Blogi
Teologia Boża a teologia Jonasza (Czerwiec 18, 2018 6:12 pm)
Czy jesteś bogaty w Bogu? (Czerwiec 7, 2018 7:06 pm)
Prawdziwe objawienie (Maj 23, 2018 10:38 pm)
Potrzebujemy osobistego objawienia (Maj 10, 2018 3:54 pm)
Maria z Betanii (Kwiecień 30, 2018 2:34 pm)
Kwalifikacje Bożego przywódcy (Kwiecień 27, 2018 1:41 pm)

Drzwi zawsze otwarte

szpital

Co trzeba zrobić, by wejść do szpitala i modlić się o chorych? Właściwie, niewiele. Wystarcza uśmiech na ustach i miłość w sercu :).

Wchodzimy do szpitala na Banacha, podchodzimy do tablicy z oznaczeniami poszczególnych bloków i oddziałów. Do wyboru kilkadziesiąt opcji – decydujemy się na czwarte piętro. Onkologia.

Idziemy po schodach, po drodze cicho się modląc. Wchodzimy na oddział, mijamy recepcję i idziemy od razu w stronę sal. Zaglądamy do pierwszych otwartych drzwi. W środku trzy kobiety, jedna śpi. Przedstawiamy się, mówimy, że jesteśmy chrześcijańskimi wolontariuszami i przychodzimy na oddział, by się modlić o ludzi. Od tego wstępu zaraz przechodzimy do opowieści o uzdrowieniach, o tym jak Bóg zadziałał w naszym życiu i życiu innych ludzi. Nie dajemy czasu na zastanowienie się i wyproszenie nas, ale z uśmiechem opowiadamy, jaki Bóg jest dobry. Pani Jadwiga i pani Wiesława słuchają nas z zainteresowaniem i wdzięcznością. Obie zgadzają się na modlitwę o uzdrowienie. Przytulamy je mocno, a potem Michał modli się jeszcze o czwartą pacjentkę, która w międzyczasie przyszła do sali – przyjmuje zbawienie, alleluja!

W kolejnej sali dwóch mężczyzn, trzeci śpi. Jeden nie zgadza się na modlitwę. Mężczyźni niestety dużo częściej się wstydzą, ich męska duma nie pozwala im przyjąć modlitwy, szczególnie w obecności innych pacjentów. Wiedząc to, nie rezygnujemy. Drugi z panów udaje, że zasypia (nie mówi do nas ani jednego słowa, nie odpowiada na pytania), pytamy więc pierwszego, czy nie ma nic przeciwko, jeśli pomodlimy się o śpiącego? Zgadza się, nawet z uśmiechem, mówi również, jakiego rodzaju raka ma drugi pacjent. Pierwsze lody przełamane! Modlimy się na stojąco, o pozornie śpiącego. Na koniec pytamy, czy możemy pobłogosławić pana, który z nami rozmawia. Tym razem zgadza się. Modlimy się również na stojąco, bez nałożenia rąk, ale od błogosławieństwa płynnie przechodzimy do nakazywania zdrowia w imieniu Jezusa do jego organizmu i ogłaszamy plany Boże dla jego życia.

W kolejnej sali dwie rozgadane pacjentki – u nich siedzimy dłużej. Obie wierzące, opowiadają o pielgrzymkach, o ojcu Bashoborze. Nie wyskakujemy z napomnieniami, że nie wolno modlić się do Maryi itp., ale delikatnie wskazujemy, że Jezus jest naszym pośrednikiem i że bardzo pragnie, byśmy mieli z Nim osobistą relację, jak z najlepszym przyjacielem. Że tęskni za nami, że chce słyszeć nasz głos. Modlimy się o obie kobiety, o uzdrowienie, ale później, kiedy przyjmują Jezusa do serca, również o wypełnienie ich Duchem Świętym. Podczas modlitwy przychodzi pielęgniarka, ale nie mówi nic. Zostawiamy kontakt do siebie, jedna z pań daje nam również swój numer telefonu. Żegnamy się bardzo serdecznie, wyściskując obie panie.

Na korytarzu trafiamy na panią doktor. Pytamy, do której można odwiedzać chorych (dochodzi już godz. 20.00), ale odpowiada uśmiechając się, że dopóki chorzy chcą :). W całym szpitalu panuje zresztą dobra atmosfera, czujemy się, jakby aniołowie otwierali nam drzwi.

Kolejne dwie sale to znowu mężczyźni. W jednej nie chcą modlitwy, ale jeden z panów wysłuchuje wygłoszonego z przejęciem w głosie słowa. Podpowiadamy, że przyjdzie czas, że będzie chciał zawołać do Boga – i zapewniamy, że Bóg go wysłucha, że pragnie tego.

Ostatnia sala. Trzech pacjentów. Pierwszy odwraca się na bok i patrzy w telewizor. Drugi uśmiecha się, ale mówi, że nie chce modlitwy. Podobnie i trzeci, który w końcu sali podaje sobie tlen z tuby. Tu jednak czujemy, że mamy się nie przejmować słowem NIE. Podchodzę do pacjenta z tyłu, Michał do środkowego. „Mój” podnosi się i wyjmuje tubę z ust, wyłącza aparaturę, żeby mnie dobrze słyszeć. Wystarczyło podejść indywidualnie, aby zniknął wstyd przed innymi pacjentami. Mówię, jak bardzo Bóg go kocha. Słucha z napięciem i z uwagą każdego słowa. Ale wciąż nie chce modlitwy. Znowu głoszę słowo, i znowu słucha z ogromną uwagą, jakby spijał wręcz każde słowo życia, jakie zawisa w powietrzu. Trzeci raz pytam, czy chce modlitwy – i znowu przychodzą demony, jego wzrok jakby zasnuwała mgła – i znowu mówi „nie”. Mam ochotę je zgromić, ale wiem, że nie możemy spalić mostów za sobą, że trzeba, aby drzwi tego szpitala były zawsze dla nas otwarte. Wychodzę, a później postanawiamy gromić wszelkie demoniczne siły jeszcze przed wejściem do sali. Michał równolegle rozmawia z drugim pacjentem, który ostatecznie zgadza się na modlitwę o uzdrowienie, choć nie przyjmuje zbawienia.

Szpital na Banacha widzę codziennie z mojego okna. Postanawiam każdego dnia błogosławić to miejsce, żeby życie Boże mogło zostać uwolnione tam w pełni.

Tags

Comments are closed.