Polecamy
Integralność (30 kwietnia, 2022 10:36 am)
Nowość wydawnicza: Finansowe IQ (29 maja, 2020 6:02 pm)
Premiera Głosu Przebudzenia (6 marca, 2020 11:58 am)
Nowość wydawnicza: Boży niezbędnik (14 grudnia, 2018 7:06 pm)

I gdzie to przebudzenie?

21 lutego 2013
Comments off
2 496 Odsłon

Tekst: Urszula Jankowska-Matan

Ostatnio zaczęłam sobie myśleć nad tym, dlaczego właściwie potrzebujemy przebudzenia, albo jeszcze lepiej – dlaczego go jeszcze nie mamy!

Ponieważ jak zwykle dobrze jest sobie sprawdzić wszystko z Biblią, znalazłam kilka fragmentów świetnie ilustrujących temat. Po pierwsze fragment z Dziejów Apostolskich 2:42-47. Zbyt długi, żeby go cytować, więc tylko kilka celnych myśli: Pierwsi, niewątpliwie przebudzeni, chrześcijanie nieustannie trwali w nauce, w Słowie, schodzili się na spotkania, razem uwielbiali (wszyscy), żyli w silnej świadomości przymierza i ofiary Jezusa, odważnie głosili Dobrą Nowinę, gościli się i dzielili z potrzebującymi tym, co kto miał (nie tym, co ma sąsiad). Dary Ducha obficie się manifestowały, czyli cuda i znaki były wszędzie obecne, budząc bojaźń Bożą w wierzących i niewierzących, którzy licznie stawali się wierzącymi. Wieść się rozchodziła i Królestwo Boże rosło.
Jeśli to jest aktualny obraz jakiegoś kościoła, to tam szczęśliwcy już mają przebudzenie, jeśli nie, to wciąż jest przed nimi, ładnie to ujmując…

Z drugiej strony są w Objawieniu św. Jana przestrogi Pana Jezusa dla kościołów, z których wyciągnę parę co smaczniejszych kąsków dla ilustracji problemu. Otóż: są w kościele tacy, którzy podają się za apostołów, a nimi nie są. Są miejsca, gdzie utracono pierwszą miłość do Jezusa (jak ona wygląda – wie każdy gruntownie nawrócony). Są ludzie w przywództwie oddzielający się od wierzących i od realnego życia. Są zniekształcenia nauczania, odejście od czystej, apostolskiej nauki, fałszywe służby, przenikanie zwyczajów pogańskich do kościoła, jest pycha i samozadowolenie w miejscu, gdzie powinna być pokuta i powrót do wiary. Wreszcie jest bylejakość i letniość, za to związanie mamoną aż kwitnie.

Jakby tak popatrzeć na kościoły na całym świecie, to pewnie opis ten byłby w wielu miejscach jak najbardziej prawdziwy. Czyli krótko mówiąc – potrzebujemy przebudzenia!

„Ja”, „mnie”, „moje”
Im więcej wpływów świata na Kościół, tym mniej w nim życia. Po pierwsze, świat z natury swojej jest zbuntowany. Kościoły zaczynają się buntować, to znaczy wierzący zaczynają lekceważyć autorytet przywództwa, a potem nieuchronnie autorytet Słowa. Świat podkreśla znaczenie „ja”, „mnie”, „moje” – więc kościoły zaczynają się zamieniać w schroniska górskie, które zamieszkujemy na chwilę, aż do następnego wypadu. Co mam na myśli: niech ktoś spróbuje poprosić jakiegoś przeciętnego „ławkowicza”, żeby zaangażował się wiernie w jakąś służbę – na przykład co rano w niedzielę rozkładał nagłośnienie albo po spotkaniu je zwijał. Dwa tygodnie – i już go nie ma, przeszedł do innego kościoła, bo tu „nie ma miłości”. Oczywiście, jak zwykle, bywają chlubne wyjątki, z których składa się główny trzon kościołów. Dlatego w kościołach nie ma tysięcy na razie, a dziesiątki albo w najlepszym razie setki. Świat goni za nowinkami, „newsami” i modą, więc kościoły są jak fale morskie – ludzie w nich pojawiają się i znikają, posiedzą trochę, pocieszą oczy, aż do przyjazdu jakiegoś cudownego męża Bożego. Gdy się pojawia, wpadną zobaczyć, co ma do powiedzenia, zachwycą się i… pocieszą oczy gdzie indziej, aż do przyjazdu następnego… itd. itp. Nie za bardzo ich interesuje, jaka jest wizja w kościele, do którego trafili, jak można by pomóc ją realizować, bo to wymaga wysiłku i poświęcenia, poza tym najczęściej na oglądanie rezultatów trzeba poczekać, a teraz wszystko ma być zaraz, bo jak nie, to pewnie coś jest z kościołem nie w porządku.

Z pierwszego opisu wynika też obraz wierzących modlących się wspólnie (i zapewne też indywidualnie), wiernie, wytrwale i żarliwie. Mogę powiedzieć, że kościół, który się regularnie spotyka na modlitwę i bardzo poważnie to traktuje, czuje wiosnę, ma jeszcze przed sobą nadzieję. Ale to jest rarytas, na ogół inicjatywy modlitewne upadają po kilku tygodniach, albo zostaje pastor i kilka wiernych osób i rzeźbią latami w nadziei, że może wreszcie ktoś się ruszy…

W szponach egoizmu
Świat jest do gruntu humanistyczny, oparty na tym, co widzi, na sile ciała, i trudno mu przyjąć, że trzeba się oprzeć na kimś większym od nas, że trzeba rozwijać ducha, a nie tylko ciało i duszę. Wreszcie, świat kocha samouwielbienie, więc kiedy przychodzi do uwielbienia w kościele, to choćby się „paliło i waliło”, to wielu wierzących za skarby się nie zaangażuje, bo jakżeby ich obraz dostojny na tym ucierpiał, a zresztą – po co tak wyśpiewywać, klaskać, angażować się, kiedy można w tym czasie pożytecznie spędzać czas, stojąc (siedząc) i rozmyślając, jakie to mamy problemy, których Bóg ośmielił się jeszcze nie załatwić. Przepraszam za złośliwość w tym miejscu, ale Bóg, który oddał za nas Swojego Syna, już na zawsze będzie godzien chwały i uwielbienia, więc nic nas nie usprawiedliwia.

Nie ma życia bez głoszenia
A teraz będę bardzo poważna, bo dochodzę do punktu, który jest być może kluczowy w temacie przebudzenia – mianowicie pierwsi wierzący szli i z odwagą wszędzie głosili Słowo Boże, Bóg zaś poświadczał je znakami i cudami. Szli i głosili ludziom, ponieważ sami mieli żywą, gorącą, osobistą relację z Duchem Świętym, Panem Jezusem, Ojcem w Niebie, to był ich skarb, cel życia i jedyny powód bycia na ziemi, więc mówili o kimś realniejszym niż ich codzienne życie. Ponadto kochali tych, którym głosili, i byli do żywego przejęci ich wiecznością, a też i codziennymi problemami. Sami doświadczali dobroci i obecności Bożej, więc z tego dawali innym, w wierze, obficie. Człowiek nie może niczego wziąć, jeśli mu nie jest dane z góry. Najpierw mieli doświadczenie dla swojego życia (rolnik sam musi najpierw jeść z plonów), a potem dawali dalej. Stąd wołaniem numer jeden powinno być dziś: „Panie, przebudź mnie!!!, a potem ja wiernie będę poszerzać Twoje Królestwo”.

Ośmieliłam się napisać dość ostro o pewnych rzeczach z całą świadomością, że to wołanie i potrzeba przebudzenia dotyczy mnie tak samo jak i innych, tu każdy z nas, bez wyjątku, musi się uderzyć w pierś i przyznać: „Panie, potrzebuję Ciebie bardziej niż czegokolwiek w życiu”.

Comments are closed.