Blogi
Teologia Boża a teologia Jonasza (Czerwiec 18, 2018 6:12 pm)
Czy jesteś bogaty w Bogu? (Czerwiec 7, 2018 7:06 pm)
Prawdziwe objawienie (Maj 23, 2018 10:38 pm)
Potrzebujemy osobistego objawienia (Maj 10, 2018 3:54 pm)
Maria z Betanii (Kwiecień 30, 2018 2:34 pm)

Bajkał

27_Bajkal_1000

Tekst: Grzegorz Okołów

Bajkał jest krainą kontrastów. Z jednej strony dziewicza, niemal nieskażona przyroda, przepiękne góry i lasy, malownicze plaże. Z drugiej – coraz więcej śmieci w miejscach odwiedzanych przez turystów, wypalone połacie lasów, nieoczyszczone ścieki. Ale mimo wszystko to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Nad Bajkał można się dostać dwiema drogami – lotniczą i kolejową. Oczywiście wybieramy kolej. Wszystkie kłopoty: przygotowania, przeprowadzka, remont czy załatwianie spraw w pracy przed pięciotygodniową nieobecnością urywają się w momencie pojawienia się na dworcu. Sielankę zakłóca ból zęba, który daje o sobie znać w Brześciu – po wypiciu zimnego kwasu chlebowego z żółtej beczki. Już widzę, jak koledzy znieczulają mnie spirytusem i kombinerkami wyrywają bolącego zęba – scena niczym z radzieckiego filmu wojennego. Na szczęście finał okazuje się inny. Po wizycie w gabinecie dentystycznym w Irkucku i trzygodzinnej jeździe marszrutką, wreszcie docieramy nad Bajkał.

Zwierzęta za grzbietem
Z początku relaksujący spacer po plaży z każdym krokiem przeradza się w tor przeszkód – stopy zapadają się w piachu pod ciężarem ciężkich plecaków. Dlatego najlepsze do wędrówki okazują się kamieniste plaże.
Linia brzegowa jest bardzo nieregularna, przez co często docieramy tylko do połowy wyznaczonej rano trasy. Czasami spotykamy ludzi. Leśniczego, który sprzedaje nam bilety wstępu do parku narodowego, czy rybaków, z których jeden okazuje się potomkiem Niemców Nadwołżańskich i cale lato spędza na łowieniu.

Z rybakami zostajemy 2 dni i jesteśmy świadkami wyjątkowo obfitego połowu. Częstują nas omulem – najbardziej znaną miejscową rybą, która żyje tylko w Bajkale. Ponad połowa z 2,5 tys. tutejszych roślin i zwierząt to gatunki endemiczne – nie występują w żadnym innym miejscu naszego globu. Jednym z nich są słodkowodne gąbki, których 20-30-centrymetrowe fragmenty można znaleźć na brzegu wyrzucone przez fale. Dwa razy spotykamy fokę bajkalską, zwaną nerpą. Do lądowych czworonogów mieliśmy mniej szczęścia – brzegi Bajkału są masowo penetrowane przez miejscową ludność i kłusowników. Bez problemu można zobaczyć jednak burunduki i wiewiórki, czasem rogacza syberyjskiego (miejscowa sarna), rzadko jelenie, piżmowce, łosie i niedźwiedzie. Miejscowi, na pytanie o te zwierzęta, odpowiadają zawsze tak samo: są tam – w górach, za grzbietem.

Cywilizacja
Marsz brzegiem mógłby wydawać się nieciekawy i monotonny, lecz tafla wody nigdy nie jest taka sama: inna rano, inna w upalny dzień, inna wzburzona wiatrem, a jeszcze inna, gdy odbijają się w niej ciężkie deszczowe chmury.
Po ponad tygodniu marszu spotykamy prawdziwą cywilizację. We wsi Buguldiejka jest sklep, od lat nieczynny dom kultury oraz wciąż działający radiowęzeł, tzw. szczekaczka. Po uzupełnieniu zapasów ruszamy dalej. Krajobraz coraz bardziej się zmienia – ubywa drzew, w niektórych rejonach lasy ustępują miejsca stepom. Pokrywają one wzgórza na środkowo-zachodnim wybrzeżu oraz znaczą część wyspy Olchon. Opady deszczu są tam bardzo niewielkie. W tym roku trafia się susza – deszcz oglądamy, jak regularnie moczy góry Chamar Daban po przeciwnej stronie jeziora. Nie ma grzybów, na które liczyliśmy. Zdajemy sobie sprawę, że źle wyliczyliśmy zakupy, więc ostatnie 2 dni marszu mogą być bez jedzenia. Zastanawiamy się nawet nad spożywaniem wielkich stepowych pasikoników i kazarek – dużych kaczek, ale w zastawione sidła wpada jedynie kwokacz, który ląduje w garnku. Na szczęście następnego dnia spotykamy wędkarzy, którzy oferują nam kolację. Wreszcie dochodzimy do rzeki Angi – celu naszej podróży.

Pierożki na peronie 
Nad Bajkał wracam w 2007 r. z narzeczoną. Pomimo ograniczeń urlopowych w jedną stronę jedziemy koleją, bo podróż „transsibem” jest przygodą samą w sobie. Kilka dni zanurzonych w czasoprzestrzeni, której rytm wyznaczają nie godziny ani nawet pory dnia, a postoje na stacjach. Zwłaszcza te dłuższe, kiedy na peronie można zaopatrzyć się w rozmaite specjały – wędzone ryby, pieczone kurczaki, placki, pierożki.

Tym razem jedziemy na Olchon – największą z zaledwie kilku bajkalskich wysp. Dopiero kilka lat temu doprowadzono tam prąd, co przyciągnęło tłumy (jak na miejscowe warunki) turystów i zaczął się rozwijać bardzo drapieżny i przeraźliwie drogi biznes turystyczny. Z niemałymi kłopotami udaje nam się wydostać na północny koniec wyspy, skąd po sesji fotograficznej podczas malowniczego świtu ruszamy w kilkudniową wędrówkę. Wyspę w większości pokrywają stepy.
Brzeg jest wysoki, przeważnie są kłopoty z dostaniem się do wody, tylko czasami trafiamy na piaszczyste zatoczki. Po drodze mijamy wiele malowniczych skał, z których najbardziej niezwykłą jest Skała Szamana – miejsce czczone przez Buriatów, obecnie największa atrakcja turystyczna wyspy. Podobnie jak skaliste urwiska na południowym brzegu jeziora.

Spotkanie z tajgą
Kolejny etap naszej wędrówki to Góry Nadmorskie. Nie są zbyt wysokie, a w nielicznych przewodnikach turystycznych praktycznie nie ma o nich wzmianki. Ponieważ preferujemy miejsca z dala od głównych traktów, uznajemy je za doskonałe na tygodniową wyprawę. Dolina rzeki Sarma, którą wchodziliśmy w góry, nie zachęca. To z niej bierze początek jeden z najsilniejszych bajkalskich wiatrów o tej samem nazwie. Pozbawiona drzew przestrzeń nie pozostawia wątpliwości co do jego oblicza. Grozy dodaje brama skalna z drzewkami obwiązanymi wstążkami.

Ścieżka staje się coraz węższa. Na mapie przechodzi zaś przez bród i wspina się w górę. Ładny mi bród – do pasa w rwącej wodzie. A na drugim brzegu las. I świeże ślady niedźwiedzia. Spotkanie z legendarną syberyjską tajgą?
Opadające do jeziora górskie stoki co prawda porastają lasy, ale noszą bardzo widoczne skutki zdarzających się tutaj co kilkanaście lat pożarów (przeważnie za sprawą człowieka). Tajga, ta prawdziwa, znajduje się dalej w głębi lądu, na zboczach i w dolinach okolicznych pasm górskich. Zasadniczo wyróżnia się dwa rodzaje tajgi. Jasna, sosnowo-modrzewiowa, jest dosyć niska (12-15 m) i rzadka. Prawdziwie „syberyjska” tajga ciemna rośnie w rejonach z obfitymi opadami deszczu – pokrywa duże obszary wybrzeży Bajkału. Występuje m.in. w północnej części Gór Nadmorskich, Górach Barguzińskich i na południowym skraju Bajkału. Tworzą ją świerki, limby syberyjskie (zwane przez Rosjan cedrem) i jodły syberyjskie, a bujne zioła tworzą czasem gęstwinę dorównującą wysokością człowiekowi.

Rzeka wyznacza szlak
Przed nami tajga jasna. I to kilka lat po pożarze, który skutecznie zatarł ślady ścieżki. Ruszamy na przełaj. Oboje przeszliśmy sporo górskich bezdroży, ale nasze doświadczenie na niewiele się zdało. Przedzieranie się przez gęstwinę młodych drzewek w górę stromego stoku, gdy pod nogami zawadzają powalone drzewa obumarłe po pożarze z 20 kg bagażu na plecach sprawia, że nogi odmawiają posłuszeństwa już po przejściu kilkunastu metrów. Na szczęście następnego dnia odnajdujemy ślady ścieżki – stare zaciosy na drzewach, przecięte przed laty pnie. Doprowadza nas do starych domków myśliwskich. Choć są zaopatrzone na przybycie wędrowca, to ostatni wpis na kartce jest sprzed dobrych kilku lat.
Następnego dnia ścieżka ginie w kolejnym pożarzysku. Widok sąsiednich wypalonych zboczy również nie napawa optymizmem. Poddajemy się. Chcemy wracać, ale na mapę przy jej „dokładności” nie ma co liczyć. Schodzimy w dół, bo przecież wszystkie rzeki płyną do Bajkału. Jest rzeka. Wody nie widać, ale słychać ją pod warstwą kamieni. Na powierzchni pojawia się kilka kilometrów dalej.

Przez kolejne dwa dni przedzieramy się przez dziewicze tereny, rzeka wpada do większej, ta z kolei do Sarmy. Trudny teren i konieczność kilkakrotnego przechodzenia przez wodę powodują, że osiągamy zawrotną prędkość kilkuset metrów na godzinę. Z czasem trasa staje się łatwiejsza – pojawia się jakby ślad ścieżki. Połamane gałązki, odciśnięty w błocie świeży ślad gumowca.

Finalne podejście
Wkrótce spotykamy dwóch sympatycznych chłopaków – wędkarzy z Irkucka. Gorąca herbata, wspólne zdjęcie i zostajemy obdarowani rybami. Następnego dnia jesteśmy w punkcie wyjścia. Mamy jeszcze kilka dni, dlatego decydujemy się na góry Chamar Daban. Niby niezbyt daleko, ale podróż autostopem, busem czy koleją zajmie nam 2 dni. Za 3 kolejne mamy samolot. Czasu niewiele, ale i plecaki mamy lekkie. Po drodze w górę mijamy kopalnię marmuru. Pokaźne bloki, z których u nas postawiono by niejeden nagrobek, tutaj zrzucane są ze zbocza jako odpad produkcyjny.

W górę już tylko tajga. Ta prawdziwa – syberyjska – bujna, wilgotna. Ze zwisającymi z drzew bisiorami brodaczek (porostów). Nazwaliśmy ją lasem trolli. Nocujemy przy górnej granicy lasu. Następnego dnia czeka nas szczyt i powrót. Pod szczytem znajduje się stacja meteorologiczna służąca za niewielkie schronisko – zostawiamy tam plecaki i odciążeni atakujemy górę. Najwyższy szczyt pasma (2090 m n.p.m.) został nazwany imieniem polskiego geologa Jana Czerskiego, zesłanego tu po powstaniu styczniowym. I choć był jednym z wielu polskich badaczy-zesłańców, to właśnie jego imieniem zostało nazwane pasmo górskie, dwa szczyty, syberyjska miejscowość, a nawet ulica w Moskwie. Ze szczytu z jednej strony widzimy Bajkał, z drugiej morze gór. A na horyzoncie oczyma wyobraźni widzimy Mongolię. Ale to kolejna historia, bo teraz czas wracać…

Comments are closed.