Blogi
Charakter w ogniu prób (Listopad 21, 2017 11:59 pm)
Unikanie ducha plotkarstwa (Listopad 14, 2017 5:50 pm)
Wbrew odczuciom: Nie jesteś sam (Październik 31, 2017 2:06 pm)
Cena bycia wielkim (Październik 24, 2017 3:09 pm)
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)
Para w gwizdek (Wrzesień 30, 2017 5:30 pm)

Gdzie ten mąż doskonały?

20171018_Maz_757

Tekst: Ania

Każda z nas marzy o mężczyźnie idealnym, który będzie nas rozumiał bez słów, opiekował się nami i zaspokajał tak, byśmy mogły czuć się bezpieczne i po prostu szczęśliwe. Nie znam takiej kobiety, która po ślubie może powiedzieć, że właśnie „taki egzemplarz” jej się trafił. Nie powiem, że każda z nas jest po ślubie rozczarowana, ale na pewno inaczej wyobrażała sobie wspólne życie pod jednym dachem. Nasze oczekiwania w stosunku do drugiej połówki też są różne i jak łatwo się domyśleć – nie zawsze się spełniają.

Moja historia jest jedną z wielu…. najpierw zauroczenie i motyle w brzuchu, a potem po prostu życie i stawianie czoła różnym sytuacjom, na które każde z małżonków zupełnie inaczej patrzy. Pochodzę z rodziny gdzie rozwody stale były dookoła mnie. Jako mała dziewczynka patrzyłam jak moje ciocie i wujkowie rozstają się z wielkim hukiem, patrzyłam na ich złość i łzy, widziałam co dzieje się z ich dziećmi, jak bardzo przeżywają kłótnie i awantury. To ukształtowało moje patrzenie na małżeństwo tak mocno, że obiecałam sobie, że nigdy nie wyjdę za mąż. Nie chciałam tak cierpieć i przeżywać tego, co oni. Powstał we mnie tak mocny strach, że będąc już dorosłą kobietą, bałam się zaangażować w relację z jakimkolwiek mężczyzną. Gdy zaprosiłam do swojego życia Jezusa i stał się On moim Panem, zachłysnęłam się relacją z Nim. Poznałam wierzących ludzi, którzy byli pełni radości, znalazłam kościół, który stał się moim domem na wiele lat.

Wówczas poznałam mojego przyszłego męża, który był dla mnie świetnym kompanem do rozmów i spędzania czasu. Z upływem kilku miesięcy poznałam w sercu, że nie jest już dla mnie zwykłym kumplem, ale kimś więcej i wiedziałam, że coś z tym muszę dalej zrobić. Wspólnie ustaliliśmy, że będziemy dążyć do relacji małżeńskiej i wtedy właśnie wrócił do mnie paraliżujący strach, że nic z tego nie wyjdzie.

Wróciły wszystkie wspomnienia rodzinnych niepowodzeń i rozbitych małżeństw. Zobaczyłam mojego tatę, alkoholika i poranioną, umęczoną mamę. Nie chciałam takiego życia. Zaczęłam wołać do Boga, żeby pokazał mi co mam robić. Zdecydowałam, że nie zrobię ani jednego kroku dalej w tej relacji, dopóki nie usłyszę od Boga czy ten człowiek jest właśnie dla mnie. Po kilku tygodniach pewnego ranka otworzyłam oczy i wyraźnie, jak nigdy dotąd usłyszałam głos: „ Albowiem ja wiem jakie myśli mam o was, myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją. Gdy będziecie mnie wzywać i zanosić do mnie modły,wysłucham was. A gdy mnie będziecie szukać, znajdziecie mnie. Gdy mnie będziecie szukać całym swoim sercem objawię się wam i odmienię wasz los”. (Jer. 29.11-14).

To Słowo było jak błyskawica przeszywająca mnie całą, w jednej chwili przyszedł do mojego serca i umysłu tak wspaniały pokój, że strach musiał odejść. Pewność, którą dostałam wtedy, że ten człowiek jest specjalnie dla mnie, jako dar od Ojca w niebie, trzymała mnie w pionie przez późniejsze lata, kiedy przechodziliśmy trudne chwile.

A takie ciężkie chwile przyszły niedługo po ślubie. Wspólne mieszkanie, podejmowanie decyzji, wzajemne tarcia i urazy, to wszystko zaczęło kłębić się wokół mnie jak czarne chmury, przez które powoli przestawałam widzieć wyraźnie.

Ponieważ jestem osobą raczej energiczną, oczekiwałam, że mój mąż również taki będzie. Rzeczy nie zrobione lub nie zrobione na czas, nie podjęte decyzje, bądź decyzje o negatywnych dla nas skutkach powodowały, że zaczęłam patrzyć na niego jak na nieudacznika, myślałam o nim źle, mówiłam o nim źle i byłam totalnie zdruzgotana. Miałam żal do Boga, że dał mi Słowo potwierdzające to małżeństwo, a utknęłam jakby w ciemnej dziurze z kimś, kto stawał się dla mnie … nikim.

Próbowałam wszystkich „możliwych sposobów”, by zmienić mojego męża. Była więc metoda na litość (moje spazmy i płacze), na krzyk, na błaganie na szantaż – że ma się zmienić. Im więcej sposobów wymyślałam tym gorzej to wyglądało (przypominam, że uważałam się za wierzącą osobę). W ostateczności ręce mi opadły, nic nie działało, na dodatek na świecie pojawiły się dzieci, a kto je ma, ten wie, że komunikacja małżeńska odbiega wtedy od doskonałości.

Nieprzespane noce i zwiększone obowiązki mogą nieco nadszarpnąć domowy słownik małżeński. W geście rozpaczy przyszłam do Boga by wyżalić Mu się na mój podły los, skarżąc się na swojego męża, jaki to on jest niereformowalny. Wtedy usłyszałam cichy głos w sercu, który mnie zapytał: „A czy ty jesteś?” Na chwilę zamilkłam, będąc trochę rozjechana zmianą tematu i zapytałam: „No, jak to ja, rozmawiamy o moim mężu!!!” Usłyszałam: „To ty o nim rozmawiasz, Ja chcę porozmawiać o tobie”. Nie chciałam tego słuchać, ale głęboko w sobie wiedziałam, że skoro Bóg zaczyna temat, to coś jest na rzeczy. To było jedno z pierwszych spotkań z Bogiem, które rozpoczęły pewien proces we mnie.

Ten proces doprowadził mnie do prawdziwej pokuty i pokazał mi, w jaki sposób przez te wszystkie lata współpracowałam z diabłem, by niszczyć naszą małżeńską relację poprzez moje myśli, słowa i postawy serca. Zobaczyłam cały swój egoizm, skoncentrowany na mnie samej, jakbym była pępkiem świata. Wszystkie moje oczekiwania względem mojego męża dotyczyły zaspokajania mnie, wszystkie fochy i obrażania były jak pociski wystrzeliwane w niego. Wszystkie słowa raniły jak miecz. Bogu dziękuję, że wytrzymał ze mną przez te wszystkie lata. Nie potrafię określić, jak długo zajęło Bogu szlifowanie mnie. Wiem jedno, kiedy się temu poddałam, przyszło mega przyspieszenie i prawdziwa odbudowa.

Nauczyłam się patrzeć na mojego męża jak na syna Boga, który jest cenny i powołany. Gdy mi to Bóg uświadomił, zaczęłam intensywnie pilnować każdej przychodzącej negatywnej myśli na temat mojego męża, która próbowała zagnieździć się w mojej głowie. Pilnowałam każdego negatywnego słowa, które cisnęło się na usta, by dopiec w newralgicznych sytuacjach. Uczyłam się poddania, nawet jeśli nie do końca się z czymś zgadzałam.

Zapytasz, czy było trudno?

Nawet bardzo, bo to prawdziwa walka. Walczysz, by zacząć mówić dobre rzeczy, walczysz z samą sobą by powiedzieć „przepraszam”, by przyznać, że się mylisz, by pochwalić i docenić. To są bitwy, które musiałam stoczyć w sobie, by rozwalić swoją pychę, dumę i stać się pomocą, a nie przeszkodą. Aby spojrzeć na męża w Boży sposób, musiałam zabić we mnie każdą myśl, która go dyskwalifikowała. Moją modlitwą stało się pragnienie, by we mnie zadomowiło się to, co Bóg o nim mówi.

Kiedy zrozumiesz, że osoba której ślubowałaś być dla niej na dobre i złe jest dla Boga tak samo cenna jak ty, zobaczysz, że potrzebuje ciebie, by wypełnić swoje powołanie. Bez łaski Bożej jest to absolutnie niewykonalne. Wiem, że poległabym już przy pierwszym podejściu.

Czy jestem już doskonała? Jeszcze nie, ale jestem w drodze i wiem jedno, że człowiek z którym Bóg mnie połączył, jest dziś dla mnie ważniejszy i cenniejszy niż w dniu ślubu. Czy można kochać bardziej? Po 16-tu latach małżeńskiej podróży po górach i dolinach mogę powiedzieć TAK!!!!! Kocham mojego męża bardziej, niż w okresie narzeczeństwa, kiedy wszystkie motyle w brzuchu fruwają jak szalone.

Widzę go dzisiaj nie jak nieudacznika, ale Bożego wojownika, czułego, odpowiedzialnego męża, wspaniałego ojca i super kochanka. Wiem, że Bóg się nie pomylił, dając mi tak cudowny dar, czy On może dawać byle jakie dary? Nie!!! Wszystko zależy od tego jak my na ten dar patrzymy i jak go przyjmujemy. Jako coś cennego czy może pospolitego.

Nigdy nie uszanujesz czegoś, co nie jest dla Ciebie cenne.

Niezależnie od tego, w jakim miejscu jesteś moja droga przyjaciółko, nigdy nie jest za późno, by zmienić bieg rzeczy, poddać się Bogu i biec do zwycięstwa, bo do tego w końcu jesteśmy powołani.

Comments are closed.