Blogi
Charakter w ogniu prób (Listopad 21, 2017 11:59 pm)
Unikanie ducha plotkarstwa (Listopad 14, 2017 5:50 pm)
Wbrew odczuciom: Nie jesteś sam (Październik 31, 2017 2:06 pm)
Cena bycia wielkim (Październik 24, 2017 3:09 pm)
Przełamywanie przeszkód (Październik 17, 2017 2:22 pm)
Para w gwizdek (Wrzesień 30, 2017 5:30 pm)

Dyktatura tolerancji

tolerancja_757

Tekst: Adam Bartos

Słowa tolerancja i nietolerancja są ostatnio często używane, ale chyba równie często używane są bez zrozumienia, co w zasadzie oznaczają. Czym jest tolerancja, a czym nietolerancja? Czy wyrażanie odmiennych poglądów na jakąś sprawę to już nietolerancja?

Zawsze wydawało mi się, że słowo nietolerancja jest dość bliskie znaczeniowo słowu prześladowanie, czyli aktywne godzenie w czyjąś osobistą wolność, godność, zdrowie czy życie. Tymczasem, w jakiś dziwny sposób słowo to w powszechnym obiegu zaczęło oznaczać posiadanie wyrazistych poglądów, odmiennych od lansowanych przez medialnych idoli.

Spróbuj wyrazić pogląd, który nie jest całkiem politycznie poprawny, nie jest „nowoczesny” albo nie idzie z „duchem czasu”, a bardzo szybko zostanie Ci przyklejona łatka „bycia nietolerancyjnym”. Jeśli powiesz, że uważasz homoseksualizm za coś nienormalnego albo że nie wierzysz, iż można być zbawionym inaczej, jak tylko przez Jezusa lub że stosunek pozamałżeński to zło i grzech – jesteś nietolerancyjny. Nieważne, że wcale nie zamierzasz nikogo poniżać, wyśmiewać, obrzucać jajkami czy wysyłać na Madagaskar. Nie ważne, że tak jak każdego innego człowieka szanujesz gejów, wyznawców Buddy, chorych na AIDS. Masz łatkę ksenofoba – jesteś nietolerancyjny.

Z drugiej strony mamy tzw. „tolerancję”. Ale cóż to w praktyce dziś oznacza? Wydaje mi się, że ta obecna „tolerancja” da się podsumować jako postawa wyrażająca się słowami: „dopóki mi to nie szkodzi – rób co chcesz”, albo inaczej mówiąc: „ustal sobie własne normy, masz do tego prawo”. To znaczy, że człowiek jest miarą wszystkiego.

Jest też inna „tolerancja”. Taka, która w zasadzie sprowadza się do braku poglądów, a więc zgadzania się ze wszystkimi albo z tymi, których jest najwięcej, żeby się nikomu nie narazić. Mówiąc precyzyjnie, to jest po prostu konformizm.

Dzisiejsza „tolerancja” zawiera coś jeszcze. Mam wrażenie, że daje się w niej już dostrzec zalążek bardziej niebezpiecznej postawy, która każdego, kto nie myśli w taki sposób, jak nakazuje „tolerancja”, szufladkuje jako człowieka uwstecznionego, niepotrzebnego w przyszłym świecie, człowieka, który za poglądy skazany jest na margines głównego nurtu społecznego. To prawda, że istnieją ludzie, którzy w imię walki o normy moralne są gotowi wziąć udział w ulicznych rozróbach i wręcz „ściągać ogień z nieba” na grzeszników. Takie postawy nie są godne pochwały. Problemem jednak jest to, że do tego samego worka wrzuca się każdego, kto myśli i mówi inaczej. Krótko mówiąc, wydaje mi się, że jako społeczeństwo zmierzamy do dyktatu „tolerancji”, pojętej w wyżej opisany sposób.

Tymczasem moim zdaniem – a każdy niech wyrobi sobie własne – nie o to chodzi w tolerancji, aby wszystkie, nawet najdziwniejsze poglądy przyjmować jako OK. Nie należy też bać się swoich racji i przynależności do napiętnowanej, „nietolerancyjnej” mniejszości.

Tolerancja, według mnie, to szacunek i akceptacja bliźniego, która wcale nie oznacza jednoczesnej akceptacji jego poglądów czy postępowania.

Na mnie największe wrażenie robi przykład tolerancji zilustrowany w ewangelicznej historii o cudzołożnej kobiecie, którą chciano ukamienować. Jej oskarżyciele, tak religijni i jednocześnie zadufani w sobie, potępili ją, skazując na śmierć, zgodną zresztą z zaleceniami prawa. Pan Jezus okazuje jej przebaczenie i miłość, ale wcale nie oznacza to, że akceptuje jej postępowanie. Odsyła ją do domu, nakazując, aby przestała grzeszyć. Sprawę stawia jasno. I właśnie tak wygląda prawdziwa tolerancja.

W kilku krajach Europy Zachodniej prawo pozwala parom homoseksualnym adoptować i wychowywać dzieci tak samo jak małżeństwom. I robi mi się niedobrze, jak o tym pomyślę. Kobieta i mężczyzna są sobie potrzebni, by stworzyć prawdziwy dom. Różnią się i wzajemnie uzupełniają. Mamy nie zastąpi drugi tata, a taty – druga mama. Nigdy. Dzieci nie nauczą się wielu rzeczy, patrząc na taką pseudorodzinę. Będą w pewnym sensie upośledzone i przekażą swoje upośledzenie kolejnym pokoleniom. Czy zamierzam pojechać do Belgii, by obrzucić kamieniami takie pary? Nie. Czy będę (gdybym znał takich ludzi z nazwiska) hejtował ich w sieci? Nie. Czy będę ich wytykał palcem na ulicy? Nie. Ale nie kupię poglądu, że to jest OK. To jest obrzydliwe. I niech nawet będę nietolerancyjny.

Tags

Comments are closed.