Bilet w jedną stronę

18 czerwca 2020
Comments off
399 Odsłon

Tekst: Anna

Czasem zupełnie niepozorne wydarzenia mogą wpłynąć na nasze życiowe wybory.
Dwie studentki pierwszego roku filologii w zimowy wieczór spacerują ulicą Szewską we Wrocławiu. Rozmawiają. Chyba o czymś istotnym, bo w ich głosie można wyczuć uniesienie.

Jedną z owych studentek byłam ja, drogi Czytelniku, drugą moja ówczesna koleżanka. Rozmowa zaś dotyczyła rzeczy pierwszych – egzystencji, wieczności i realności Boga we współczesnym świecie. Zupełnie nie pamiętam jej zakończenia. Pamiętam za to, że w pewnym momencie wyminęła nas dziewczyna, na oko niewiele starsza od nas. Przechodząc, rzuciła w naszym kierunku jedno proste zdanie: „Dziewczyny, Bóg was kocha”. Od tamtej pory ta deklaracja zaczęła we mnie „pracować”.

W oku cyklonu

Wyruszam w podróż autostopem na południe Francji. Studencki budżet bywa dość skromny, więc w plecaku, poza niezbędnikiem na przetrwanie, mam setkę skaczących gumowych pająków z pompką. Takie pająki sprzedawały się wśród Francuzów doskonale. Pozyskane fundusze dawały wiele możliwości. Docieram do jednego z nadmorskich miasteczek. W kieszeni mam zaledwie kilka euro – pająkowy biznes chwilowo przestał prosperować. Lokalne media zapowiadają nadejście trąby powietrznej. W ciągu kilkunastu minut robi się ciemno. Znajduję schronienie we wnęce latarnii morskiej. Zaczynam się bać. I wtedy nagle przypominam sobie historię z ewangelii o tym, jak Jezus uciszył burzę. Nie bardzo wiem, jak się modlić. Więc robię to najprościej. Przy czym jestem dość bezczelna. Stawiam Jezusowi warunek: „Jeśli wyciągniesz mnie z tego cało, pójdę za Tobą, cokolwiek miałoby to znaczyć”. Chwilę później nastaje wielka cisza.

Wobec znaków i cudów

Szukając Boga, szukam również kościoła. Takiego jak z Dziejów Apostolskich. Znajduję. Przyjmuję chrzest w wodzie oraz chrzest w Duchu Świętym. Zaczynam mówić innymi językami. O glosolaliach słyszałam na studiach, ale wtedy podchodziłam do tematu sceptycznie. Czytam Biblię – już nie jako tekst kultury, ale jako Słowo Boże. I ze zdumieniem obserwuję, jak to Słowo staje się realne w moim życiu. Pewnego dnia pastor mojego kościoła zachęca mnie do wzięcia udziału w szkole biblijnej. Zajęcia trwają cztery miesiące. Wyobrażałam sobie, że swoją formułą szkoła będzie przypominać studium biblijne. Bynajmniej. W tym okresie czuję się niczym na ringu bokserskim – to czas ostrego Bożego treningu. Pięć dni w tygodniu modlitwa, uwielbienie, ewangelia w praktyce. Coraz mocniej rezonują we mnie słowa o tym, że „wielu jest powołanych, lecz mało wybranych”. To, czego uczę się w szkole, zaczynam wprowadzać w czyn. Moja Mama ma niedosłuch w prawym uchu. Proponuję jej modlitwę. Modlę się prosto, kładąc rękę na jej uchu – zgodnie ze słowami Pana Jezusa: „Na chorych ręcę kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie”. I tak się dzieje. Jakiś czas później sama doświadczam uzdrowienia z rwy kulszowej – w tramwaju (sic!). Kolega modli się o mnie. Ból odchodzi.

Perły przed wieprze

Życie według przesłania ewangelii staje się moją codziennością. Zmienia się mój sposób myślenia, postrzegania siebie. Doświadczam Bożej przychylności w relacjach z ludźmi, w obszarze zawodowym. Zachłystuję się życiem z Bogiem. Ale nagle pojawia się rysa. Kryzys w małżeństwie. Na tyle poważny, że zaczynam uciekać. Nie pierwszy raz. Ucieczka przed odpowiedzialnością, konfrontacją i prawdą staje się moim chlebem powszednim. Nigdzie nie potrafię zapuścić korzeni. Niczym wagabunda. Zostawiam kościół. Wyjeżdżam za granicę pod pretekstem ratowania małżeństwa. Próba kończy się fiaskiem. Wszystko zaczyna się od serca, a moje stopniowo zamienia się w kamień. Postanawiam na stałe osiedlić się na emigracji. Wsiąkam. Wchodzę w toksyczne relacje. Pocieszenia szukam w „tu i teraz”. Idę na kolejne studia, dostaję bardzo dobrą pracę, z szybką wizją awansu. Mieszkam w hipsterskiej dzielnicy i melanżuję. Zapytasz, a co z powołaniem? Powołanie rozmieniam na drobne.

Bóg drugiej szansy

Z czasem wraca trzeźwość. Cukierkowe życie emigrantki przestaje cieszyć. Powszednieje. Zaczynam marzyć o powrocie. Do kraju, do kościoła. Ale wstyd jest palący. Zwłaszcza jeśli znika się „po angielsku”, bez wyjaśnienia. Poza tym perspektywa rozpoczęcia życia od początku wydaje się tyle przerażająca, co niemożliwa. Modlę się. W uszach słyszę cichy głos Ducha Świętego: „Kładę przed Tobą życie albo śmierć. Co wybierasz?”. Wybrałam życie. Postawiłam wszystko na jedną kartę – na Jezusa Chrystusa. Wróciłam do Polski na „wiarę”. Nie miałam ani pracy, ani mieszkania. Ale Bóg otworzył mi drzwi do powrotu. Najtrudniejsza była konfrontacja z rodziną, przyjaciółmi, pastorami. W swoich wyobrażeniach spodziewałam się, jeśli nie kamienowania, to co najmniej linczu z ich strony. Pretensji, wyrzutów, słynnych „a nie mówiłem”. Strach ma wielkie oczy!

Odbudowanie życia to proces. Czasem bolesny, bo czujesz, jakbyś pękał w szwach. Często jesteśmy tak przyzwyczajeni do utartych schematów myślowych, że ograniczamy tym działanie Boże w naszym życiu. A On jest Bogiem niemożliwego. To nie frazes, a rzeczywistość. Po powrocie ktoś zaoferował mi mieszkanie za frico. Marzyłam o zrobieniu prawa jazdy i Bóg całkowicie mi to marzenie sfinansował. Zaczęłam pracować w zupełnie nowych dla mnie obszarach. Odzyskałam radość życia! I znów podróżuję!

Ale tym razem tam, gdzie On mnie posyła. „Podzielony dom się nie ostoi”. Wszak nie da się funkcjonować w rozdwojeniu na dłuższą metę. Tak, jak nie sposób służyć dwóm panom. Uwierz mi, próbowałam, przez wiele lat. Powrót z duchowej jak i fizycznej emigracji zakończył mechanizm ucieczki w moim życiu. Pozwoliłam Bogu zasadzić się w Jego domu. Wcześniej bałam się stabilizacji. Kojarzyła mi się z nudą i rutyną. Wróciłam do miejsca pierwszej miłości. Wróciłam do Domu.

Zachęcamy do zapoznania ze wszystkimi artykułami w papierowym wydaniem Głosu Przebudzenia, numer 1 (2) 2020 r. Przejdź do sklepu

Comments are closed.