwizdek (Wrzesień 30, 2017 5:30 pm)

Kalebowe historie – Natalia (cz. 6)

Tekst: Natalia

Wychowywałam się w rodzinie przepełnionej tradycyjną religijnością, a jednocześnie  przemocą fizyczną i psychiczną, w której alkohol dyktował warunki. Odkąd pamiętam, mój ojciec regularnie go nadużywał, co najczęściej kończyło się agresją z jego strony. Wizyty policji i ucieczki z domu były naszą codziennością. Nigdy nie czułam się bezpiecznie. Wracając ze szkoły do domu, myślałam tylko o jednym: „będzie spokój, czy atak szału z byle powodu?” Wytchnienia zaznawałam tylko wtedy, gdy tata wyjeżdżał za granicę do pracy albo w niedzielę…

Jak groby pobielane …

Po całym tygodniu awantur przychodził czas na wielką celebrę. W niedzielę – jak gdyby nigdy nic się nie stało – elegancko poubierani, szliśmy z całą rodziną do kościoła. Wszystko na pokaz. Patrząc z zewnątrz – idealna, kochająca się rodzina. Tylko my i sąsiedzi wiedzieliśmy, jaka tragedia ma miejsce za drzwiami naszego mieszkania. Do dziś pamiętam, gdy ojciec – miałam wtedy może 7 lat – na moich oczach, po pijanemu, przyłożył mojej mamie nóż do szyi, strasząc, że ją zabije. Coroczne święta były najgorszym czasem w moim życiu, bo wtedy awantury wzmagały się jeszcze bardziej. Mama w końcu nie wytrzymała. Zostawiliśmy piękne trzypokojowe mieszkanie i uciekliśmy do ośrodka dla osób dotkniętych przemocą. W sumie spędziliśmy w nim – z małymi przerwami – ponad rok. Próbowaliśmy wrócić do domu czterokrotnie. Ojciec za każdym razem obiecywał, że zacznie się leczyć i się zmieni. Zapewniał, że szczerze żałuje tego, jak bardzo nas krzywdził. Jednak poprawa jego zachowania nie trwała długo i wszystko, cały ten bolesny scenariusz, rozpoczynał się od nowa. Ostatecznie mama podjęła dobrze płatną pracę, dzięki której była w stanie wyprowadzić się, wynająć mieszkanie i utrzymać nas. Przestaliśmy też chodzić do kościoła, bo nie miało to dla nas żadnego sensu.

Jednak mimo względnej ciszy i spokoju nie radziłam sobie ze sobą. Jeszcze przez dłuższy czas dręczyły mnie koszmary nocne i budziłam się z wrzaskiem. Z biegiem lat, szukając akceptacji rówieśników, wpadłam w złe towarzystwo. Nawiązywałam relacje z chłopakami, upatrując w tym nadziei na odnalezienie męskiej, ojcowskiej miłości. Byłam zbuntowana i ustawiona w opozycji do autorytetów. Nie mając ich w domu, nie uznawałam żadnych innych. Nieustannie za czymś goniłam i poszukiwała czegoś, co mnie zaspokoi. Niestety bezowocnie.

Ucieczka od religii

Kiedy skończyłam 16 lat, mama zabrała mnie na spotkanie chrześcijańskiej grupy domowej. Powiedziała, że tam inaczej się modlą, poza tym śpiewają, czytają Biblię i w ogóle jest w tym więcej życia. Poszłam z zaciekawienia. Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Z jednej strony, byłam głodna tego, co oni w sobie mieli, ale z drugiej strony, także tym „czymś” czułam się zakłopotana. Zrozumiałam, że tym, co nas różniło, była ich autentyczna relacja z Bogiem, której ja nigdy nie miałam. Nie uświadamiałam sobie nawet, że można mieć relację z Bogiem. Bóg kojarzył mi się tylko z religią, czyli chodzeniem do kościoła (bo tak trzeba), odprawianiem rytuałów (niezbędnych do zbawienia), klękaniem przed figurkami (aby oddać cześć… Stwórcy), zbieraniem obrazków (niczym talizmanów), odmawianiem jakichś formułek (przez kogoś tam ułożonych) oraz kalendarzem liturgicznym (przypominającym o Bogu raz w tygodniu, albo dwa razy na rok). Wszystko to było martwe, a w tej martwocie nie było miejsca dla Jego Żywej Osoby. Nie mogłam Go dostrzec i poznać. Wydawało mi się, że jest On bardzo oddalonym, surowym bóstwem, dlatego trzeba mieć szczególne względy, np. u jakiegoś „świętego”, aby moja modlitwa do Niego dotarła. Okazało się, że jest inaczej…

Ludzie, których poznałam na tym spotkaniu modlitewnym, byli chrześcijanami ewangelicznymi.  Zaczęłam z nimi bywać, przychodzić do zboru na nabożeństwa i spotkania młodzieżowe. Powoli coś zaczynało we mnie pękać. Którejś jesieni pojechałam na zjazd młodzieżowy do Katowic. Tam, w trakcie usługi, kaznodzieja wywołał do przodu wszystkich, którzy chcieli oddać swoje życie Panu Jezusowi, mieć przebaczone grzechy i normalną, bezpośrednią relacje z Nim. Wybiegłam pędem, bo wiedziałam już, że bez Niego nie jestem w stanie funkcjonować. Byłam pewna, że tylko On może nadać mojemu życiu sens i poukładać wszystko, co było zrujnowane. Ogarnęła mnie nadnaturalna wolność, miłość, akceptacja. Narodziłam się na nowo. Bóg nadał mi zupełnie nową tożsamość. W duchu, w jedności z Nim i przez Niego, stałam się Nowym Stworzeniem. Oczywiście nie rozwiązało to wszystkich moich problemów. Droga uzdrowienia w tym momencie dopiero rozpoczęła się, ale wiedziałam już to, co najważniejsze – nie jestem sama. Później, dla potwierdzenia mojej wiary, przynależności do Chrystusa i tego, że On jest Panem mojego życia, przyjęłam chrzest (wg normy ewangelicznej, przez zanurzenie).

…i że cię nie opuszczę aż do śmierci

Trzy lata później, wyszłam za mąż za człowieka, z którym łączyło mnie wspólne pragnienie podążania za Bogiem. Marzyliśmy o stworzeniu rodziny przepełnionej miłością, której oboje w dzieciństwie nie doświadczyliśmy. Jednak realia małżeńskiego pożycia okazały się dla nas wielką próbą młodych, poranionych charakterów. Kiedy zaszłam w ciążę, szybko ją utraciłam. Byłam załamana, wpadłam w depresję, obwiniałam się za utratę dziecka. Nocami miewałam demoniczne koszmary. Ale po pół roku ponownie zaszłam w ciążę i 9 miesięcy później urodził nam się zdrowy, silny syn.

Pomimo szczęścia wywołanego przyjściem na świat dziecka, nie dawaliśmy sobie jednak rady z ciężarami życia codziennego. Mąż nie mógł znaleźć pracy. Zaczęliśmy podupadać na duchu. W końcu przyszedł taki moment, że mąż zwątpił, stracił wiarę i odszedł od Boga. Kiedy dotarło to do mnie, załamałam się. Ostatkiem sił wołałam do Pana Jezusa, aby przyszedł mi z pomocą i uratował mój związek. Potrzebowałam cudu. Było oczywiste, że jeśli On nie wkroczy do tej sytuacji, to wszystko się rozpadnie.

W tamtym czasie, w swojej niedojrzałości, bardzo użalałam się nad sobą. Szemrałam i narzekałam, jak Izraelici na pustyni po wyjściu z Egiptu. Wypowiadałam przeciwko sobie te same przekleństwa, które podsyłał mi w myślach diabeł (że jestem „zero i dno”, a moje życie to „rynsztok”). Chciało mi się tylko rozłożyć ręce, zalegnąć na „łożu boleści” i wyć z rozpaczy. Wyrzucałam z siebie pretensje wobec Boga. Rozpaczliwie wołałam do Niego, że walka z bólem istnienia to szaleństwo, nie wytrzymam tego, nie mam sił. Pytałam Boga, dlaczego mnie to wszystko spotkało. I otrzymałam w duchu odpowiedź: Księżniczko moja, otrząśnij się, wstań, popraw koronę, bierz miecz, tarczę i walcz. Przestań narzekać, zakręć kurek goryczy, bo nie tędy droga. Chcesz przełomu, to atakuj wroga. Ja tego nie zrobię za ciebie. Wykonałem już wszystko, co do mnie należało. Teraz czas na Ciebie. Masz do dyspozycji, co trzeba. Nie bój się, będę z Tobą.

Dużo czasu upłynęło, zanim zrozumiałam ten przekaz i o co Bogu tak naprawdę chodziło. On chciał, abym uwierzyła Mu w pełni – w to, kim dla Niego jestem oraz czego mogę dokonać uznając tę swoją nową tożsamość.

Wierzący, który nie wierzy Bogu, jest dla diabła łatwym celem. Bezbronny, sparaliżowany, pobity chrześcijanin uchodzi za ulubioną maskotkę piekła. Nie taki jest ojcowski zamiar. On chce, aby Jego Dzieci żyły godnie, jak Dzieciom Królewskim przystało i korzystały w pełni ze swojego dziedzictwa. Nie jest to możliwe bez świadomości swojej duchowej pozycji w Nim.

Cała ta myśl była dla mnie wówczas jak z innej planety. Niemal bałam się jej dotknąć, przyjąć, uznać za Prawdę dedykowaną specjalnie dla mnie. Ale przemogłam się, otrząsnęłam nieco i nie rozumiejąc jeszcze wszystkiego, zgodziłam się z Bogiem. I On mnie poprowadził dalej, tam, gdzie to ziarno miało zakiełkować…

Kierunek Warszawa i Kalebowy przyczułek

Napisałam list do znajomych z Kościoła Chwały w Warszawie. Wyjaśniłam im swoją sytuację i poprosiłam o pomoc. Znałam ich wcześniej, dlatego wiedziałam, że mogę na nich polegać. Rozmowy z nimi zaczęły mnie pokrzepiać. Ich modlitwy wyzwalały wiarę, że Bóg ma moc, aby mnie uzdrowić oraz poukładać moje życie, jak należy, bo dla Niego nie ma nic niemożliwego. Parę miesięcy później zaczęłam regularnie przyjeżdżać do Warszawy. Tam zostałam otoczona wspaniałą opieką. Z każdej strony czułam ochronę i wsparcie. Z wyjazdu na wyjazd moje postrzeganie przeżywanych problemów ulegało zmianie.

Przyjeżdżając do stolicy, korzystałam z gościnności Fundacji Nadzieja dla Przyszłości, uczestnicząc w Programie wsparcia – KALEB. Ulokowana byłam w mieszkaniu, zwanym Naszym Domem -Emmanuel. Wraz z innymi podopiecznymi, czułam się w nim lepiej, niż we własnym domu. Trudno mi było je opuszczać, gdy musiałam wracać do rodziny. W ten sposób Bóg stworzył mi wymarzone warunki do tego, by wzrastać, a nawet doznawać przyśpieszenia w duchowym rozwoju.

Na zborowych nabożeństwach obficie karmiłam się głoszonym tam Słowem. Z rozmiłowaniem zanurzyłam się w czytaniu Biblii. W trakcie modlitw o mnie byłam uwalniana  od wielu traum z przeszłości. Zrozumiałam, co to właściwie znaczy wierzyć oraz przebywać w Bożej obecności. Dowiedziałam się, kim jestem – Córką i Dziedziczką Bożą (Rzym. 8:14-19). Nabyłam pewności, że mój Ojciec mnie kocha (mamy ze sobą „stałe łącze” o mega-turbo przepustowości). Modlitwa przestała być dla mnie udręką – jak niegdyś – lecz stylem życia. Zaczęłam też postrzegać siebie nie jako ofiarę, ale jako osobę, którą Bóg zamierza odpowiednio uformować, doprowadzić do dojrzałości oraz w sposób niezwykły wykorzystać jej życie dla swojej chwały.

Nowa duchowa metodologia

W Kościele Chwały i Fundacji ukazano mi Bożą perspektywę chrześcijaństwa oraz duchową sztukę walki – SŁOWEM BOŻYM, PRZEZ WIARĘ. Uświadomiono mi, że w wojnie o życie muszę określić się w wierze, czyli wybrać, w co i komu będę bardziej wierzyła. Powinnam zdecydować, co będę nad sobą wyznawała i w jakim klimacie będę się poruszała: w diabelskim negatywizmie, czy w Bożym pozytywizmie. Miałam – choćby ostatkiem sił – wykonać krok, by wyrwać się ze strefy śmierci, z więzienia strzeżonego przez pięciu strażników: humanizm, kłamstwo, beznadzieję, bezsilność i rezygnację. Celem była strefa życia, w której panowały prawda, nadzieja, wolność, godność i moc!

Podjęłam to wyzwanie. „Odwirusowałam się” i zmieniłam życiowe „oprogramowanie”. Nie chciałam już dłużej żyć jak przedtem, ufając tylko moim naturalnym zmysłom, bazując na naturalnej percepcji. Przestałam zamartwiać się na widok tego, co wokół mnie widzą moje fizyczne oczy, słyszą uszy i co o tym wszystkim komunikuje mi umysł. Uznałam, że fakty, które mnie otaczają, są drugorzędne. Wiążąca jest Prawda Boża (zawarta w Jego Słowie, Biblii). Wyrwałam się więc z więzów mojego człowieczeństwa i w momencie kulminacyjnym powiedziałam: „NIE! Dłużej tak nie będzie! Moje ciało, myśli, emocje i ty, diable – nie będziecie mnie w nieskończoność terroryzowali! Nie będę was słuchać! Wierzę Bogu, nie wam!”. Odrzucam więc to, co ludzkie, cielesne, ziemskie, a czerpię z tego, co Boże, nadnaturalne, duchowe. Przekonałam się, że dokonywanie takiej selekcji, to podstawa efektywnego chrześcijaństwa.

Nauczyłam się zarazem, że to ja, jako Córka Boża, mam przywilej i prawo określać w Imieniu Jezusa moją rzeczywistość. To, co ustanawiam w duchu, ma urzeczywistniać się i manifestować w ciele. Jeśli wróg mi podpowiada, że wszystko stracone, nic mi się nie powiedzie, i że jestem skończona, to ja mu odpowiadam: „O nie, łgarzu! Nie zwiedziesz mnie i nie dobijesz! Tatuś mnie kocha i tak, czy inaczej da mi zwycięstwo! To Ty jesteś przegrany na wieki! Wynoś się z mojego życia, w Imieniu Jezusa!”. Tego typu wyznań trzymam się kurczowo! Nawet jeśli w danej chwili mogłabym stwierdzić, że dzieje się gorzej, niż było uprzednio, to wiem, że mój Bóg jest ponad wszelkimi okolicznościami, trendami, siłami i zamiarami diabła. A ja razem z Nim…

Moja obecna sytuacja w małżeństwie nie jest jeszcze rozstrzygnięta i ustabilizowana.  Prywatna wojna o rodzinę nadal trwa. Modlę się, aby mąż opamiętał się i nawrócił do Boga – raz, porządnie i na zawsze. Jednak najważniejsze w całej tej sytuacji jest to, że On najpierw zmienił mnie. Stoję na skale i na fundamencie, którym jest Chrystus (1 Kor. 3:11). Nie drżę ze strachu, próbując odgadnąć, co mnie czeka, ponieważ mocno wierzę w to, że mój Ojciec zaplanował dla mnie dobrą przyszłość. On Jest tylko Dobry i ma dla swoich Dzieci tylko dobre rozwiązania. Bez względu jak potoczą się sprawy, On przeprowadzi mnie przez nie zwycięsko. Do Niego należy pierwsze i ostatnie słowo w każdej z nich. Nie istnieje bardziej wiarygodna osoba pod słońcem. Jeśli więc On coś w życiu wierzącego rozpoczyna, to też i dokończy (Flp. 1:6). Już wiem, komu zawierzyłam (2 Tym. 1:12).

Podziękowanie

Takiego duchowego sposobu funkcjonowania – przez wiarę! – zostałam nauczona w Kościele Chwały i Fundacji. To dlatego dziś jestem w stanie brać autorytet nad moim życiem (rodziną i domem), kreować je, wytyczać kierunki, w których ma się ono toczyć. Nie jestem już dla diabła bezwolną i bezsilną kruszyną miotaną od lewa do prawa, obijaną i tłuczoną z każdej strony. Nie pozwalam już mu siebie niszczyć, ale teraz ja odbudowuję moje życie, a niszczę jego dzieła.

Wierzę w Słowo, które mówi, że Bóg „ożywia umarłych i to czego nie ma powołuje do bytu” (Rzym. 4:17). On dokonał ze mną rzeczy niebywałych. Sprawił, że wybaczyłam wszystkim, którzy mnie zawiedli i skrzywdzili, a nie dość tego, to jeszcze ich pokochałam. Przestałam też być uraźliwa. Jestem wobec tego przekonana, że Bóg potrafi podnieść ze zgliszczy największą ruinę ludzką (jeśli tylko ktoś tego chce). Tę wiarę teraz przekazuję innym ludziom potrzebującym pomocy. Cieszę się, że mogę być dla nich zbudowaniem, a nie jak kiedyś – zgorszeniem.

Nawet nie chcę myśleć, gdzie bym była, gdyby nie pastorzy i liderzy z tego ewangelicznego środowiska. Dla mnie to są bohaterowie przez duże „B”. Byłam „żywym trupem”, a Bóg przez nich spowodował, że zostałam z powrotem przywrócona do życia. Po raz pierwszy, na tak wielką skalę, doświadczyłam mocy miłości. Widzę, jak niezwykła praca została wykonana w moim życiu, i to zaledwie w ciągu niecałego roku. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że Bóg dał mi „zawój zamiast popiołu, olejek radości zamiast szaty żałobnej i pieśń pochwalną zamiast ducha zwątpienia”
(Iz. 61:3). Jemu, Kościołowi Chwały i Dorotce i Adasiowi z Programu Kaleb – z całych myśli, sił i serca – DZIĘKUJĘ!


Od redakcji:

Poniżej przypominamy opublikowane na portalu CEL świadectwa życia i wiary podopiecznych Programu KALEB – w cyklu KALEBOWE HISTORIE.

cz.1 – NINA

cz.2 – DOMINIKA

cz 3. – ADAM

cz.4 – DOROTA

cz. 5 – ZOFIA

Jeśli świadectwo Natalii przemawia do Ciebie i chcesz wesprzeć nasze działania, skontaktuj się z zespołem Programu Kaleb. 

Comments are closed.