Blogi
Nie samym chlebem żyje człowiek (Listopad 25, 2017 10:38 pm)
Charakter w ogniu prób (Listopad 21, 2017 11:59 pm)
Unikanie ducha plotkarstwa (Listopad 14, 2017 5:50 pm)
Wbrew odczuciom: Nie jesteś sam (Październik 31, 2017 2:06 pm)
Cena bycia wielkim (Październik 24, 2017 3:09 pm)
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)

Ekumenia

Tekst: Janusz Szarzec

„Boże, błogosław ich dobre serca i głupie głowy” – tak pewien uznany na świecie kaznodzieja wiary zwykł mawiać o tych wierzących, którzy, delikatnie to ujmując, nie wykazywali się zbytnim rozsądkiem ani duchowym rozróżnieniem.

Migracja ewangelicznych chrześcijan z jednego kościoła/zboru do drugiego stała się już elementem swoistej protestanckiej „tradycji”, wpisanej w rzeczywistość, gdzie dominuje poczucie osobistej religijnej wolności, czasem posuniętej do granic absurdu. Nie o tym jednak jest ten artykuł, lecz o zjawisku dużo bardziej brzemiennym w skutki – coraz częściej bowiem słyszy się o przypadkach migracji nowo narodzonych, wypełnionych Duchem Świętym chrześcijan z kościołów ewangelicznych do tzw. kościołów historycznych, w tym do Kościoła katolickiego. Bywa, że decydują tak skuszeni magią duchowej różnorodności, w której podobno każdy może odnaleźć swoje miejsce, ulegają perswazji otoczenia, może lub też zapatrzeni w potęgę religijnego systemu, nie chcą pozostawać w zmarginalizowanej mniejszości wyznaniowej. Są wreszcie i tacy, którzy bez zastrzeżeń zaczynają akceptować kościół z jego hierarchią i dogmatami, upatrując w nim kandydata na lidera walki z postępującym ześwieczczeniem, otwartego na przebudzenie Ducha Świętego.
Taką postawę można zaobserwować ostatnio w przypadku grup i wspólnot charyzmatycznych, które wywodzą się z Kościoła katolickiego, a które powracają na jego łono. Wydaje się jednak, że w istocie nigdy nie straciły one z nim łączności. Można mówić o powrotach, ale tak naprawdę, grupy te nigdy nie odcięły się od systemu, z którego wyrosły.

Droga w bok
Oddzielną kwestią są ludzie, którzy świadomie, na gruncie niezaprzeczalnych prawd biblijnych, raz odrzucili fałszywą, monopolistyczną tezę o rzekomo jedynym, prawdziwym i apostolskim Kościele jako zorganizowanej strukturalnie instytucji na ziemi. Teraz, pod hasłem jedności w Chrystusie (każdy chrześcijanin o tym marzy) i wspólnocie ponad podziałami (szlachetna idea), niektórzy rozpoczynają niewinny flirt z systemem religijnym, który sam nie zna pojęcia wspólnoty na równych zasadach!

Dochodzi do sytuacji, które jeszcze 10, 20 lat temu były nie do wyobrażenia. Dla przykładu, kiedy w latach 80. XX w. rozpoczynał w Uppsali, w Szwecji swoją działalność kościół Livets Ord pastora Ulfa Ekmana, niósł on radykalne przesłanie wiary i przebudzenia, za którym szła nieuchronna konfrontacja z zastanym systemem religijnym w tym kraju.[1] Tysiące ludzi nawracało się do Chrystusa, Duch Święty działał. W rezultacie powstawało do życia dziesiątki, jeśli nie setki nowych kościołów, zwłaszcza we wschodniej Europie. Walka z wpływem religii na społeczeństwo była jednym z priorytetów tamtego kościoła do tego stopnia, że kiedy papież odwiedzał Uppsalę, zostały zorganizowane grupy modlitewne, które miały na celu powstrzymać zły duchowy wpływ tej wizyty na kraj.

Co się takiego stało, że dziś ta służba tak głęboko zaangażowała się w bardzo szeroko pojętą ekumenię z Kościołem katolickim? Nie chodzi tu o współdziałanie w sprawach społecznych (dotyczących np. sprzeciwu wobec aborcji czy promocji homoseksualizmu), gdzie można znaleźć wspólny grunt na płaszczyźnie prawdy Słowa Bożego. Udział w takich wspólnych projektach jest jak najbardziej pożyteczny dla społeczeństwa. Skąd jednak wzięła się fascynacja pastora Ulfa elementami nauki kościoła katolickiego, również duchowością mistyczną? Dlaczego wspólne uczestnictwo w eucharystii? Po co obecność katolickich dewocjonaliów w sklepie kościoła Livets Ord?
Ktoś powie, że to definitywny postęp i rozwój w służbie, która obecnie, dzięki nowym kontaktom, ma większe możliwości wpływu na nowych obszarach, dociera z Ewangelią do grup dotąd zamkniętych. Tylko że jakoś mało słychać o nowych kościołach zakładanych przy tej okazji, o bezkompromisowym głoszeniu Słowa, które wyzwala moc Ewangelii. Bóg nigdy nie oczekuje od nas rezygnacji z objawienia, w imię jakichś innych celów (dotarcie do nowych środowisk). Swego czasu Ulf Ekman uczył, że prawdziwa jedność nie istnieje, jeśli nie jest zbudowana na wspólnej wierze wynikającej z prawdy Słowa.

Jesteś „pierwiastkiem”?
Jedność nie polega na ekumenii ze zinstytucjonalizowaną religią, tak jak bycie naiwnym pięknoduchem nie usprawiedliwia braku rozsądku i nie zwalnia z odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Żeby nie być gołosłownym albo posądzonym o sianie niezgody i podziału między chrześcijanami, przyjrzyjmy się pokrótce niezmiennej od wieków definicji kościoła i wspólnoty wiary zgodnej z oficjalnym nauczaniem Kościoła katolickiego. Według Katechizmu Kościoła: „Jedyny Kościół Chrystusowy, który wyznajemy w Symbolu wiary jako jeden, święty, powszechny i apostolski… trwa w Kościele powszechnym, rządzonym przez następcę Piotra oraz biskupów…”. Stamtąd też dowiadujemy się, iż „poza jego organizmem znajdują się liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy”.

Gdyby rola „pierwiastka” kogoś jednak satysfakcjonowała, wyjaśnijmy, na czym polega jedność Kościoła z innymi kościołami. W 2000 r Kongregacja Nauki Wiary ogłosiła Deklarację Dominus Iesus o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa… i Kościoła [rzymskokatolickiego – przyp. aut.]. Wywołało to tu i ówdzie krytykę ze strony środowisk protestanckich, która jednak przeszła bez echa.

Jedynie zbawczy
W artykule o Kościele czytamy w Deklaracji m.in.: „[…] po pierwsze, że Kościół Chrystusowy, pomimo podziału chrześcijan, nadal istnieje w pełni jedynie w Kościele Katolickim”; po drugie, że „liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy znajdują się poza jego organizmem”, tzn. w kościołach i kościelnych wspólnotach, które nie są jeszcze w pełnej wspólnocie z Kościołem Katolickim”. Przy czym na miano „kościołów” w rozumieniu tekstu Deklaracji zasługują tylko prawosławie oraz tzw. kościoły starokatolickie, a „wspólnoty” to m.in. wszystkie kościoły protestanckie. Skoro zaś jeszcze nie są w pełnej wspólnocie z Kościołem katolickim, to znaczy, że może to nastąpić na drodze ich przyłączenia doń. Dalej dowiadujemy się, że „odłączone wspólnoty” podlegają brakom i że ich moc zbawcza pochodzi „z samej pełni łaski i prawdy, powierzonej Kościołowi katolickiemu”.

Dla tych chrześcijan, którzy zresztą słusznie uważają, że prawdziwy Kościół Chrystusa na ziemi składa się ze wszystkich wierzących w Niego, mających Ducha Świętego ludzi, Deklaracja Dominus Iesus szykuje niespodziankę: „Nie wolno więc wiernym [katolikom – przyp. autora aut.] uważać, że Kościół Chrystusowy jest zbiorem, wprawdzie zróżnicowanym, ale zarazem w jakiś sposób zjednoczonym, kościołów i wspólnot eklezjalnych. […] W rzeczywistości elementy tego Kościoła już nam danego istnieją łącznie i w całej pełni w Kościele katolickim”.

Na stronie Episkopatu Polski zacytowany jest fragment Katechizmu KK, gdzie najbardziej radykalną formą odstępstwa od wspólnoty Kościoła jest porzucenie przez katolika wiary chrześcijańskiej bądź odmówienie uznania zwierzchnictwa Biskupa Rzymskiego, niebranie udziału w sakramentach oraz zerwanie więzi wyznania wiary.

Wszakże taki schizmatyk może powrócić na łono Kościoła, pokutując z tego grzechu, a droga powrotu zwieńczona jest odnowieniem wyznania wiary. Zawiera ono m.in. uznanie Kościoła katolickiego za jedyny, prawdziwy i apostolski, wiarę w prawdziwą, rzeczywistą i istotną obecność ciała, duszy i bóstwa Jezusa Chrystusa w sakramencie Eucharystii, wiarę w przebłagalną formę ofiary mszy świętej, zgodę na rozumienie i wykład Pisma Świętego zawsze tylko według rozumienia Ojców Kościoła, uznanie Biskupa Rzymu za następcę św. Piotra i ślubowanie mu posłuszeństwa. Poza tym, osoba taka wyrzeka się wszelkich błędów, herezji, sekt nieuznanych, odrzuconych czy też potępionych przez Kościół katolicki (oczywiście, jeśli do takich naruszeń w opinii zwierzchników kościelnych doszło).

Po co to wszystko cytujemy? Czy chodzi o polemikę teologiczną i krytykę praktyki Kościoła katolickiego? Bynajmniej! Każda organizacja kościelna ma prawo rządzić się w swoim obrębie, jak zechce, jeśli nie narusza to ustawodawstwa obowiązującego w danym państwie. Więcej, może nawet uznawać się za jedyną i wyjątkową we wszechświecie, tylko czy zmienia to choćby na jotę prawdę Pisma Świętego?

Podobnie jest z ekumenią. Możemy mieć piękne poglądy na jej temat. Jednak ponad wszystko, trwałą jedność buduje się w oparciu o jasne, proste i niepodważalne prawdy Słowa Bożego z ludźmi, którzy tak samo wierzą, dzielą te same cele i dążenia. Inaczej to złudzenie, które prędzej czy później pęknie niczym bańka mydlana. Po co więc ulegać złudzeniom, choćby były nie wiem jak atrakcyjne.

 

[1] W marcu 2014 r. sam Ulf Ekman oficjalnie ogłosił w kościele „Słowo Życia” w Uppsali swoje odejście z kościoła i konwersję na rzymski katolicyzm.

Tags

Comments are closed.